4 obserwujących
43 notki
31k odsłon
  115   0

Polska - Andora. Jazda obowiązkowa zaliczona

    Jak powszechnie wiadomo, w Europie nie ma już słabych drużyn. I nie ma co się śmiać na dźwięk tego sloganu. Ja wiem, ktoś przeczyta - Andora... nie ma słabych drużyn... od razu drwiący uśmieszek pojawi się w kąciku ust. Trzeba jednak spojrzeć na te słabe drużyny przez pryzmat osiągnięć naszej reprezentacji. A już się zdarzało, że potrafiliśmy dowartościować przeciwnika. 1:0 z San Marino po ręce Furtoka, czy 0:0 w Gdańsku z Cyprem w 1988 roku, gdy na Cyprze nie uprawiano jeszcze futbolu na poważnie. Ale żeby nie sięgać do prehistorii, to przypomnijmy sobie niedawny mecz z Łotwą w Warszawie. Łotwa mająca chyba najsłabszą drużynę w historii, do 76 minuty utrzymywała bezbramkowy wynik. Aż w końcu Lewandowski, który wtedy ciągnął jak wół w zaprzęgu nasz zespół, strzelił gola. Ostatecznie skończyło się 2:0. Więc nie ma co śmieszkować, tylko poważnie brać się do roboty. A robotę zaczęliśmy w składzie:

Szczęsny - Bereszyński, Glik, Piątkowski, Rybus - Jóźwiak, Krychowiak, Zieliński - Lewandowski, Milik, Piątek

    Tym razem w roli debiutanta mamy Piątkowskiego na stoperze. Poza tym Sousa wymienił najsłabsze ogniwa z meczu z Węgrami. No i wyszliśmy nowym systemem. Znane i lubiane 3-5-2 selekcjoner zamienił na nie próbowane jeszcze przez naszą drużynę 4-3-3. Okazuje się, że w zmianach systemów gry jesteśmy elastyczni jak guma w majtkach. Z Anglią zagramy pewnie 4-4-2. Zanim jednak przyjdzie czas na Anglię, pora wykonać zadanie w Warszawie. Zaczęliśmy od mozolnego klepania piłki w środku boiska. Jak to zwykle bywa z takimi zespołami jak Andora, od początku gęsto ustawieni pod własnym polem karnym, skutecznie uniemożliwiali stworzenie bramkowych okazji. W 10 min. próbował zaskoczyć strzałem zza pola karnego Bereszyński. Niedawno, po czterech latach pobytu w Genui, strzelił premierowego gola dla Sampdorii w meczu z Cagliari. Gola, dodajmy, przedniej urody, więc czemu by nie spróbować w reprezentacji. Tym razem się nie udało.

    Z każda minutą ataki wzmagały się, a andorski autobus był ustawiony coraz głębiej. Piłka ładnie wędrowała miedzy naszymi zawodnikami, ale niewiele z tego wynikało. Aktywny był Piątek, dobre wejście z Węgrami widać mu zostało. Raz dopadł do piłki przy końcowej linii, jednak nie udało mu się jej zmieścić w bramce. Kilka minut później dobrze złożył się do główki po dośrodkowaniu Jóźwiaka, ale strzał nie był już groźny i bramkarz bez problemu złapał piłkę. Jak nie idzie z gry, to trzeba próbować wykorzystać stałe fragmenty gry. I tak się stało w 30 minucie. Po dośrodkowaniu Rybusa, łatwego gola z woleja zdobywa Lewandowski. Piłka przeszła jeszcze po plecach obrońcy i wpadła obok zdezorientowanego Ikera Alvareza. Ciśnienie spadło, graliśmy z większym luzem. Po nieudanych zagraniach, czy niewykorzystanych sytuacjach, jak ta Lewandowskiego, gdy piłka spadła mu pod nogi, ale nie zdążył zareagować i piłka nie wtoczyła się do bramki, ale przeszła obok słupka, nasi piłkarze reagowali uśmiechem, a nie złością, czy machaniem rękoma.

    Warto zauważyć, że dużą ochotę do gry przejawiał Lewandowski. Dziś, mając u boku dwóch napastników, nie czuł się przesadnie związany z linią ataku i hasał po całym boisku. Zresztą, podobnie było z Węgrami, ale tam robił to z konieczności spowodowanej nieporadnością kolegów, dziś bardziej dlatego, że miał chęć zakosztować więcej gry kombinacyjnej. Grał właściwie gdzie chciał i wszędzie było go pełno. Do tego tradycyjnie strzelił gola, a nawet dwa. Widać, że roznosi go ambicja i bez względu na to, z jakim przeciwnikiem się mierzymy, gra na full.

    Drugą połowę zaczęliśmy od festiwalu wrzutek. Trochę brakowało cierpliwości do rozklepywania Andorczyków. Chcieliśmy jak najszybciej dorzucić piłkę w pole karne. Nie był to taki zły pomysł, bo te nasze dośrodkowania często stwarzały realne zagrożenie. I po którymś z kolei, Lewy przyjął piłkę na piątym metrze i po raz drugi wcisnął ją dziś do bramki. Po drugim golu Sousa uznał, że mecz jest rozstrzygnięty i robił kolejne zmiany, zdejmując m.in. Lewandowskiego. Dał szansę rezerwowym. Dawidowicz po sześciu latach od debiutu zaliczył mecz nr dwa w reprezentacji, a także pojawiło się dwóch kolejnych debiutantów, Świderski i 17-letni Kozłowski. Przed końcem meczu po, a jakże, kolejnej wrzutce gola w debiucie zdobył Świderski.

    Powtórki z Łotwą dziś nie było, worka goli również, ale zwycięstwo było pewne, mecz cały czas pod kontrolą. Może i słabych drużyn już nie ma, ale też i żadnych wniosków po tym meczu nie ma sensu wyciągać. Należało dopisać trzy punkty, tak się stało. A teraz w drogę na Wembley. Nie ma co pękać, trzeba wyjść na boisko i powalczyć.


Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport