Popadam w psychozy dwojakich myśli.
Najwkięszką z nich są wystające kości jego policzków.
Leże na dachu. Usłana i okryta jedynie własną wyobraźnią, zdaję sobie sprawę, że już wszędzie go widzę. Ocieram się w szkole o chłopaka w szarej kurtce. Ma ten sam grymas twarzy.
Chyba już każdy osobnik płci męskiej wygląda jak on. Niee. To nierealne, żeby każdy był aż tak brzydki. A może mnie kręci brzydota?
Patrząc z perkpektywy moich upodobań, stwierdzam, że chyba tak jest. Im brzydszy, tym fajniejszy. Im brzydszy tym bardziej mój.
Ubrani jedynie w nasze fascynacje, siedzimy na przeciw siebie. Bacznie przyglądasz się moim uszom. Nieco zawstydzona zatykam je dłońmi, byś już więcej nie przeliczał w głowie na ile mi odstają.
Ja patrzę się na twoje ręce. "Takie właśnie ręcę powinny oplatać mojego ciało"- myślę i zaczynam przyglądać Ci sie jeszcze baczniej. Wydajesz się co raz ładniejszy w blasku wschodzącego słońca. A tak nie powinno być. Przecież jesteś brzydki.
Dotykamy się niewidzialnymi palcami. Nie istniejemy.
A co by było gdybyśmy istnieli?
Wskazującym palcem zgarnęłabym z tortu piankę. Następnie tym samym palcem dotknęłabym Twoich ust. Mocno i powoli przesuwałabym go po Twoich wargach. Twoje oczy stały by się jakieś takie niewyraźne.
A ja? A ja bym odeszła wbijając sobie w środek samej siebie kapkę moralności.


Komentarze
Pokaż komentarze