Wierzę, że jeszcze kiedyś dostanę list... Że jeszcze kiedyś pobiegnę do skrzynki, a potem z żółtą kppertą ukryje się w piwnicy. Że będe siedzieć na czerwonym tapczanie i powoli rozdzierać kartki... Pochłaniać je jak najlepszą książkę... Pochałaniać i wierzyć, że jestem Twoją nadzieją, Twoim marzeniem, Twoim niespełnionym pragnieniem...
I tak było. Mijały miesiące, a między nami ciagle były sterty słów... Sterty, które z czasem zaczęły się pogłębiać... Było ich coraz więcej. Nie potrafiliśmy ze soba nie pisać... Z czasem popadliśmy w strefę dosyć dwuznaczną. Opowiadaliśmy sobie w listach o naszych seksualnych przeżyciach z teraźniejszymi partnerami, o tym jakie mamy największe marzenie... Byliśmy przyjaciółmi, którzy popadli w niebezpieczny nurt... Nurt, który z dnia na dzień stał się, czymś więcej nież przyjaźnią, czym więcej niż kochaniem...
Gdy trzymałam kartkę popsikaną wodą kolońską Twojego ojca, czułam, że płynę... Że stoję na środku wielkiej sali, ubrana w niebieską sukienkę... Podchodzisz do mnie, do ucha szepczesz, że wyglądam niesamowicie, a potem prosisz do tańca. Tańczymy, płyniemy, jesteśmy jednością... A potem... A potem leżymy, oby dwoje na tym starym tapczanie, okrycie wyłącznie starym kocem i wierzymy... W Boga, Darwina, w to, że pochodzimy z kapusty... Jim Morrison w tle rkęci się w adapterze. Jedyny papieros, który mamy spalamy na spółe... Jedyną mandarynką, którą mamy, skraplamy swoje ciała... Zawsze marzyliśmy o wyprawię do Afryki... Tam byśmy toneli w morzu mandarynek...
Ale ja to tylko czułam... Nigdy tak nie było...
Ale będzie! Kiedyś spojrzymy na siebie na ulicy, ja od razu będę wiedziała, że to Ty... Zaciągnę Cię do tej piwinicy, zgwałcę umysłowo, rozkocham, a potem nie będę czuć... Będę płynąć... Płynąć w Twoich ramionach...
Tylko co na to ten gbur z taką samą obrączką na placu jak ja, który właśnie przekłada jajka na patelni i myśli, że będą mi one smakować... Żygam już tymi jajkami.


Komentarze
Pokaż komentarze