35 obserwujących
1834 notki
1231k odsłon
509 odsłon

Rolnictwo i polityka w cieniu ustawy o ochronie zwierząt

Wykop Skomentuj30

Na całym świecie klasa polityczna robi ludziom „wodę z mózgu” w imię poklasku dla wyborców, a ściślej pożądanego elektoratu wyborczego. 

W Polsce wielce pożądanym elektoratem wyborczym jest ludność wiejska z uwagi na jej liczebność i kulturowe przywiązanie ludzi wsi do narodowych tradycji.

Trochę historii.

Kiedyś rolnictwo oparte na indywidualnych gospodarstwach rodzinnych sprawiało, że Polska była państwem rolniczo-przemysłowym. Dumą rolnika było jego gospodarstwo, a zasobność gospodarstwa wynikała z wiedzy oraz pracowitości gospodarza i jego rodziny. Znam rolnictwo wielkopolskie, bo z niego wyrosłem. Gospodarstwa bogatsze były te powyżej 15 hektarów, średnie pomiędzy 10 a 15 ha, a małe poniżej 10 ha. Rzadko trafiało się gospodarstwo specjalistyczne, a dominowały gospodarstwa tak zwane „wszechstronne” czyli roślinno-hodowlane.

Dobry rolnik sam kalkulował w jakich proporcjach produkować płody rolne i hodowlane – mięsne, mleczne. Itp. Były więc gospodarstwa z przewagą produkcji zboża, albo trzody chlewnej, bywało, że owiec albo drobiu. Mówiąc krótko, była to produkcja mieszana. Wszystkie wsie i wiele małych miasteczek wielkopolskich żyło z rolnictwa. Panowała tam kultura ciężkiej pracy i zaradności aby gospodarstwo dawało dochód gwarantujący utrzymanie rodziny i sprawne funkcjonowanie gospodarstwa.

Po tych czasach pozostały powiedzenia: „Rolnik na zagrodzie równy wojewodzie”, albo „od myszki do cesarza wszyscy żyją z gospodarza”.

Komuniści chcieli „uwolnić’ rolników od tego trudu kulturą kołchozową transformowaną z ZSRR zwaną w Polsce „spółdzielczością produkcyjną”.

Ówcześni polscy rolnicy odrzucili „kolektywizacje wsi” i jako jedyni w obozie socjalistycznym trwali na indywidualnych gospodarstwach aż do końca komunizmu. Ich trzeźwy „chłopski rozum” trafnie rozpoznał obłudną troskę władzy o ich rolniczy trud, który chciano zastąpić rolną komuną zwaną spółdzielczością produkcyjną.

Ekonoma wolnorynkowa.

Kiedy komunizm upadł a demokratyczne władze odrodzonej ojczyzny ogłosiły gospodarczą wolność rynkową rolnicy rodzinnych gospodarstw indywidualnych /gospodarze/ liczyli na państwowe poręczenie tej rynkowej wolności. Sromotnie się zawiedli. Stratedzy gospodarczy pierwszych lat transformacji ustroju Polski z socjalistycznego na wolnorynkowy postawili na żywioł rynkowy wzorowany na rozwiniętej gospodarce kapitalistycznej Zachodu, której reguły ukształtowały się w wieloletnim praktycznym doświadczeniu wolnego rynku, kształtującego tamtejszą gospodarkę.

Wnet się okazało, że polski rolnik /chłop/ nie miał gospodarczego sprytu wymaganego na wolnym rynku i nie umiał przeciwstawić się lawinowej, żywiołowej spekulacji „rynku pośredników” miedzy producentem surowca rolnego /rolnikiem/ a jego przetwórcami na artykułu spożywcze i przemysłowe.

Tak więc nie zaistniało wtedy w Polsce naturalne, wolnorynkowe prawo popytu i podaży pomiędzy producentem a konsumentem zastąpione spekulacyjną „giełdą” pośrednik-konsument. Z tego – między innymi – powodu zaginęły w Polsce tradycyjne, prawdziwe /i w przenośni/ rynki /targi, jarmarki/ z towarami producentów rolnych wprost wystawianych do rąk konsumenta nie tylko dosłownego, ale także rzemieślniczego przetwórcy surowców rolnych. Tak w Polsce mimowolnie wysunięto na pierwszoplanowe miejsce rynek konsumenta z gospodarczą stratą dla rynku producenta.

Ta choroba gospodarcza panuje do dzisiaj w całym kapitalistycznym świecie, czemu sprzyjają politycy zastępujący naturalny pragmatyzm wolnorynkowego prawa popytu i podaży populistyczną polityką interwencjonizmu państwowego spekulującego polityczną technologią regulacji stopy życiowej społeczeństwa przez zastępowanie naturalnych cen towarów kształtowanych stosunkiem popytu do podaży cenami „regulowanymi” populistycznie „dopasowywanymi” do siły nabywczej dochodów ludzi świata pracy /pracobiorców/.

Żeby takie ceny utrzymać państwa kapitalistyczne zmieniły się w państwa kapitalistyczno-socjalne stosowaniem polityki refutowania nakładów produkcji wyeliminowanej przez państwa z konkurencji rynkowej w imię populizmu cen „przyjaznych” dla produktów pierwszej potrzeby /żywność/ na rzecz stabilnego utrzymania wskaźników stopy życiowej ludności.

Najbardziej widoczne przykłady w Unii Europejskiej to dopłaty rolnicze /i innych dziedzin wpływających na wskaźnik stopy życiowej ludności/ a w Polsce gigantyczne społeczne bonusy finansowe dla ludności zastępujące naturalne dochody za pracę.

Z tego powodu państwo polskie nie może wyasygnować 8 mld zł. na służbę zdrowia, bo dziesiątki miliardów pochłaniają subwencje socjalne. Zaś polski dług publiczny przekroczył już bilion zł. (https://www.pb.pl/ponad-bilion-zlotych-panstwowego-dlugu-publicznego-977520).

Wykop Skomentuj30
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Gospodarka