0 obserwujących
122 notki
72k odsłony
  90   0

Pisowska prowokacja w Hollywood

Zauroczyła mnie "Infiltracja". Jak w lustrze można zobaczyć w tym filmie nasz polityczno-biznesowo-dziennikarski światek, któremu jakże blisko do półświatka przedstawionego w dziele Martina Scorsese. "The Departed" to kino w najlepszym wydaniu - doskonała, nieprzewidywalna fabuła i świetna gra aktorów. Jak wyglądałaby "Infiltracja", gdyby nakręcono ją w tym roku w Polsce? Można tylko spekulować. Wybrałem główne postaci i kilka scen, które w naszej rzeczywistości wyglądałyby zapewne inaczej niż w oryginale..

 

To zapewne wymarzony przez polityków Platformy Obywatelskiej, biznesmenów m.in. z branży hazardowej i usłużnych im dziennikarzy finał. Zamiast Billy'ego Costigana (filmowa tożsamość Leonardo DiCaprio), za kratami widzą rzecz jasna Tomasza Małeckiego (fikcyjna tożsamość agenta CBA rozpracowującego skorumpowanych urzędników i polityków), Mariusza Kamińskiego lub Zbigniewa Ziobrę. A najlepiej wszystkich trzech razem. W filmie Martina Scorsese to jednak nie finał, a początek. A grany przez DiCaprio Billy Costigan znajduje się w więzieniu w wyniku prowokacji. Przechodząc na nasze podwórko, należałoby dodać, że pisowskiej prowokacji.



Najwierniejszemu "żołnierzowi" herszta mafii Franka Cotello (Jack Nicholson) nie udaje się spowodować, żeby Billy Costigan ujawnił swoje prawdziwe oblicze tajnego agenta. Cóż, za słabo się widać starał. Powinien wziąć lekcje u Sekielskiego i Morozowskiego, dzięki którym zdjęcia i filmy z działań operacyjnych agenta CBA Tomasza Małeckiego mogli zobaczyć wszyscy przestępcy w Polsce, których agent przez lata swej służby rozpracowywał. Nic straconego - może prowadzący "Teraz My" wystąpią w następnym filmie gangsterskim Martina Scorsese tudzież innego reżysera. Serdecznie im tego życzę.

  

W filmie najwięcej jest - jak to w życiu - postaci niezorientowanych, o co tak naprawdę toczy się gra i kto jest rozgrywającym. Można ich nazwać lemingami, czy po prostu pożytecznymi idiotami. Nie mówię, że wszyscy mieli złe intencje, choć jak się później okazało mafia miała wśród nich nie tylko jednego kreta. Chcieli nawet łapać przestępców. Tyle tylko, że będąc marionetkami w rękach mafijnego bossa, walczyli nie z nim, lecz głównie z tymi, którzy chcieli go przyskrzynić.



Jednym z dwu głównych bohaterów filmu jest Collin Sullivan, grany przez Matta Damona. Niemal tak przystojny jak, nie przymierzając, Sebastian Karpiniuk. To on jest źródłem przecieków o akcjach prowadzonych przeciwko mafii. Dzięki temu, że do ojca chrzestnego mafii zwraca się "tato", mógł kontaktować się z nim nawet wtedy, gdy obok stali inni policjanci. Trzeba przyznać, że wypowiadane przez Zbigniewa Chlebowskiego i jego rozmówców z branży hazardowej ksywki "Miro", "Rychu", "Grzechu" brzmią na tym tle co najmniej dwuznacznie, więc nie dziwi, że w tym przypadku kontakty były bardziej zakamuflowane. Gdyby politycy PO i biznesmeni z branży hazardowej mówili do siebie "bracie", "synu", "ojcze" może nie musieliby się nawet spotykać na cmentarzu.

  

A zamiast stenogramów z podsłuchów wystarczyłyby sejmowe stenogramy.



Ale zaraz, zaraz, prokuratura przecie orzekła, że przecieku w jednej aferze nie było. W innej z kolei sejmowa komisja śledcza przeciekiem miała się w ogóle nie zajmować. O rety! A gdyby tak i w "Infiltracji" kreta nie było.. to byłyby flaki z olejem, a nie trzymający w napięciu gangsterski film, w którym zwroty akcji zaskakują nawet starych wyjadaczy prażonej kukurydzy. Chwała Martinowi Scorsese, że nie brał przykładu z polskich śledczych!



W filmie było jeszcze dwóch - powiem to wprost - prawych i sprawiedliwych. Jeden prowadził agenta Costigana, infiltrującego mafię. Drugi miał po prostu jaja i łeb na karku. Obaj zapłacili jednak za bezpardonową walkę z przestępcami wysoką cenę. Żeby nie zdradzać za wiele tym, którzy filmu nie widzieli, powiem tylko, że jeden z nich w wyniku działań lobby narkotykowo-hazardowego został wyrzucony z roboty. Trzeba zauważyć, że akurat tutaj Scorsese nie był specjalnie oryginalny. Przecież każde dziecko w Polsce wie, co spotkało szefa CBA, gdy za bardzo zalazł za skórę rządzącej partii.

  

W trakcie działań operacyjnych pito rzecz jasna w dużych ilościach alkohol. W polskim matriksie polityczno-medialnym jest to jednak nie do pomyślenia. Zgodnie z prasowymi doniesieniami, Tomasz Małecki powinien grzecznie odmówić picia wyskokowych trunków, mówiąc że.. jest na służbie. Martin Scorsese miał widać inne zdanie, bo barek w knajpie, będącej punktem zbornym mafiosów, został jak widać dobrze zaopatrzony.



Reżyser nie kazał też na szczęście tajnemu agentowi infiltrującemu mafię kłaść się o 22 samotnie do łóżka żeby przypadkiem nie spotkał żadnej kobiety. W sumie szkoda, że tylko w filmach kobiety mają par excellence coś wspólnego z mafią. O ileż taka postać jest barwniejsza. A w naszej polskiej, szarej rzeczywistości, gdzie jeśli już któraś posłanka czy inna celebrytka wpadnie w sidła organów ścigania, to zaraz płacze, że została uwiedziona, albo że wcale nie wzięła łapówki, tylko zaliczkę za pracę jej kancelarii.

 


Można by iść dalej tym tropem, ale nie warto zdradzać wszystkiego, bo film straci wtedy wiele uroku dla tych, co go nie widzieli. Na koniec powiem jeszcze, że film nie kończy się happy-endem. Tak jak i pewnie nie skończy się dobrze gangsterski spektakl, który fundują nam politycy będący aktualnie u władzy i wysługujący się im dziennikarze i właściciele mediów. "Infiltracja" pokazuje wyraźnie, kto czerpie profity za wysługiwanie się złu, a kto narażając własne życie działa w dobrej sprawie. Wydaje mi się, że pozwala przywrócić wewnętrzną równowagę tym, którzy wiedzą jak sprawy mają się naprawdę. Gdy codziennie widzę, jak świat cynicznie stawiany jest przez polityków i dziennikarzy na głowie, film Martina Scorsese, choć niezwykle brutalny, wręcz okrutny, był ukojeniem. Jak się okazuje nie tylko dla mnie.

Lubię to! Skomentuj11 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale