- Spotkamy się chcoiaż w niebie?
- Nie ma nieba. Jest tylko prześwit między wieżowcami. - powiedział i odszedł.
Krzyczałam by wrócił, darłam się jak opętana. W pewnym momencie rzuciłam się na kolana i już tylko prosiłam by się chcoiaż odwrócił. By ostani raz spojrzął na mnie. Bym ostatni raz zobaczyła jego wielkie brązowe oczy. Nie zrobił tego. Nagle zaczął padać deszcz. Deszcz z moich oczu i z tego nieba, którego nie ma.
Zadzwonił telefon. Umorusanymi od błota palcami nacisnęłam zieloną słuchawkę i drżącym głosem zapytałam:
- Halo?
- Misiaczku, gdzie jesteś? Co z tym kinem?
- Gdzie jestem?! Jestem nad Wisłą. Chmury zjeżdzają na mnie z prędkością światła. Klęczę na brudnej ziemi i błagam by wrócił, by jeszcze raz mogła dotknąc jego dłoni...
- O czym Ty mówisz?
- O tym, kogo naprawde kocham ... - powiedziałam i nagle wypuściłam telefon, bo ktoś zaszedł mnie od tyłu. Przyłożył swoje dłonie do moich oczy, a ja od razu poznałam ich zapach...
I nikt nie musiał mnie zachęcać bym te dłonie zaczęła całować...


Komentarze
Pokaż komentarze (1)