Mała dziewczynka z krzywo zawiązanymi kitkami usiadła obok mojej drugiej ja.
Niewinnie złapała mnie za rękę. Popatrzyła w oczy.
" Miłość jest wtedy i tylko wtedy, kiedy powiesz mu, że podoba Ci się jego koszulka, a on przez następny tydzień nie zdejmuje jej ze swojego chudego brzuszka. "
Powiedziała, wytoczyła ze swojej buzi, w której ciągle brakowało kilku zębów hektolitry śliny, wytarła się różowym rękawkiem i uciekła.
Pamiętasz jak wiatr rozwiewał mi włosy? Ty poprawiałeś je, a ja z fałszywym uśmiechem mówiłam Ci, że robisz to najlepiej na świecie. W mojej głowie przewijało się wtedy stado potencjalnych chłopaków, mężczyzn życia, ideałów z idealnymi proporcjami moich poglądów. Ty wtedy nie pasowałeś mi to żadnej z tych grup. Po prostu byłeś. Byłeś, kwitłeś, gniłeś, potem znów odrastałeś...
Odrastaliśmy razem. Uczyliśmy się wzorów skróconego mnożenia. Ty powtarzałeś mi, że ten plus powinien być w nawiasie, a ja w nawias mojego życia wkładałam Ciebie. Zawsze byłeś nawiasem. Ot tak niepotrzebnym nawiasem.
Teraz jestem duża. Włoskie wino staje mi w przełyku, ale teraz, teraz już wiem, że żadne działanie bez nawiasu nie będzie rozwiązane.
Będzie. Ale tylko to najprostsze. To 2+2.
A to już nie moja wina, że Ty i Ja do skomplikowany układ równań.
Skomplikowany układ równań, a żadne z nas nie jest Matematykiem, by go rozwiązać.
Więc zaśpiewam Ci teraz:
Idąc cmentarną aleją szukam ciebie, mój przyjacielu
Odszedłeś bo byłeś słaby jak suchy liść
Dziś możemy dotknąć się naszymi pustymi duszami
Obnażyć swe oszustwa i nasze wypalone sumienia...
Jak dla mnie właśnie umarłeś.
Ty i ta Twoja popieprzona dojrzałość.


Komentarze
Pokaż komentarze