3 obserwujących
556 notek
227k odsłon
  253   0

Leash Eye: Busy Nights Hazy Days (2022) - Recenzja


Czas na punkt szczytowy, a na pewno jeden z najbardziej pamiętliwych momentów całego albumu. „Electric Suns”, to małe arcydzieło, przejmujący riff, podobne tempo jak w „…of the Night”. Jednak jest znacznie ciekawiej za sprawą wyższym zaśpiewom wokalisty, panie w chórkach robią bardziej niż dobrze. Synchronizacja gitara-klawisze potęgują wrażenie tytanicznego ciężaru, które nie zagłusza wspomnianych świetnych, czystych partii wokalnych. Do tego grzechoczące solo gitarowe, Hammond w końcu pokazuje garnitur uzębienia, osłaniany przez szybszy demol perkusisty. Muzyka drogi na dłuższą eskapadę. Zróżnicowania odmówić Leash Eye’owi nie sposób. Jest to najbardziej balladowy fragment albumu a jakże kopie po pysku. A jakby tego było mało wszystko zostało uświetnione zaskakującym popisem klawiszowca. Kwaśna budująca napięcie syntezatorowa miniatura przypominająca o tym, kiedy rock elektroniczny się narodził i chwała, że southernowy zespół jest w stanie odważyć się na takie niekonwencjonalne kroki, zwłaszcza mając tak sina figurę w składzie.

Im dalej - tym lepiej, „Stay Down” zaczyna się leniwie, wybija się dołującym ultratłustym basowym riffem, znów więcej przestrzeni dla subtelnego plumkania. Łukasz szarżuje bawiąc się strunami głosowymi, znów w tle masa detali otulonych bujającymi, ociężałymi riffami. Po raz kolejny delikatność zazębia się z topornością – czyli sprawdzony przepis na to, za co się kocha rock and rolla.

Riff z „No Time To Take It Easy” chodzi za mną od pierwszego odsłuchu i nie daje mi spokoju, skąd go znam… temat z gatunku nieśmiertelnie oczywistych. Bardziej rockowo niż metalowo lata 70 ustępują pola przebojowości ósmej dekadzie XX wieku. Falsety, wręcz uroczo landrynkowe partie gitar... spokojnie, już uspokajam - wszystko to przełamane odpowiednim leashayowym ciężarem. Kolejny odważny powiew świeżości i otwarcie wrót do dalszej eksploracji w przyszłości.

Jak ktoś tęsknił za rozmachem Blues, Brawls & Beaverages (2019) to „Step on It” to jest jakby żywcem wyjęty z tegoż krążka. Kontrolowany chaos, energetyczne, rozedrgane spazmy i fluktuacje partii klawiszowych, nieco żwawsze tempo, wokale na większym wkurwie, idealnie zagęszczone granie i ten nerw, którego powinno być na mój gust więcej. Hammondowe kaskady rządzą i sprawiają, że jest to jeden z najmocniejszych punktów albumu wraz z poczuciem beztroskiego gazu do dechy rodem z Hard Truckin’ Rock (2013).

Kolejnym puszczeniem oka w stronę wiernych fanów jest użycie akronimu jak za dawnych lat. F.D.T.D” to southernowa opowieść, która przeradza się w potańcówkę, że aż ostrogi iskry krzesają. Świetnie zrealizowane brzmienie perkusji, talerze cudnie kołaczą, schowany rytm, na wierzchu gitarowa biesiada riffów. Napakowane, ciężarówkowe rasowe granie, że aż longhorny dokonują samopożarcia.

Marszowy riff na finał tego zacnego płyciwa, mięsiście, intensywnie, w wypracowanym stylu.  Skandowane chórki aplikują końską dawkę adrenaliny, testosteronowa jazda jak z reklamy środków na potencję. Znów należy docenić zaangażowanie każdego z instrumentalistów, każdy wnosi wiele cennych smaczków, których moc w środkowym pasażu. Zwłaszcza westernowa partia à la banjo wywołuje uśmiech na twarzy, który nie schodzi aż do ostatnich sekund trwania płyty.

Rozwiewając wszelkie wątpliwości nie przeskoczyli poprzedniczki, trudno przebić tamten rozmach ale cała zabawa polega na tym, że na Busy Nights Hazy Days (2022) wcale nie o fajerwerki chodziło, ani tym bardziej o udowadnianie czegokolwiek. Mimo, a może właśnie dlatego, że nie jest aż tak bombastyczna jak poprzedniczka, pozwala słuchaczowi dłużej przeżuwać tego muzycznego, krwistego Angusa skąpanego w złocistych bourbonach, whisky, słodkim wysokooktanowym paliwie, przetrawionym oleju silnikowym, kwaśnym pocie, zaschniętej krwi, okopconym dławiącymi wyziewami spalin, drapiącym dymie powszednich papierosów i wykwintnych cygar zwiniętych na udach gorących Kubanek.
Leash Eye swoim dorobkiem i stażem już dawno dowiedli, że mogą grać co chcą, zresztą tak naprawdę niczego nikomu nie musieli udowadniać – drogi czytelniku pisząc tę recenzję przypomniałem sobie, że przecież zespoły takie jak Leash Eye od samego początku takie po prostu są. Uosabiają artystyczną wolność, grając ku chwale ciężarówkowym sercom, wykuwając własną tożsamość, nie patrząc czy to jest modne, nie zastanawiając się czy ktoś to kupi. Mnie, który ceni autentyczność i organiczność tego typu klimatów już dawno kupili. Tą płytą rozwiali moje wszelkie obawy o przyszłość zespołu i jakość potencjalnej szóstej płyty – nie mogę się jej doczekać.


Ignacy J. Krzemiński

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura