Czasem wyobraź sobie, że prostuje włosy.
Czeszę je tak by prawe oko nie widziało świata.
Dla prawego oka praktycznie do lata drzewo jest zaśnieżone...
Jak ocieram się o Twoje ramię wyczuwam ten swój podły egoizm. Nie liczę się z Twoimi emocjami, uczuciami. Nie liczę się, bo w nie nie wierzę.
Taka już moja natura.
Chciałabym być powietrzem. Przenikać przez jego skórę z każdej strony. Ochładzać ją z każdej strony tak by czuł niezdrowy dreszcz. Denerwować go, rozczrując kepy jego żółtawych włosów. Irytować zdmuchując z nadgarstków zapach jego najlepszych perfum. Robić mu po cichu zdjęcia, a potem wieszać je na ścianie w starej szopie... W tej szopie, w której nieskazitelnie nagi dobijał do siebie kropelki ukojenia własnych wyrzutów. W tej szopie, w której jadł starą puszkę annanasów. W szopie, w której wkładał mi do włosów przeraźliwe żóltego mlecza. Namawiał mnie na jednego bucha. Udawałam, że nie widzę, bawiąc się własnymi paznokciami. Wkładałam palce do jego ust, kiedy do krwi przegryzał wargi z bólu...
To było nonsensem. Nierealną pomyłką. Ale tego żółtego mlecza ciągle mam...
I kiedyś plunę Ci nim w twarz!
A Ciebie... A Ciebie otulę powiewem wiosny. Tylko daj mi do tej wiosny dojrzeć. Bo na razie nawet nie czuję przebiśniega ... Jednego, cholernego przebiśniega, który by się przeze mnie przebił.
Znasz patent?


Komentarze
Pokaż komentarze