Kiedy zostałem poproszony o wygłoszenie kilku mądrych słów, przy okazji ogłaszania wyników i podsumowania konkurs na opowiadanie, rozpisanego przez Stowarzyszenie Fabryka Kultury we Wschowie, zacząłem sie zastanawiać o czym mógłbym powiedzieć.
Ja. I do tego mądrze...
No więc pomyślałem sobie, że "Papierowy Pisarz" to jest temat. Mam na tym polu pewne doświadczenie, bowiem wydałem już coś drukiem, a dodatkowo przeszedłem wszystkie stopnie wtajemniczenia poprzedzające ten szczyt pisarskich marzeń. Zatem...
Przygotowałem sobie zarys wystąpienia, prowadzącego do tezy, że pisarz papierowy (dalej zwany PP), to spełniony, uznany artysta, z dowodem swojego poziomu zamkniętym pomiędzy kartonowymi okładkami.
Chciałem opowiedzieć o tym, jak kiedyś pisałem swoje pierwsze kawałki stukając jednym palcem w starego Remingtona odziedziczonego po ojcu. Jak w szufladach walały się fioletowe kopie moich arcydzieł. Jak raz w kiosku poprosiłem o dziesięć sztuk "Nowego Detektywa", w którym wydrukowano moje debiutanckie opowiadanie. Jak przecierałem ze zdumienia oczy, widząc, co z tym opowiadaniem zrobiono (tytuł "A może Natasza" zamieniono na "Nasz Mateusz" - to jakby "Naszą Szkapę" poprawić na "A może Little Pony", o tym jakie zmiany zastosowano w tekście wole nie pamiętać).
Dalej miałem wspomnieć o pewnego rodzaju regresie, jaki nastąpił wraz z pojawieniem się globalnej sieci - możliwość udzielania się w Internecie, zamiast przybliżyć mnie do upragnionego pierwszego wydania książkowego, oddaliła tę perspektywę, zatem przez następną dekadę nie zostałem PP, bo pławienie się w internetowym samozachwycie całkowicie mi wystarczało. A kiedy wreszcie zostałem PP, to... Po drodze tak wiele się zmieniło, że, kiedy przyszło co do czego właściwie wydałem się sam. To znaczy, oczywiście, za wydaniem stały zacne instytucje, ale płaciłem sam. No dobra, zapłaciła moja żona. To obecnie powszechna praktyka, bo jeśli nawet nie płaci się za publikację (mówię ogólnie, nie o żonach), to najwyżej nie dostaje się z jej tytułu żadnej kasy.
No i na koniec miałem powiedzieć o tym, jak za sprawą znanego wydawnictwa SF, Fantasy i Groza zostałem PP z krwi i kości (i z flaków)...
Kiedy jechałem do Wschowy, słuchałem radia, patrzyłem na drogę, myślałem, patrzyłem w lusterko - innymi słowy mówiąc miałem czas na chwilowe odseparowanie sie od codziennego runu, zaślepienia, tępoty. Pomyślałem sobie, że chciałbym mieć tablet. A co? Zasadniczo nie wiem dlaczego o tym pomyślałem, może usłyszałem jakąś reklamę, a może audycję na ten temat. A może kątem oka zauważyłem billboard z iPadem.
W każdym razie poczułem, że fajnie było by mieć coś takiego. Bo można dotykać (a ja lubię sobie podotykać), bo się ma wszystko, czego się potrzebuje w jednym urządzeniu formatu A5, bo ma się dostęp. DOSTĘP. A to jest nowoczesność, przewaga, pewność. I tu książka, którą wyruszając w drogę rzuciłem na siedzenie pasażera, zakasłała niepokojąco. Spojrzałem na nią, a ona już wyglądała kiepsko. Była blada, na jej okładkę wystąpił pot (na oko zimny), a stronami zaczęły wstrząsać dreszcze.
- Co jest? Pomyślałem i natychmiast zrozumiałem! Tablet!
Kiedy dojechałem do Wschowy wiał wiatr. Trudno ocenić, czy był to wiatr zmian, czy zwykła piździawa, w każdym razie, kiedy dotarłem na miejsce naszego spotkania, w uroczej, choć nieco oficjalnej sali konferencyjnej jednego z miejscowych banków, temat mojego wystąpienia zmienił się, może nie diametralnie, ale poważnie.
Postanowiłem bowiem zapytać , kim jest niegdysiejszy PP, w czasach kiedy papierowa książka umiera?
Bo kiedyś, to ho ho! (właśnie o tym miałem mówić według pierwotnego planu) Kiedyś, to taki PP, to był gość. Głowę trzymał wysoko i rozdawał autografy. Kobiety mu same do łóżka wchodziły (chyba, że sam był kobietą), dzieci recytowały wiersze na akademiach, a stutysięczny nakład zapewniał miejsce obok Lema i Dygata. Życie miał usłane różami, a czy wybierał z nich płatki czy kolce, zależało tylko od niego.
A teraz?
A teraz jest inaczej, i ten, kto pierwszy wyczai niszę - wygra. Bo termin Pisarz Papierowy umrze wraz z papierową książką. Bo plik, z książką, opowiadaniem, wierszem w dowolnym formacie da się wypuścić z dowolnego komputera, z wykorzystaniem dowolnych programów, które z chęcią, za darmo, dostarczą nam włodarze Internetu, byle mieć tak zwany kontent. I chodzi tu o wypełnienie, a nie zadowolenie. Bo zadowolenie wisi.
Brak jest weryfikacji (choćby takiej jakie dawało sito wydawcy) - więc, hulaj dusza, piekła nie ma!
Piszemy, konwertujemy, i dajemy! Dajemy!
Z sali odezwały sie glosy - książka nie umrze!
Odpowiadam - książka, jako taka - nie. Umrze w swojej papierowej formie.
Ale! Nic się nie da porównać z papierową książka w rękach!
Odpowiadam - owszem, da. Tablet z dobrym programem, który pomieści kilkadziesiąt tysięcy tytułów, pozwoli czytać z dowolnym kontrastem strony, wielkością i krojem czcionki, a niedowidzącym, dzięki odpowiednim, programom pozwoli słuchać (zresztą może widzą dobrze, tylko akurat jadą metrem?) Jeszcze jakieś wątpliwości?
Aha! Tu cię mamy, a jak zabraknie prądu?
No, odpowiadam, jak zabraknie prądu, to książki też się raczej po ciemku nie poczyta.
Można przy świeczce.
Jasne - odpowiadam, a kiedy czytałeś książkę ostatnio przy świeczce?
Dla mnie to nie jest problem. Pożegnałem sie onegdaj z winylowa płytą i kasetą, by zaprzyjaźnić się z CD. teraz, CD już zdycha, jest format MP3 i pamięć flash. Ile to trwało? 25 lat? Więc co, papierowa książka w formie kodeksu ma zwyciężyć? Z jakiej racji, skoro zwoje nie przetrwały?
Ale...
Nie ma "ale". Książka umrze w najbliższej dekadzie, i to nie za sprawą czytników do eBooków, tylko za sprawa tabletów, które funkcje czytnika będą miały niejako mimochodem. Dedykowane czytniki (takie jak z eMPiKu) praktycznie sczezły przy porodzie - są jednofunkcyjne i jakkolwiek wyspecjalizowane, nie dają nic ponad współczesne PC.
Argumenty takie jak "szum starej płyty", czy "zapach książki" są emocjonalne, ale pozbawione sensu - zsamplowane skrecze można sobie dodać do MP3 (jak ktoś bez nich żyć nie może), a zapach zakurzonego inkunabułu wkrótce będzie dostępny jako AXE Librarian. Bedzie sobie można tablet spsikać. Wiara w to, że papierowa książka przetrwa, jest podobna do wiary, że gazeta codzienna może być jedynie czarnobiała z nutką jednego koloru (przypominam - lata '90 jeszcze)
I tu zboczyłem. Bo miałem mówić o Papierowym Autorze, Pisarzu - whatever.
No wiec pozostaje ta sama weryfikacja co dawniej. Chyba.
Co się komu podoba.
To nakłada większą odpowiedzialność na odbiorcę, z drugiej strony umożliwia błyskawiczne wywyższenie, lub porażkę dla autora.
Bo zmniejszyła sie odległość pomiędzy twórcą i odbiorcą za to zwiększył się zasięg. Powoli popularność osoby zaczyna mierzyć się ilością znajomych na FaceBooku, followerów na Twitterze, odwiedzin na blogu. To jest porównywalne z parametrem "ilości sprzedanych egzemplarzy".
Tylko, że teraz każdy odbiorca może wyrazić swoją opinię w zauważalny sposób, może zachęcić, lub zdruzgotać krytyką. W ten sposób rekomenduje, lub zniechęca. Nadaje miano "Ważnego Autora" albo "Poważnego Grafomana". I jeszcze raz: KAŻDY może to zrobić, a nie tylko recenzent z honorarium od wydawcy (lub konkurencji).
Się czyta, się jest.
Się jest czytanym - to dopiero się jest!
Czyli w sumie bez zmian, tyle, że bez papieru.
Cały tekst znajduje się TUTAJ.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)