521 obserwujących
825 notek
2900k odsłon
  5757   0

Wstydliwe tajemnice hydr

Przez nieuwagę albo perfidię władz niemieckich mająteczek, w którym została osiedlona w celu świadczenia pracy niewolniczej był jej domem rodzinnym. Z niego to, tygodnie wcześniej, wysiedlono jej rodziców. Państwo nowi właściciele byli ludźmi uprzejmymi i karmili dobrze przyjmując w zamian za strawę i łaskawie wydzieloną do mieszkania przestrzeń w budynkach gospodarskich pracę w wymiarze niewolniczym. Tuż po wojnie obydwaj mężowie, a więc pan nowy właściciel i mój dziadek stracili życie z ręki, jak się okazało, wspólnego wroga, a więc komunistycznej bandyterki, choć w innym nieco czasie i z innych powodów (Niemiec za bycie Niemcem, a dziadek za próby budowania zrębów niekomunistycznej administracji).

Wyrokiem sądu nowa pani właścicielka, wówczas już wdowa, została skazana na „odrobienie” krzywd w mająteczku moje babci, też wówczas już wdowy, w wymiarze lat pięciu, i opuściła gościnne Mazowsze w roku 1950, co jako żywo pokrywa się z planem historycznym pracy Pana profesora. I teraz moja pewnego rodzaju wątpliwość wynikająca z pewnej nadwrażliwości w tej kwestii: Czy Pan profesor sądzi, że w „polskiej niewoli” przebywali niemieccy jeńcy wojenni? Ja się nie zgadzam, by odrobienie „krzywd” pod nadzorem mojej babci było nazywane „polską niewolą”. Gdyby babcia nie przyjęła była Helgi do pomocy, zaopiekowaliby się nią najprawdopodobniej sowieccy żołnierze, bo mieli do Helgi prawo zdobyczne. Z drugiej strony na „polską niewolę” obok Niemców skazywano również polskich oficerów, żeby przypomnieć najgłośniejszy literacko przypadek wspólnoty więziennej Moczarskiego i Stroopa. A jeśli tak, to czy aby na pewno ta niewola była „polska”?

No i kto kazał zastrzelić mojego dziadka?

Przy okazji osobistego spotkania w Londynie odkrył to przede mną też profesor, ale z innej uczelni, mianowicie profesor Chodakiewicz. Cokolwiek nie powiedzielibyśmy o zleceniodawcach, trudno byłoby ich nazwać „polskimi”, także nie jestem pewien, czy ta śmierć nie była trochę taka, jak ta niewola, jednak z sowieckiej ręki. To co napisałem powyżej odnosi się do faktów, a nie do oceny konieczności ukarania naszych upadłych sąsiadów zza zachodniej granicy. Podejrzewam zresztą, że gdyby sprawcy nienotowanych wcześniej w historii Polski i Europy mordów i rzezi dostali się w polskie ręce, niekoniecznie mieliby szansę otrzymać posady oficerów policji w sowieckiej części Niemiec, a burmistrzów i dyrektorów banków w tej zachodniej.

A że nigdy nie dość nieszczęść na froncie walki z szowinizmem i faszyzmem na medialnej tapecie” pojawił się nowy fenomen, a mianowicie film „Smoleńsk”, który rozgrzał niemieckie i polskie media do czerwoności. Filmu nie widziałem i dopóki nie pojawi się w wersji DVD najprawdopodobniej nie zobaczę, choć jak się już pojawi, to zobaczę chętnie. Obserwując reakcje mediów nie sposób nie zauważyć, że furię wzbudza nie tyle poddawanie w wątpliwość efektów pracy mme Anodiny, powtórzonych z małymi zmianami w późniejszym polskim raporcie, ile przypomniane szeroko medialne skundlenie towarzyszące chwilom tuż po katastrofie, promowane jako postawa europejska, i znajdujące naśladowców głównie wśród wykorzenionych „awansów społecznych” i ich dzieci.

Końcowe sceny „wybuchania” traktuję jako osobistą hipotezę autora scenariusza, jako że ani rosyjska ani polska prokuratura nie zakończyły jak dotąd śledztwa; podobnie zresztą jak i wiadoma podkomisja. Jeśli wierzyć przeciekom ma ona najprawdopodobniej przedstawić inne niż dotychczas znane zapisy rozmów pilotów z kontrolerami lotów, a te z kolei mają dowodzić „naprowadzania na śmierć” raczej niż na cień dowodu na cokolwiek innego. A przecież i to przy założeniu, że rosyjscy spiskowcy dali się nagrać obcym wywiadom, a potem spreparowali fałszywki licząc na to, że oryginały nigdy nie będą z fałszywkami skonfrontowane, bo powstanie Unia Eurazjatycka, Polska będzie jedynie wspomnianą już stacją przeładunkową, a w związku z siódmą kadencją prezydenta Komorowskiego (po zmianie konstytucji) fakt zaginięcia „Gęsiareczki” nigdy nie zostanie wykryty.

Wydaje się, że wobec faktu, że wypolerowane na błysk kawałki kadłuba, o których sądzi się, że mogły być kiedyś częściami jakiegoś tupolewa, i które poniewierają się lub też już nie w okolicach smoleńskiego lotniska, nie mogą z przyczyn zasadniczych być dowodami w śledztwie, którego założeniem jest udział w zamachu państwa rosyjskiego na najwyższe władze państwowe sąsiedniego kraju, pozostanie nam ten film, jako jeden z fundamentów założycielskich IV RP. I o ile podkreślenie w nim tej nieprawdopodobnie hańbiącej postawy większości środowisk medialnych powinno być przez nas mocno przeżyte i zapamiętane, bo takie postawy muszą być zapamiętane i napiętnowane, o tyle – przynajmniej dla mnie – przebiegu wydarzeń mających miejsce dziesiątego kwietnia 2010 roku, przed i po tej dacie, jak dotąd nie udało się ustalić.

Natomiast nadzwyczajne i niespotykane (pomijając wojny) w dziejach zainteresowanie niemieckiej prasy wewnętrznymi sprawami sąsiada, ze szczególnym uwzględnieniem zamachów na jego najwyższych przedstawicieli, a szczególnie wysokich oficerów NATO, w kontekście do niedawna entuzjastycznie lansowanej niemiecko-rosyjskiej koncepcji Eurazji, zmusza do głębokiej zadumy nad zakresem wiedzy władz niemieckich na wiadomy temat, tak przed, w trakcie, jak i po 10 kwietnia 2010.
    

 


[i] W państwie Izrael obywateli polskich wyznania mojżeszowego, którzy przeżyli niemiecką eksterminację Polaków i Żydów w Polce, a mogli ją przeżyć wyłącznie dzięki jakiejś tam formie pomocy Polaków (bo jak inaczej?), nazywano powszechnie, pogardliwie: „sabon”, a więc: „mydłem”. Za Tom Segev „ „Siódmy milion. Izrael – piętno zagłady”.

Lubię to! Skomentuj96 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale