Pytania jakie się nasuwają po zapoznaniu z argumentami Lisa dotyczą kilku zagadnień. Po pierwsze - jakie sa fakty, które moglyby potwierdzic wyżej wymnienioną teze. Po drugie - jakie są rzeczywiste intencje Lisa. I wreszcie po trzecie - dlaczego Tomasz Lis mówi kalamburami? Dlaczego nie jest w stanie wyartykułować swoich zarzutów wprost? Co do pierwszego pytania to gołym okiem widać, że z faktami jest krucho. GW coś tam próbowała sugerować, że akurat w dniu zwolnienia szefa Wydarzeń, w Polsacie miała miejsce wizyta kilkunastu agentów ABW. Nie udało mi się znalezć potwierdzenia tego faktu. Co do intencji to trudno mi jest uwierzyć w bajeczkę o zagrożeniu dziennikarstwa, wolności słowa i demokracji w Polsce. Lis po prostu walczy o swoją pozycje na rynku mediów i nie chce pozwolić na zepchnięcie swojej osoby na margines. Jeżeli chodzi o ostatnie pytanie, to bezpośrednio wiąże się ono z pierwszym. Jeżeli nie ma faktów, to pozostaje kunszt wypowiadania nic nie znaczacych eufemizmów i sugestii.
To co przeszkadza w przyjęciu interpretacji ex-redaktora Polsatu to wyraźna próba zwrócenia na siebie uwagii w kontekście nadchodzących wyborów. Cheć połączenia własnej osoby z wielką polityką. Sprawia to wrażenie profesjonalnego wyciśnięcia do maksimum swoich pięciu minut. Czy jest to zabieg marketingowy związany z autopromocją, czy cheć wpływania na rzeczywistość polityczną? Myślę, że obie rzeczy na raz. Lis jest zafascynowany polityką. Widać to na pierwszy rzut oka. Wiszące w jego gabinecie olbrzymie fotografie Churchill'a i Kennedy'ego bynajmniej nie świadczą o zamiłowaniu do historii. I nie jest on zainteresowany jedynie obserwacją tego fenomenu, a uczestnictwem w nim. Pytanie tylko w jakiej roli? Polityka, dziennikarskiego arbitra, czy szarej eminencji sterującej nastrojami?
Być może rzeczywiście mieliśmy do czynienia z politycznym naciskiem w sprawie tego popularnego prezentera. Warto jednak zwrócić uwagę, że Lis został pozbawiony jednej z trzech posad. Pozostawiono mu całkowitą swobodę jeżeli chodzi o dalsze kształtowanie autorskiego programu "Co z tą Polską" oraz udział w zarzadzaniu f-mą. Czy tego typu postępowanie można określać mianem politycznej represji? Śmiem twierdzić, że nie. Gdyby Lis faktycznie był przeznaczony na odstrzał, to nikt by się z nim nie patyczkował.
Obserwując Tomasza Lisa i jego kolegów, chociażby tych z piątkowego śniadania w TOK FM, gdzie regularnie i rytualnie panowie sobie potakują (dyskusją tego nie da się nazwać), mam wrażenie, że część świata dziennikarskiego w Polsce zaczęło naśladować środowisko gejowskie. Ci ludzie rozpaczliwie chcieliby być prześladowani przez jakiś straszliwy system. Ich pech polega jednak na tym, ze niecałe 10 lat temu mieliśmy w Polsce do czynienia własnie z takim systemem. Z rzeczywistym ograniczeniem debaty publicznej i gnojeniem ludzi, którzy ośmielali się mieć inne poglądy niż oficjalna linia GW. Przypomne wywalanie ludzi z pracy za odmienne zdanie na temat lustracji, czy chęć upublicznienia afer związanych z SLDowską władzą. Czy Tomasz Lis i jego glośno krzyczący dzisiaj koledzy wołali wtedy o zachowanie standardów zwiazanych ze swobodą wykonywania zawodu dziennikarza? Czy interesował ich wówczas poziom zagrożenia demokracji w przedrywinowej Polsce? Jakoś trudno to sobie przypomnieć.
Pozdrawiam


Komentarze
Pokaż komentarze (16)