3 obserwujących
534 notki
216k odsłon
  266   0

Leash Eye: Blues, Brawls & Beverages (2019) - Recenzja

Pewnego razu, gdzieś pomiędzy Teksasem a Meksykiem...
Pewnego razu, gdzieś pomiędzy Teksasem a Meksykiem...

Jeszcze lepiej ów styl słychać w kawałku „On Fire” – który brzmi jakby żywcem został wyrwany z któregoś z poprzedników. Utwór powinien mieć jednak tytuł „Hammond on Fire” – aż miło posłuchać jak organista krzesał ogień z rozgrzanych do białości klawiszy. Jeżeli poprzednie trzy utwory pozostawiają wątpliwości co do potencjału wokalisty to sądzę, że „Lady Destiny” powinien rozwiać je ostatecznie. Nienachalny patetyzm bijący z chórów. Podkreślona wszechstronność wokalisty, który nie sili się na wymuszone naśladownictwo, nadając swój własny charakter.

Mówię Ci brachu co chwile figlarne półnagie kelnerki podchodzą i usłużnie pytają: czy mogą w czymś pomóc, coś podać, a może czekoladową niespodziankę? Z zawodową troską dbają o osuszony kufel…

Następny w kolejce jest „The Disorder” sunie niczym kawał ciężkiego skurczybyka, zwanego słusznie drogowym pociągiem, który właśnie przetoczył się za oknami baru. Z ciężkimi gitarowymi riffami Opatha kontrastują subtelne melodie wyczarowane przez Voltana, które potrafią przerodzić się w wykolejoną feerię bolesnych dźwięków.

Lato tej wiosny przyszło nadzwyczaj szybko, słychać instrumentalne popisy świerszczy, któremu przygrywa akustyczne pudło. We wstępie do „Planet Terror” brakuje jeno trzaskających sęków w ognisku i opiekanych pianek marshmallow na patyku – najważniejsze, że El Mariachi zna się na rzeczy. Za to mamy kolejną gęstą i jakże bezczelną hammondową pożogę. Wolniejszy lejący się wysokooktanowy napitek żre aż miło. Niepozorne świerszcze okazały się cholerną plagą szarańczy, zmiatająca wszystko z powierzchni ziemi.

No proszę, Leash Eye przywołał na swej płycie wielce tajemniczą postać. Nie bez przesady zwaną „polskim Faustem”, nie przypominam sobie szczerze, aby ktoś wcześniej brał na warsztat Pana Twardowskiego. Od strony muzycznej im dalej tym bardziej nastrojowo, czego „Twardowsky, J.” jest najlepszym przykładem. Dojmujący ciężar przełamany zostaje subtelną solówką, która jest pogodnym promykiem nadziei. Uwagę przykuwają popisy wokalisty, który prezentuje pokaźny zasób swego potencjału od leniwego pomruku po epicki rozdzierający wrzask.

1, 2, 3, 4! i lokomotywa toczy się dalej. W „Furry Tale” nadal pozostajemy w mariażu tęsknoty za południem i szorstkim podejściem do rock and rolla. Niespodziewany zwiewny podmuch Voltana subtelnie łagodzi rozgorączkowane obyczaje.

Pierwszy raz czytając tytuł recenzowanej płyty przetłumaczyłem sobie jako: Blues, bijatyki i... bobry (beavers)– początkowo zdziwiony (ale tylko trochę) postanowiłem się jednak upewnić czy mnie oczy mylą. Cóż bobrów nie uświadczymy za to, zdecydowanie słychać wszystkie spożyte, mniej lub bardziej szlachetne trunki.

Bulgoczący riff zwiastunem gruzowania na szybszych obrotach. „Jackie Chevrolet” to intensywny, rozpędzony niczym rasowy muscle car kawałek. Potężny gitarowy zastrzyk adrenaliny, kontrolowana histeria wokalisty, buzuje krew w organach, Bigos chłoszcze niemiłosiernie w talerze. Jeden z najcięższych i najbardziej demolujących kawałków na płycie.

Pojedlim niezdrowo, popilim zdrowo, popatrzylim łakomie na długie nogi tańczących na stołach kowbojek, czas nieco spuścić z tonu…

Dwa ostatnie utwory doskonale wpisują się w takowy scenariusz.

Barmanka której ewidentnie wpadłem w oko przyniosła nawet porcję tortilli z wyjątkowo ostrą salsą…

Wspaniałe hammondowe wejście smoka jest zaledwie forpocztą bogactwa, w jakie obrodził „One Last Time”. Pełen smaczków i chwytających za metalowe serducho zagrywek, świadczących o kunszcie panów Twardowskich, którzy nie tylko czują southern ale najwyraźniej wyssali go z mlekiem matki. Tyczy się to również ostatniego dobrze nasmarowanego bluesa będącym wielkim finałem płyty. Podliczając wynik zdecydowanie Voltan wygrywa. Swą grą absolutnie zdominował całość albumu. Do tego stopnia, że złapałem się na tym, że „nie słyszę” gitar Opatha (wyjąwszy oczywiście pyszne partie solowe np. w „On Fire”). Po trochę bardziej wnikliwym odsłuchu okazało się, że jednak wiosłowy nie próżnował, jego gra jest bardzo wyważona. Robiąc swoje, nie wybija się przed szereg.

Ledwo kiwam się na barowym stołku, jednym okiem łypię na ekran - no wiesz, tym z kanałem muzycznym, a tam leci jakiś nowy smęt Zakka Wylda…,no w pale się nie mieści, mówię Ci świat stanął na głowie! – żeby taki z dziada pradziada jankes proszę ja ciebie, brał się za naszą muzykę?! Kurza twarz jeszcze trochę i te cholerne Polaki zaczną tak grać…

To już niestety koniec, grzecznie, ale stanowczo zostajemy poproszeni o uregulowanie rachunku i opuszczenie lokalu. Każda sekunda albumu przepełniona jest miłością do najlepszych tradycji muzyki rockowej i metalowej. Jest to szczere świadectwo szacunku, tęsknoty i frajdy z możliwości artystycznego realizowania się. Dzięki takim zespołom jak Leash Eye jest szansa, że płomień prawilnego rock and rolla nigdy nie zagaśnie.

Słowa uznania należą się również Haldorowi Grunbergowi i Maciejowi Karbowskiemu, którzy świetnie ogarnęli całość do kupy. Zgodnie z oczekiwaniami brzmienie powala swoim autentyzmem.

Blues, Brawls & Beverages (2019) ma moc Forda Torino, mięsistość krwistego Rib Eye’a, smak poczciwej whiskey w słoiku. Urodzeni do bycia dzikimi, jeźdźcy burzy i fani unoszącego się dymu nad Jeziorem Genewskim powinni być usatysfakcjonowani.


Ignacy J. Krzemiński

*go to the john – iść do toalety.



Zobacz galerię zdjęć:

Moonshine Pioneers
Moonshine Pioneers
Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura