Z punktu wiedzenia układu (a więc również i premiera Tuska) wydaję się, że najlepszym ministrem Sprawiedliwości nadal byłby Pan Zbigniew Ziobro. W końcu, było nie było, ale niearesztowanie Kwaśniewskiego (a właściwie Grupy Trzymającej Władzę), tudzież tego Pana, co to miał dostać od Blidy łapówkę, niesprowadzenie Mazura, no i nieskuteczne nagrywanie Andrzeja Leppera – to rzeczy dla układu niebagatelne. Byłby więc układ rad z tej nominacji, zwłaszcza że zawsze można by Panu Zbyszkowi podrzucić jakiegoś nowego Kaczmarka. A ten ganiałby Pana ministra, jak nie przymierzając Hans Kloss, niejakiego Brunera, tę świnię. Pan Zbigniew ministrem w rządzie premiera Tuska jednak nie zostanie, gdyż do głębi poruszony losem rodziny Olewników, zamierza sprawę wyjaśniać do końca, czyli zostać europarlamentarzystą. Będzie tam razem z Panem Ryszardem Czarneckim, robił za Ślimaka albo Drzymałę. W zależności od tego czy na obradach będzie przemawiał czy tylko sobie „drzymał”.
Skoro nie można mieć fachowca z prawdziwego zdarzenia, weźmy osobę medialną – pomyślał Pan premier i wybrał profesora Ćwiąkalskiego. Początkowo były pewne obawy, czy osoba, która, mówiąc szczerze, do urodziwych nie należy, może być medialnym zwierzem. Ale pomny oburzenia na internetowe żarty z rączek Pana Gosiewskiego, czy też urody Marii Kaczyńskiej, premier obawy swe rozwiał. Przecież potomstwo powstańców warszawskich nie będzie drwiło z czyjegoś wyglądu, cóż by na to powiedział Pan Cogito? Ćwiąkalski został więc ministrem i medialnie zabrał się do roboty. Czego dowodem słynne zniszczone laptopy, syn na aplikacji, który przez moment jego synem nie był, czy wreszcie samobójstwa, które się przecież zdarzają. Popularność Pana ministra była jednak zbyt wielka, sam Pan premier się tym przeraził i ministra odwołał.
Trzeba było więc wybrać następcę. Niektórzy sugerowali by wybrać małego Ziobrę- czyli posła Karpiniuka, inni by dużego Ćwiąkalskiego – czyli Marka Safjana. Obu kandydaturom twarde veto postawił jednak elektorat Prawa i Sprawiedliwości. A komu jak komu, ale premierowi Tuskowi, musi zależeć na tym, co sądzą o nim wyborcy premiera Kaczyńskiego. Jest przecież premierem wszystkich Polaków. W obawie przed niechęcią wyborców PiS, przestraszony premier postawił więc na Andrzeja Czumę – polityka, który ma dwa w jednym, jak ta świnka morska, i świnka, i morska. Jest więc Pan Czuma medialny, błyszczy na wywiadach, zdarzyło mu się nawet żartować ze aresztowania św. Sumlińskiego. Z drugiej strony ma też parę merytorycznych zalet. Nigdy nie był pracownikiem prokuratury, dzięki czemu jest niejako z zewnątrz, nie baczy na poprawnościowe fanaberie i chce udostępnić Polakom broń palną. Będą mogły
lemingi zrobione w śmiecia, zapolować na babcine dowody. Nie dalej jak parę dni temu Pan Andrzej oświadczył, że komisja śledcza powinna być powołana do rozwikłania tajemnic wszystkich niewyjaśnionych porwań. A to w świetle orzeczenia Trybunału o komisji ds. prywatyzacji banków, może otworzyć nowy rozdział w dziejach komisji śledczej, a być może nawet zgonu gen. Sikorskiego. Niektórzy prawnicy przebąkują coś o cenzusie wykształcenia dla Prokuratora Generalnego, ale że taki wymóg nie jest ustanowiony wprost w ustawie o prokuraturze, toteż wszystko zależy od
interpretacji. A ta przecież
panta rhei – jak mawiają przeciwnicy abstynencji.
Ma więc poseł Czuma kredyt zaufania, umiejętności i jest medialny. Lecz na tle profesjonalnych ministrów Prawa i Sprawiedliwości, trudno mu się będzie wykazać. Właśnie minister Ziobro skrzyczał Pana Czumę, że zezwolenie Polakom na posiadanie broni palnej w ich domu, oznaczać będzie krew na rekach i śmierć niewinnych ludzi. A przecież to Pan Zbyszek, mimo protestów łże elit, tak napisał projekt nowelizacji kodeksu, że zabicie kogoś we własnym domu, miało być niekaranym przekroczeniem obrony koniecznej. Czyżby więc Pan Zbigniew forsował zabijanie niewinnych ludzi ?Będzie się więc teraz musiał minister Czuma gęsto tłumaczyć rodakom, bo ci, jak wiadomo, dostępu do broni palnej od lat się nie domagają.
Komentarze
Pokaż komentarze (9)