Jorlandia
Albo znajdę drogę, albo stworzę jakąś. (Philip Sidney)
6 obserwujących
59 notek
21k odsłon
  6460   0

Łyżka dziegciu na Dzień Dziecka

Może ten świat musi sobie to przypomnieć. Dzieci są mieszkańcami świata, darem który przybywa i odchodzi. Każdy czasem powinien sobie odtworzyć dzieciństwo. Przypomnieć sobie tego dzieciaka w głębi pamięci czy może serca, którego często już nie ma.

Rodzice, którzy sobie to przypomną też na tym skorzystają. Obserwując swoje dzieciństwo z perspektywy swojego życiowego doświadczenia. Jeśli rodzice zapomną, że dzieciom trzeba pozwolić być dzieckiem wolnym, nawet jeśli z otartym łokciem i rozbitym kolanem, zniknie coś na zawsze. Nie można ciągle mieć pretensji do dzieci, że krzyczą i biegają. Że wciąż sobie coś zrobią.

Można je uczyć, oczywiście trzeba, żeby od czasu do czasu zwolniły, żeby umiały mówić ciszej. Ale na dworze chyba można trochę pokrzyczeć, pobiegać, wyszaleć się. Dzieci testują tam swoje możliwości. Poza laboratorium szkoły i domu, poza granicą ramion mamy i taty. Tak im rosną skrzydła.

Dzieci muszą biegać po podwórku bez nadmiernej opieki. Inaczej nie dorosną. Nie zdobędą doświadczenia, zaradności, znajomości. Nie będą mogły poradzić sobie z plagą utkwienia w życiu wirtualnym, z zarazą przywarcia do mediów. Dzieci, których nie wypuszcza się na dwór, nie żyją naprawdę.

Żyją życiem kontrolowanym. Życiem na niby. Bez wypadków, bez przypadkowych kontaktów, bez konfrontacji z sąsiadem czarodziejem (wujek który zawsze ma mega historię do opowiedzenia) czy z sąsiadką czarownicą, która rozjeżdża dzieci rowerem lub rzuca w nie pomidorami. To wymaga odwagi od rodziców.

Wiem coś na ten temat, bo mam bardzo żywe, wspaniałe w odnajdywaniu kłopotów, wypadkowe dzieci. Przeżyliśmy razem złamania, szycie blizn po rozcięciach skóry, najgorsze są te na głowie, traumę po oparzeniu, koszmary szpitalne po choróbskach, które przywędrowały nie wiadomo skąd. Wszystko to zdarzyło się pod stałą opieką dorosłych. Co może się zdarzyć, kiedy są na dworze, w szkole, na wycieczce, na wakacjach? Znam ten lęk przed wypuszczeniem dziecka w świat czy na dwór i te myśli natrętne… Czy dziś coś złamie, czy tylko rany do szycia? Nie wszyscy postronni słuchacze rozumieją moje stałe żarty na placu zabaw: „uwaga dzieci, ja dziś nie jadę do szpitala, mam wolne” (na co mój zrezygnowany mąż mówi: „dobra ja pojadę” – w sumie ona ostatnio brał to na barki) lub „kochanie, świętujemy dziś pół roku bez wizyt na izbie przyjęć, nie zepsuj statystyki”.

Przeżywamy relacje dzieci z trudnymi sytuacjami innych dziećmi. Relacje dzieci z ludźmi, którzy swoimi trudnymi doświadczeniami pokazują świat straszny, pełen lęku, niepewności o jutro. Oni też są częścią świata. Nie wszystkim się udało. My też jako dorośli mamy przyjaciół i znajomych w tarapatach, które nas przerastają, nie pozwalają spać spokojnie.

Przeżywamy też jako rodzice coś, co pośrednio odbija się od życia naszych dzieci - komentarze. Codzienna myśl - Od kogo dostanę uwagę? Jakbyśmy byli najgorszymi uczniami w szkole, i to wiecznie w oślej ławce.

Od pani w szkole? Czy od tej która siedzi na placu zabaw i obserwuje, co moje dzieci razem ze mną wyprawiają na karuzeli (jej córka szczerze zazdrości, ale nie może, bo mama nie pozwala)? Od sąsiadów, którym przeszkadza , że dzieci same wyciągają rower z piwnicy albo rysują kredą na chodniku kwiatki dla mamy tuż przed klatką schodową? Wciąż zmagamy się z łatką kogoś, kto jest patologiczny, kto zmarnował karierę, nie zna się na antykoncepcji, kto nie zna się na wychowaniu dzieci, kto chyba zapomniał jak się to robi już po trzecim, anegdotek o 500+ już nawet nie zapamiętuję, bo mam przeciążenie umysłu... i z innymi takimi bzdurami. Bzdury, ale za każdym razem ranią do żywego. Nawet jeśli słyszymy to setny raz.

Mam wielki dystans do świata bzdur, ale dziś wszystko jakoś wróciło przez tę akcję na osiedlu. Cała pewność siebie, poczucie własnej wartości, wszystkie te cudowne słowa osób nam przychylnych, podziwiających naszą pracę z rodziną, relacje z ludźmi podobnymi do nas, cała wytrwałość i czar bycia mamą, tatą, dumę z bycia babcią, dziadkiem, ciocią - osobą realizującą wartości może mało dziś popularne, ale jednak aktualne – wszystko to czasem staje na szali i przegrywa z inwektywami. Z nic nie wartymi słowami osób trzecich, które w szale jakiegoś – nie wiem – wygodnictwa, zmęczenia, złego nastroju mają czelność zrównać nas - wychowujących dzieci w naprawdę w trudnych czasach – z marginesem społecznym czy z mniej lub bardziej wyimaginowaną porcją szlamu pod butem.

Wymagamy sporo? Odrobiny zrozumienia i wyrozumiałości? Albo przemilczenia, gdy już ciężko wytrzymać z normalnymi rodzinami z dziećmi?

Ja jej mam sporo dla komentujących moją rzeczywistość.

Kiedy widzę na ławce w parku zmęczoną matkę z trojgiem dzieci obładowaną zakupami, która traci cierpliwość i podnosi głos na niemowlaka wrzeszczącego o cukierka, nigdy mi nie przyjdzie do głowy by ją ocenić. Raz kiedyś odważyłam się i pomogłam (miałam trochę siły i zrozumienia po awanturze z moim trzylatkiem pięć minut wcześniej) – zapytałam, czy chce pogadać. Usiadłyśmy razem, dzieci zatkało, bo zmieniła się aktywność i awantura odleciała w dal jak chmura na wietrze. Nigdy więcej się nie spotkałyśmy, ale pamiętamy.

Kiedyś moje dziecko, jak zwykle - uciekło mi w stronę ulicy na rowerku. Nie miałam już siły go gonić, bo wózek, bo zakupy, bo … ale na drodze stanął starszy pan i zatrzymał moje dziecko. Zażartował, że muszę też sobie wyhodować koła pod stopami i skrzydła u ramion, żeby złapać taki wicherek. Nie miał ani jednego słowa pretensji do mnie. Pożartował z uciekinierem i otrzymał moje: dziękuję.

Tak niewiele trzeba, by podnieść zmęczonego człowieka.

Mam sąsiadów, którzy przynoszą ubrania po dzieciakach. Jest tego za dużo, więc przekazuję dalej. Mam starszą schorowaną sąsiadkę, której w ogóle nie przeszkadza, że nasze dzieci czasem przy otwartych drzwiach zaczynają (mimo protestów ze strony rodziców) śpiewy i kłótnie poranne wychodząc do szkoły. Mówi: to przecież dzieci, nie można się gniewać na dzieci. Ale są też tacy, którzy na wynos nas oskarżają o wszystkie rysy na ścianach – bo to na pewno nasze dzieci. Są tacy, którzy zawsze znajdą drogę do narzekania.

I tak jest było i będzie.

Zawsze dzieci są gdzieś na podwórku i na osiedlach. Zawsze komuś będą przeszkodą, zawadą, zbyt dużym wyzwaniem sąsiedzkim czy wręcz wewnątrzrodzinnym niestety. Ale to nie znaczy, że mamy się tym jakoś przejmować. Rodzice, dziadkowie, ciocie, opiekunowie - to my musimy spokojnie iść dalej. I szukać Sprzymierzeńców obok domów Czarownic.

Kiedyś nadejdzie dzień, że złe czary znikną, i będzie można spokojnie iść murkiem dzieciństwa naprzód. I sadzić nad nim nowe róże dla nowych dzieci.


Lubię to! Skomentuj174 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości