HareM HareM
42
BLOG

Świątek po sezonie, Chwalińska jeszcze nie

HareM HareM Sport Obserwuj notkę 0
Iga już na pewno, Maja ma zagrać w Tokio (tytuł i podtytuł zaktualizowane po dzisiejszych wypowiedziach menedżera Chwalińskiej)

Iga na 100%, bo to oficjalnie ogłosiła. Maja nie do końca, bo na razie podano tylko, że nie zagra w Ningbo. 

Czy nasz „Mały Rycerz w Spódnicy” zagra w Tokio? Osobiście sprawdziłem (wystarczy wejść na oficjalną stronę turnieju), że jest na liście zgłoszeń. Występ w Japonii zależy od tego, jak poważna jest kontuzja, przez którą zrezygnowała z udziału w chińskiej 500-tce. Wyjścia są dwa. Albo chciała po prostu odpocząć i mamy do czynienia z „kontuzją”, a nie kontuzją, albo rzeczywiście to lewe udo jest przeciążone i nie ma sensu pakować się z jego powodu w tarapaty i ryzykować brak startów na początku kolejnego sezonu. A sezon zaczyna się już w styczniu i to od bardzo mocnych akcentów. Więc jeśli z tym lewym udem to nie był pic, to Maja chyba dołączy do Igi i zrobi sezonowi pa-pa.

A jeśli tak, to można, w obu przypadkach, właśnie zakończony przez nasze najlepsze tenisistki (i jednocześnie jedne z najlepszych polskich sportowców w tym roku w ogóle) sezon podsumować.

Najpierw, z wieku i z urzędu, Nasze Dobro Narodowe. Ale dużo bardziej z tytułu dawnych zasług niż z powodu tegorocznych dokonań. Przy czym, żeby być w zgodzie z rzeczywistością, wypada napisać, że punktów rankingowych w tym roku więcej, i to sporo, zdobyła jednak Iga. Uzbierała ich od Nowego Roku dokładnie, cytuję za oficjalną stroną WTA, 4189. Przy „zaledwie” 2755. oczkach Mai. Na dziś daje to Światek w stadzie pozycję numer 9, a Chwalińska jest w tym zestawieniu 12. Przy czym obie mogą, i to jeszcze przed Tokio, swoje pozycje utracić. Igę, jeśli dojdzie do finału, już w Ningbo wyprzedzi Ukrainka Kostiuk. Maja spadnie z miejsca 12., jeśli do półfinału w Chinach awansuje Rosjanka Sznajder bądź turniej wygra Szwajcarka Bencic. 

Dla Igi obecny sezon jest najsłabszy od sześciu lat. W sezonie 2020, zapamiętanym głównie z tego, że ogromna większość turniejów tenisowych rozgrywana była przy pustych trybunach oraz z pierwszego triumfu Igi w turniejach Wielkiego Szlema, Polka zamykała sezon jako nr 17 na świecie. Rok później była już na koniec roku w rankingu na miejscu 9-tym. Kolejne dwa lata kończyła jako liderka rankingu, dwa lata temu jako wiceliderka i tak samo było w zeszłym sezonie. Tym razem Nasze Dobro Narodowe, tak jak 5 lat temu, jest dziewiąte ale, jak napisałem wyżej, są przesłanki ku temu, żeby uważać, że finalnie może obsunąć się o jedną pozycję w dół. Osobiście nie przykładałbym aż takiej wagi do lokaty w rankingu. Myślę, że ważniejsza jest liczba wygranych ważnych turniejów. To oczywiście często idzie w parze, ale są wyjątki potwierdzające regułę. Pamiętam jak swego czasu liderką rankingu, i to kilkadziesiąt tygodni z rzędu, była Woźniacka, która nie miała na koncie żadnego wygranego Wielkiego Szlema. Tego Wielkiego Szlema wygrała dopiero dobrych kilka lat po tym, kiedy tą liderką być przestała.

Tak czy inaczej właśnie z tego powodu, że w tym roku Iga wygrała tylko jeden turniej (Toronto), a w roku 2021 dwa (Rzym i Adelajda), to myślę, że to tamten sezon należy uznać za lepszy. Mimo, że tych punktów zebrała wtedy o około 400 mniej. W dodatku cały czas szła w górę. W tym sezonie z lekka pikuje.

Natomiast napiszmy sobie szczerze. Wielu chciałoby mieć choć jeden w połowie tak dobry sezon jak Iga w tym roku. Co złożyło się na te 4189 punktów? No to wymieńmy. Po kolei. Zaczęło się od United Cup, gdzie Polka wygrała 4 spotkania i poniosła 2 porażki (Gauff i Bencic). Za to dostała od WTA 150 punktów. Potem od razu Australian Open i zaliczony ćwierćfinał (porażka z Rybakiną). Dorobek punktowy – 430 oczek. Do ćwierćfinałów doszła Iga również w Dosze (przegrała z Sakkari) i Indian Wells (tu z kolei ze Switoliną). Za oba turnieje otrzymała po 215 punktów. Sensacyjna przegrana z Linette w drugiej rundzie turnieju w Miami dała jej tylko punktów 10. Przegrany ćwierćfinał z Andriejewą w Stuttgarcie – 108. W Madrycie odpadła w III rundzie z chińską Amerykanką Li uzyskując za to punktów 65. Potem był najlepszy w pierwszym półroczu turniej, czyli Rzym, i 390 oczek za półfinał. Przegrała go znów ze Switoliną. W Paryżu doszła, po raz kolejny, do ćwierćfinału, gdzie nie dała rady innej Ukraince Kostiuk. Konto punktowe zwiększyła po Francji o 240 oczek. Zupełnie nieudany był dla Igi tym razem Homburg. Odpadła w pierwszym spotkaniu z Navarro zdobywając wszystkiego 1 (słownie: jeden) punkt rankingowy. Rozczarowanie przyniósł też tegoroczny Wimbledon, gdzie, przypomnę, broniła tytułu. Trzecia runda i porażka z Filipinką Ealą. Punktów zyskała 130. Najlepsze rezultaty w tym roku osiągnęła Polka po przejściu z trawy na nawierzchnię twardą. Wygrała tysięcznik w Toronto (1000 pkt), a w Cincinnati doszła do półfinału, gdzie musiała uznać wyższość Peguli. Tutaj, tak jak w Rzymie, czekało na nią 390 punktów. W ostatnim tegorocznym turnieju wielkoszlemowym, w Nowym Jorku, szału już nie było. Czwarta runda i porażka w dwóch setach z Żeng mimo prowadzenia w pierwszym 5:0. Przypomniał mi się wówczas od razu ich półfinałowy mecz na igrzyskach, gdzie Świątek prowadziła 4:0 i przegrała 4:6. Tyle, że w secie drugim, co oznaczało koniec snów o olimpijskim złocie. Tutaj seria Chinki w secie była jeszcze dłuższa, bo trwała gemów siedem. No i dwa ostatnie turnieje w Chinach. Najpierw ćwierćfinał w Pekinie (215 pkt po porażce z Mertens), a w ostatnią sobotę w Wuhan półfinał i przegrana z Chwalińską (390 pkt).  

Tak wyglądał ten sezon w wydaniu Igi. Czy mógł być lepszy? Pewnie mógł. A czy gorszy? Tym bardziej! My wciąż żądamy od Igi samych zwycięstw. Tymczasem ona odniosła ich w, tylko tej dorosłej, karierze aż 443! Tylko w tym roku, który niby jest taki słaby, aż 39! Pewnie. Porównując tegoroczne wyniki z tymi z lat poprzednich można kręcić nosem. Albo, znam takich, psioczyć. Więc niech sobie psioczą. Ja do takiego pociągu nie wsiądę. Nigdy.

Teraz weźmy na tapet Maję. Przy czym najpierw uwaga dotycząca jej kolejnych startów w tym roku. Menedżer Polki podał dzisiaj (a ja wszystko to, co wyżej, napisałem wczoraj) w eter, że Maja w Tokio jednak zagra. Ponieważ jednak już się trochę z tym postem napociłem, to mimo, że nie skończyła jeszcze sezonu i może swoją w nim liczbę punktów powiększyć, nawet o stosunkowo pokaźną sumę, to i tak ją podsumuję. Na teraz. Mniej punktów niż napiszę w końcu w tym roku nie zdobędzie. 

No więc w jej przypadku jest dokładnie odwrotnie niż u Igi. To jej zdecydowanie najlepszy sezon. I nie od lat sześciu, ale od dwudziestu pięciu, bo tyle właśnie żyje. No to jedźmy od początku.

Rozpoczęła sezon turniejem WTA 250 w Auckland, gdzie w drugiej rundzie kwalifikacji odpadła z o 40. pozycji niżej od niej klasyfikowaną wówczas w rankingu Czeszką (?) Knutson. A była Polka wówczas, wg WTA, na pozycji 146. W konsekwencji zdobyła 12 rankingowych punktów. W Australian Open też odpadła w kwalifikacjach, ale tu już w rundzie trzeciej i nie z byle kim, bo z Kalininą, choć Ukrainka też w rankingu była w tym momencie dużo niżej (Maja 145., rywalka 179.). W efekcie zdobycz punktowa za AO to 30 oczek. Po przebrnięciu kwalifikacji w WTA 250 Cluj-Napoce, Maja dotarła do rundy trzeciej turnieju głównego. Tam nie sprostała 30-tej wtedy w rankingu Raducanu. Łącznie, w kwali i samym turnieju, wywalczyła w Rumunii 72 punkty. 

Potem nastąpiła seria aż ośmiu występów w turniejach rangi WTA 125 bądź niższej. Tu nie musiała grać w kwalifikacjach. Rozpoczęła od portugalskiego Oeiras, gdzie dotarła do półfinału. Przegrała go ze znajdującą się w tamtym momencie 3 pozycje niżej w rankingu (134:137) Czeszką Vidmanową. Półfinał Mai wyceniono w WTA na 49 oczek. 27 punktów zdobyła Polka w kolejnym turnieju w tureckiej Antalii, gdzie w ćwierćfinale pokonała ją 77. wtedy tenisistka świata (Maja dalej grała jako nr 134 rankingu), Japonka Ucziima. Gorzej poszło jej w drugim turnieju rozegranym zaraz potem w tym samym mieście. Już w II rundzie uległa (w tym momencie 148. tenisistce globu) Słowence Zidansek, zdobywając do kolekcji wszystkiego 15 punktów. W kolejnych zawodach, tym razem w Dubrovniku, Maja trafiła na tę samą tenisistkę i znów przegrała. Tyle, że w rundzie pierwszej. Zysk punktowy za występ? Był. Jeden punkt! Po trzech tygodniach, w połowie kwietnia, wreszcie coś zaskoczyło. 129. w rankingu Chwalińska zaczęła wygrywać z zawodniczkami znacznie wyżej od siebie w tenisowej hierarchii umiejscawianymi. M.in. z Haddad Maią (nr 69), czy Szwajcarką Waltert (nr 92). Przegrała z nią również nieobliczalna Montgomery, a w finale turnieju Maja pokonała Austriaczkę Kraus (120. numer klasyfikacji WTA). Za wygrany turniej WTA 125 Polka zgarnęła oczywiście całe 125 pkt. Na początku maja Polka zagrała w challengerze we Francji, gdzie skończyło się na ćwierćfinale, za co zebrała 16 oczek. Później wróciła do turniejów WTA 125 i w Parmie, zaraz w I rundzie, wzięła zimny prysznic w postaci porażki z 410. zawodniczką tenisowego cyrku Włoszką Urgesi. Zarobiła więc cały 1 punkt, wsiadła w samolot i przyleciała na Roland Garros. Z racji pozycji w rankingu (przystępując do francuskiego szlema plasowała się w nim na pozycji 114.) musiała grać w kwalifikacjach. I grała. Pewnie, choć finałowe spotkanie tych kwalifikacji, ze 128. na tamten moment na świecie Holenderką Lamens, trzymało w napięciu od początku do końca. Wygrywając je Polka dostała się, chyba dopiero po raz drugi, do konkursu głównego turnieju Wielkiego Szlema.

Jak było w Paryżu wszyscy pamiętają. NADEJSZŁA, jakby to powiedział klasyk, WIEKOPOMNA CHWILA. W zasadzie to wiele chwil. Po kolei. Mistrzyni olimpijska, zwyciężczyni zakończonego tydzień z hakiem temu turnieju w Pekinie, Żeng. Dalej. 21. w rankingu Belgijka Mertens (w Pekinie wyraźnie wygrało niedawno z Igą). W trzeciej rundzie wracająca do coraz lepszej formy Sakkari. Potem spacerek z 92. na świecie Parry. Ćwierćfinał i zwycięstwo nad światową 24-ką, Kalińską. W półfinale kolejna wiktoria, tym razem z inną Rosjanką, jedną pozycję wyżej klasyfikowaną od rodaczki, Sznajder. No i wisienka na torcie w postaci finału z Andriejewą. Wisienki finalnie nie było, bo Maja ten mecz przegrała, ale za to była potężna liczba rankingowych punktów. 1340. W konsekwencji awans na 21 w światowym rankingu. Był też potężny zastrzyk finansowy, ale przecież dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają. 

Sezon trawiasty ograniczył się w wypadku naszego okruszka do jednego spotkania. I rundy w Wimbledonie. Chwalińska wygrała ze 164. na świecie Tajką, o nazwisku nie do wymówienia i nie do napisania, pierwszego seta, w drugim wyraźnie prowadziła, miała nawet piłkę meczową, i doznała kontuzji. Na tyle poważnej, że mecz przegrała. Punktów za tę porażkę dostała 10.

Również na I rundzie zakończyła Maja swój inauguracyjny występ na hardzie. W Toronto pokonała ją Australijka Gibson, nr 74 światowego rankingu. Znów tylko 10 pkt i przenosiny do Cincinnati, gdzie najpierw pokonała Hiszpankę Bucsę (38 rakieta świata), a potem musiała uznać wyższość Sznajder (Rosjanka w międzyczasie awansowała w światowej hierarchii aż na miejsce 14.). Ta druga runda wzbogaciła dorobek naszej tenisistki o 65 rankingowych punktów. Z Cincinnati Maja pojechała do Monterrey, gdzie zagrała w turnieju rangi 500 i odpadła w I rundzie. Co ciekawe z dużo niżej notowaną i, de facto, słabiutką ostatnimi czasy Amerykanką Parks (nr 89). Tak więc znów 1 pkt i do domu. Nie inaczej na US Open, gdzie nastąpiła powtórka z rozrywki. Porażka w I rundzie z inną Amerykanką, Townsend (wtedy 96. w rankingu). Tyle, że punktów 10. Po północnoamerykańskim kwartecie wielu zastanawiało się skąd te tak liczne porażki. A Maja, po prostu, uczyła się nawierzchni twardej, na której wcześniej bardzo rzadko miała okazję występować. 

Pierwsza seria zwycięstw przyszła w Singapurze (WTA 500). Po trzech wygranych Chwalińska, która przed przyjazdem na turniej spadła na 25 miejsce w tenisowej hierarchii, przegrała dopiero w półfinale z późniejszą triumfatorką, Kanadyjką Fernandez. Wcześniej ograła, m.in., 19. na świecie Mertens. Do Pekinu przyjechała znów jako numer 21. I znów czekał zimny prysznic. Porażka z notującą bardzo słaby sezon Jastremską, która startowała do turnieju jako graczka spoza setki (111). O turnieju w Wuhan już się na tym portalu rozpisywałem, więc teraz, gwoli rzetelności, dodam tylko, że wygranie turnieju dało Polce 1000 punktów i awans na pozycję 11 w rankingu WTA. O prestiżowych zwycięstwach nad numerami 9 (Świątek) i 11 (Jovic) zestawienia WTA tylko jeszcze napomknę.

Nie dam się namówić na zgadywanie jak pójdzie Mai w Tokio. Może być różnie. W każdym razie nawet jak przegra w I rundzie, to niewiele to zmieni. Dalej ten sezon będzie dla niej wiele razy lepszy niż wszystkie poprzednie razem wzięte. 

Kończymy rok mając już nie jedną, a dwie tenisistki w światowej czołówce. Łyżką dziegciu w beczce miodu jest to, i nie bójmy się tego stwierdzić, że nie mamy na chwilę obecną żadnej przedstawicielki Polski w najbardziej ścisłym topie zestawienia. Do czego zresztą, za sprawą Igi, zdążyliśmy się już przyzwyczaić na tyle, że teraz wydaje się to nam, kibicom, czymś bardzo niekomfortowym, a nawet wręcz irytującym. 

Ale to się zmieni. Kto wie czy nie szybciej niż nam się zdaje.

I tym optymistycznym akcentem…


HareM
O mnie HareM

jakem głodny tom zły, jakem syty to umiem być niezły

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Sport