Królowało wtedy bez królowie, tanie dziwki w barach Go-Go, LSD sprzedawane na każdym rogu i nowo wyprodukowane tabletki antykoncepcyjne. W głośnikach na przemian słuchało sie Beatelsów, Rolling Stonsów, czy Boba Dylana.
To były te kolorowe lata 60 amerykańskiej perwersji. Te lata, w których piętnastolatka nosiła spódniczkę z frędzlami, a mały chłopiec wypalający pod domem kolejnego blanta, zaglądał jej pod nią. Każdy żył w swoim wyimaginowanym świecie. W świecie, który pojawiał się w nocy po wypuszczeniu dymu z ust i znikał zaraz po pojawieniu sie słońca nad horyzontem.
Rozwścieczone dzieciaki, nie potrafiące dosięgnąć do blatu w barze, bujały tyłkami do Downtown, czy I want to hold Your hand.
Piękna czarnulka jednej gwiaździstej nocy otarła się o jego plecy. Podniecony nastolatek nie mógł oderwać od niej oczu pomimo tego, iż był rasistą, a jego konserwatywne wychowanie doprowadziło go do tego, że koszule zapinał do ostatniego guzika. O dziewczynkach, a tym bardziej "tych czarnych", jak mówił mu Ojciec, nie było mowy. Ale on nie mógł... Była jego ideałem. Starsza, świetnie ubrana i ten biust... Pluł sobie w twarz, że za pieniądze, które wysyłali mu rodzice kupił swoją pierwszą tabletkę LSD. Pluł, bo wiedział, że mógł wsadzić te parę dolarów do jej spódniczki i na cała noc odpłynąć w jej zimnych ramionach.
Ale nie mógł już nic się więcej zrobić. Wsadził pod język pigułkę, popił ją szklanką soku wiśniowego za 50 centów i odleciał. Jeszcze przed wyjściem w świat własnych fantazji pociągnął bucha od siedzącego obok siebie afroamerykana. Potem już tylko w rytm słów Johna Lennona szedł nadmorską promenadą. Miał wrażenie, że piasek na plaży przemieszcza się łącznie z falami. Gonił go. Chciał go złapać, bo bał się, że morze mu ten piasek zabierze... Gdy porozmawiał z morzem, żeby nie zabierał mu piasku, wszedł na sam czubek najbliższej palmy po to by za chwilę rzucić się z niej na kark... Jakby ból przestał istnieć...
Nagle zrozumiał, że ściąga z idealnego ciała koszulkę. To ta murzynka z klubu. Leżała obok niego na dachu starej fabryki. Kochał się po raz pierwszy, gdy nagle zrozumiał, że trenuje samego siebie. Że nie ma żadnej boskiej murzynki. Zawstydzony wyjął rękę ze spodni. Słońce zaczęło go razić po oczach. Wieczorna impreza się skończyła. Wstał dzień.
Powinien się przejąć. Nie zrobił tego. Wyjął ze starych, nieuprasowanych od iks czasu spodni, zgniecionego skręta, odpiął guzik przy samej szyi i poczuł się wolny.
Był jakby innym człowiekiem. Popłynął na księżyc, wdrapał się na fale...
Ale Ty tego i tak nie zrozumiesz.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)