3 obserwujących
513 notek
195k odsłon
236 odsłon

Leash Eye: Blues, Brawls & Beverages (2019) - Recenzja

Pewnego razu, gdzieś pomiędzy Teksasem a Meksykiem...
Pewnego razu, gdzieś pomiędzy Teksasem a Meksykiem...
Wykop Skomentuj4

Leash Eye nie rozpieszcza zbytnio swoich fanów częstotliwością wydawania premierowego materiału. Przez 20 lat zespół oficjalnie wydał cztery płyty i nie albumowego singla. Fakt liczy się jakość... mimo to i nad ilością mogliby troszkę popracować. Ileż można czekać, no ile?

Wiem, wiem łatwo się mówi, znając realia, charakter działalności, and last but not least ramy stylistyczne, które owszem znajdują swych koneserów, lecz list sprzedaży Panowie tym nie podbijają (a szkoda).

Na następcę Hard Truckin’ Rock (2013) trzeba było czekać sześć lat, nałożyło się na to kilka spraw. W 2014 roku po jedenastu latach odszedł wokalista Sebb, z którym zespół nagrał swoje pierwsze trzy albumy. W 2016 roku jego miejsce zajął Quej (Steel Habit, War-saw). W 2017 roku w ślady wokalisty poszedł perkusista Konar zastąpiony przez Bee Geesa (Goat Force One). Z potężną dolewką świeżej juchy zespół wreszcie zabrał się do pracy…

Oprawa najnowszej płyty Leash Eye wydanej własnym sumptem, jest rozbrajająca i niesie ze sobą pewien morał. Pierwszy rzut oka i czego tu nie mamy: majonezik, konserwowego ogóreczka, pomidorka, serek, cebulkę i nieodłączne fryteczki, wraz z obowiązkową puchą coli co by to wszystko dobrze spłukać. Jednak musicie pamiętać, że w całej tej kompozycji, najważniejsze jest to, co pod dobrze wypieczoną, chrupiącą bułeczką - reszta to jedynie dodatki, atrakcyjne ale jednak zapychacze, wykałaczki z flagą amerykańską i kawałek serwetki w którą wytrzemy po wszystkim tłuste paluchy. Mowa oczywiści o soczyście krwistym kotleciku, w mistrzowskim stylu doprawionym przyprawami, o tajemnej recepturze, w której wkład wchodzi nieodłączny glutaminian sodu…

Awers utrzymany w charakterystycznym stylu, który przewija się od debiutu po dziś dzień. Najnowsza grafika to pewne podsumowanie, łatwo wyłapiemy odniesienia do poprzedników. To dobry omen zwiastujący, czego można się spodziewać. Zespół już na starcie podkreśla swoje dziedzictwo i obiecuje, że na 125% po przesłuchaniu nowej płyty nabawicie się dorodnego liszaja.

Rewers rozkład jazdy albumu stylizowany na menu, który został starannie wyceniony w czasie. Coś w tym jest, ta płyta na ten przykład kosztuje 53 minuty życia – dobrze, że nie trzeba w tym wypadku płacić żadnego napiwku…

Wyobraź sobie proszę ja Ciebie, że po odpaleniu albumu natychmiastowo przenoszę się przed knajpę z okładki. Wypisz wymaluj przed oczami staje mi mój ulubiony Texas Roadhouse, gdzie serwują rasowe hamburgery i steki (tak, tak t-bony) rzecz jasna - w jedynym słusznym rozmiarze Texas Size. Co prawda serwują tu same sikacze pokroju Bud Lighta i Millera, ale przynajmniej odpowiednio schłodzone, w jeszcze bardziej schłodzonych pokalach.

Słucham Ci ja sobie pierwszego kawałka „Bones” i zastanawiam się czy to na pewno rocznik 2019 czy może jednak co najmniej 1979? Mocno zakrapiane wejście, w którym bezwolnie rozpływamy się. Bez dwóch zdań Blues, Brawls & Beverages (2019) kupił mnie za sprawą pasaży niezawodny organista Voltan – to co wyprawia z hammondem od lat (nie tylko na płytach Leash Eye) to jest coś niesamowitego. To właśnie pierwsze dźwięki przybrudzonego Hammonda uspokoiły mnie… Słychać pierwsze różnice brzmieniowe względem poprzedniej płyty: bardziej przykurzone, świetnie oddające ducha złotych dla rock and rolla dekad. Całość wypada przekonywająco dobrze. Jest szorstko, brudno niczym podłoga knajpy zasypana miałem zmielonych kowbojkami łupin fistaszków i petów.

Narastające niepewność jak wypadnie nowy gardłowy… Wypada świetnie, naturalnie jest inaczej, Queju to Queju a Sebb to Sebb. Nie mniej zmiana na tymże stanowisku obyła się bez jakościowego uszczerbku.

Dookoła na ścianach wiszą nieme ekrany telewizorów, na pierwszym ligowe rozgrywki baseballu, na drugim Texas Hold’em, na trzecim uniwersyteckie rozgrywki footballu amerykańskiego, na czwartym mistrzostwa świata w darcie, na piątym stary klip The Black Crowes…

Druga pozycja w menu to „Moonshine Pioneers”, słabe ale jednak wyskokowe napoje robią swoje, zaczyna się epicki rausz. Po wystrzałowym otwieraczu, przychodzi lekkie stonowanie. Przyzwyczaiłem się w pełni do nowego wokalisty, dzięki czemu łatwiej mi się skupić na reszcie akompaniamentu, która szyje w leasheyeowym stylu. Pierwsze wrażenia – słychać, że to Leash Eye, zespół, który w southernowej konwencji potrafił się umościć, odpowiednio znacząc teren wokoło.

Nieabsorbująca muzyka sączy się z kanału serwującego starego dobrego amerykańskiego rocka (dobrze) i kontrastującym z nim nowomodnym, zniewieściałym country (niedobrze). Mało wybrednym kierowcom tirów jednak taki zestaw idealnie pasuje, choć niektórzy bywają nerwowi. Jeden redneck ma za złe drugiemu, że wykorzystując okazję, dokonał niefortunnego wyboru, w szafie grającej podczas, gdy ten ulotnił się za potrzebą do johna*…

Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura