Pro publico bono – niegdyś tak uzasadniano porozumienia ponad podziałami, odrzucenie interesów prywatnych i przedkładanie dobra ojczyzny nad dobro własne. Dzisiaj zwrot zapomniany, utonął gdzieś w odmętach narodowych kłótni i sprzeczek, choć przecież cały czas przewija się jako jeden z tych motywów, które mają definiować każdego polityka.
Najpierw zastanówmy się czym jest dobro ogółu, dobro publiczne czy też dobro wspólne. Jak pisze ks. prof. dr hab. Władysław Piwowarski w Słowniku Katolickiej Nauki Społecznej:
Oznacza to, że dobra wspólne społeczności mniejszych mieszczą się w dobrach wspólnych społeczności większych, od rodziny począwszy, a na społeczności ludzkości skończywszy. Zwraca na to uwagę Konstytucja Soboru Watykańskiego II Gaudium et spes: "Z coraz ściślejszej zależności wzajemnej, z każdym dniem ograniczającej powoli cały świat, wynika, że dobro wspólne - czyli suma warunków życia społecznego, jakie bądź zrzeszeniom, bądź poszczególnym członkom społeczeństwa pozwalają osiągać pełniej i łatwiej własną doskonałość - staje się dziś coraz bardziej powszechne i pociąga za sobą prawa i obowiązki, dotyczące całego rodzaju ludzkiego. Każda grupa społeczna musi uwzględnić potrzeby i słuszne dążenia innych grup, co więcej, dobro wspólne całej rodziny ludzkiej" (n. 26).
Były prezydent Aleksander Kwaśniewski potrafił trafnie wskazać zagrożenia dla samej istoty dobra wspólnego. Jest to o tyle paradoksalne, że sam często wikłał się w to, co ukazywał jako zagrożenie. Mając jednak na względzie samą wartość słowa pisanego, przytoczę tu jakie według niego zagrożenia dla konstytucyjnej idei dobra wspólnego istnieją:Chciałbym jednak wskazać na dwa zagrożenia, które tu widać, i którym powinniśmy przeciwdziałać, jeśli chcemy z powodzeniem budować państwo praworządne. Pierwsze niebezpieczeństwo określiłbym mianem „prywatyzacji” dobra wspólnego. Rzeczpospolita przypominałaby w takim wypadku ów – by posłużyć się metaforą jednego z Sienkiewiczowskich anty-bohaterów – „postaw sukna”, ciągnięty przez każdego w swoją stronę. Dobro wspólne może być przedmiotem próby instrumentalizacji, a wtedy staje się przykrywką dla prywatnych planów, interesów i zysków. Działania takie przynoszą podwójnie szkodliwe konsekwencje: nie służąc dobru wspólnemu, podważają jednocześnie społeczne zaufanie do definicji państwa jako „res publica”, rzeczy wspólnej. Wzbudzają w obywatelach przeświadczenie, że „dobro wspólne” to właśnie, o czym już wspominałem, owa ozdobna retoryka.
Drugim, choć rzadziej dostrzeganym niebezpieczeństwem, jest wspomniana już „monopolizacja” pojęcia dobra wspólnego. Choć politykę można i należy oceniać przy użyciu kryteriów moralnych, nie wolno przeoczyć różnicy między tymi dziedzinami. Trzeba pamiętać, że podstawowym celem wspólnoty politycznej jest tworzenie i doskonalenie mechanizmów wolności. Mechanizmy te stanowią warunek osiągania zgody w sprawach najważniejszych. Wypracowany kompromis może się często wydawać nie dość jasny, nie dość klarowny, jednoznaczny. Ale nikt nie ma tu monopolu na prawdę. Nie można z góry, w imię takiego czy innego światopoglądu, zadekretować treści dobra wspólnego.
Przedstawiłem tu poglądy dwóch, można rzec przeciwstawnych ośrodków. Z jednej strony konserwatywna myśl Kościoła Katolickiego, jakże piękna w swoim wydźwięku, a z drugiej strony zaskakująco trafna interpretacja byłego prezydenta. Obie te definicje uzupełniają się wzajemnie. Bo czy można mówić o poszanowaniu i uwzględnieniu potrzeb innych grup bez wyrzeczenia się prób zmonopolizowania prawdy a także samego dobra wspólnego?
Problemem jest brak poczuwania się do realizacji zasady wyprowadzonej z art. 1 Konstytucji, zasady wskazującej na Rzeczpospolitą jako dobro wspólne obywateli. Skoro zaś jest to dobro wspólne, nie zaś partykularne czy jednostkowe, nie można dzielić go, nie można również dzielić samego społeczeństwa. A przecież wszyscy politycy dzielą. Robił to Jarosław Kaczyński wskazując na Polskę Solidarną i Liberalną, wskazując miejsce gdzie kiedyś stało ZOMO czy też ustami swoich polityków wydzielając wykształciuchów. A cóż czyniła Platforma gdy piała o Moherowych Beretach? Wskazywała na pewną grupę która nie mieściła się w ramach ich własnej percepcji postrzegania rzeczywistości.
Smutne jest to, że politycy nie potrafią przezwyciężyć własnych poglądów i idei. Nie jest bowiem mężem stanu ten, który twierdzi, że ma monopol na prawdę. Nie jest również ten, który chce być zgodny, iśc na wszelkie kompromisy jednoczesnie odrzucając jakąś grupę społeczną. Mężem stanu może być tylko taki polityk, który powie wreszcie „dość!” i zacznie działac na rzecz wszystkich Polaków, nie tylko tych, którzy jego partię popierają. A takich polityków w Polsce nie ma, nie było przez ostatnie 17 lat i myślę, że szybko nie będzie.


Komentarze
Pokaż komentarze