Tej sprawiedliwej Szwecji już nie ma

Trening szwedzkiej drużyny przed meczem Polska - Szwecja. Fot. PAP/EPA/Adam Ihse/TT
Trening szwedzkiej drużyny przed meczem Polska - Szwecja. Fot. PAP/EPA/Adam Ihse/TT
W teorii Szwecja to kraj równości i przedmiot westchnień oraz powód wiecznych kompleksów polskiej lewicy. A rzeczywistości podobny do nas prymus neoliberalnych przemian. Tyle, że przeprowadzonych po cichutku, tak żeby nikt się nie połapał.

Przyznam się wam szczerze. Ja też kiedyś modliłem się do szwedzkiego państwa dobrobytu. I to przez wiele lat. Przekonał mnie do tego nieżyjący już ekonomista Tadeusz Kowalik. Uparcie pokazujący, że w roku 1989 trzeba było premierowi Mazowieckiemu kupić bilet do Sztokholmu. Bo może dzięki temu udałoby nam się uniknąć wielkiej transformacyjnej smuty - niszczącego spadku płac, plagi bezrobocia i ogólnego poszarpania społecznej tkanki. Niestety wicepremier Balcerowicz i jego ludzie powiedzieli Mazowieckiemu, że jedyne bilety, jakie udało im się zdobyć to lot do Chicago albo innego Teksasu. Resztę znamy. Polska stała się prymusem neoliberalnych przemian w tej części świata. A sprzątać po tym dramacie musimy do dziś.

Szwedzki model kapitalizmu

Tymczasem Kowalik mówił aż do śmierci, że można było inaczej. Nie chcieli go słuchać, nawet jego dawni koledzy z Solidarności (to on ściągnął Mazowieckiego na doradcę do Stoczni Gdańskiej w roku 1980). Śmiali się z niego, mówili się nie zna. Tymczasem to oni się nie znali. A on rysował wizję jak najbardziej rozsądną. Powiadał bowiem, że warto było oprzeć polskie przemiany na tym, co przez całą drugą połowę XX wieku stanowiło o sednie tzw. szwedzkiego modelu kapitalizmu. Czyli na tzw. modelu Rehna-Meidnera (od nazwisk jego twórców: socjaldemokratycznych polityków i ekonomistów). Łączącym dynamizm prywatnej przedsiębiorczości oraz rozsądek centralnego planowania.    


Model ten stał (wbrew temu, co mówią przeróżni ekonomiczni analfabeci i liberalni lobbyści) stał na trzech bardzo solidnych założeniach.

 

Punkt pierwszy, rząd ma pilnować wzrostu inflacji poprzez restrykcyjną politykę fiskalną. Jej restrykcyjność winna zaś polegać na wysokiej progresji stawek PIT i CIT. Bo to właśnie wysokie krańcowe stawki podatkowe stale ściągały z rynku przesadne nadwyżki finansowe po stronie najbogatszych chroniąc system przed przechwyceniem przez kapitalistycznych oligarchów oraz przed tym, by ich bogactwo prowadziło do pompowania przeróżnych baniek (np. drożyzny mieszkaniowej). Co z kolei trzymało w ryzach inflację. 

Zobacz też:

Po drugie, zgromadzone dzięki polityce fiskalnej środki miały pozwalać państwu (bez konieczności stałego zwiększania zadłużenia) na budowanie społecznego dobrobytu. Tu inwestycją były nie tylko usługi publiczne: w zdrowie, w edukację czy w mieszkalnictwo. Ale także wydatki socjalne. Dzięki nim ograniczano bowiem nierówności i zwiększano spójność społeczną. Czyniąc system trudniejszym do wywrócenia.


Po trzecie (i najważniejsze) Szwedzi stawiali kiedyś na tzw. solidarną politykę płacową. Ten mechanizm wymaga wyjaśnienia, bo dla umysłów przeoranych (jak u nas) przez neoliberalizm brzmieć może jak czysta herezja. Otóż w Szwecji zgodnie z hasłem „solidarnych płac” osoby pracujące na podobnych stanowiskach powinny… zarabiać podobne pieniądze. I to nie w ramach jednego zakładu pracy. I nie tylko w sektorze publicznym. Lecz w całej gospodarce! Tak, tak! Również w sektorze prywatnym. Ale to nie koniec. Solidarność płac miała być realizowana niezależnie od kondycji finansowej przedsiębiorstwa. Czy mechanizm łamał podstawowe prawidła wolnorynkowej gospodarki. Oczywiście, że tak! A czynił to, aby wymusić dwa zjawiska. Po pierwsze uniknąć tak typowego dla kapitalistycznej gospodarki równania płac w dół. A po wtóre stale wymuszał wzrost produktywności zakładów pracy o niskiej efektywności, które nie mogły się już ratować niskimi płacami. Co służyło nie tylko tym przedsiębiorstwom, ale całej gospodarce. 


Tylko, że… niestety tu zachwyty nad szwedzkim modelem najzwyczajniej w świecie się kończą. A kończą się dlatego, że tego modelu już nie ma. Rozebrali go po cichu sami Szwedzi. I to wcale nie dlatego, że musieli. Przeciwnie. To była ich decyzja polityczna. Choć - znowu - nie wszyscy Szwedzi chcieli tego równie mocno. Pomysł obliczony był przede wszystkim na korzyści najsilniejszych klas społecznych. Występujących w ramach nowego sojuszu politycznego klasy średniej i najbogatszych. To oni najbardziej przebierali nóżkami, żeby wyzwolić się z okowów „szwedzkiego modelu”. W ramach którego trafiał do nich zbyt mały - ich zdaniem - kawałek narodowego bogactwa. 


W sieci znajdziecie ciekawy film, który dobrze wyraża tamte pragnienia. Zrobiła go szwedzka telewizja w roku 1981. Popatrzcie nawet na same tylko obrazki. Z jednej strony ponure dymiące kominy. Z drugiej szklane wieżowce Chicago. Z jednej strony prostaccy przedstawiciele klasy robotniczej i związkowcy. Z drugiej elokwentny Milton Friedman. Wszystko pod hasłem „Wyzwolić kapitalizm!”. To oczywiście odprysk szerszego zjawiska. Właśnie wówczas zaczynał się triumfalny pochód neoliberalnego myślenia przez wszystkie rozwinięte gospodarki. Wbrew pozorom nie ominie wcale Szwecji. W jakimś sensie jego sukces będzie u Skandynawów jeszcze bardziej dojmujący. Bo dokona się w ramach cichej pełzającej rewolucji.

Lubię to! Skomentuj38 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka