27 obserwujących
298 notek
404k odsłony
1531 odsłon

O demoralizujących cechach ustroju gospodarczego PRL

Wykop Skomentuj3

Fragment omówienia.

>Do 1989 roku gospodarka nie była rynkowa, była hiper nadregulowana. Co oznacza tyle, że płace i ceny były ustalane centralnie. Płaca nie miała związku z ilością pracy, nawet w wymiarze fizycznym, w kilowatogodzinach. Nie miała też płaca związku z wartością wytworzonego przez pracownika produktu, bez względu na to, czy był to przedmiot materialny, usługa lub wytwór intelektualny. Cena towaru nie informowała o potrzebnych do jego wytworzenia nakładach pracy, inwencji, materiałach albo innych kosztach, nie informowała o jego wartości rynkowej, ani też o żadnej innej wartości.

Przedsiębiorstwa nie były przedsiębiorstwami, ale zakładami pracy produkującymi na dziwne zamówienie, zwane Centralnym Planem Społeczno-Gospodarczym, jakąś ilość produktu, bez względu na jego parametry użytkowe, właściwości techniczne, koszty. Wyroby polskiego przemysłu de facto nie były sprzedawane, ale były przedmiotem dostawy w celu zaopatrzenia innych „zakładów pracy”, zgodnie z centralnym rozdzielnikiem. Oczywiście w celu zaopatrzenia w materiały i środki potrzebne do wykonania Planu. Używając absurdalnego, ale wziętego w tamtejszej rzeczywistości przykładu:
- Tona wydobytego w kopalni węgla mogła mieć cenę ustaloną państwowym cennikiem np. na 1100 zł, mimo że do wyprodukowania tej tony węgla kopalnia musiała zużyć energię elektryczną o cenie 1300 zł, nie licząc naturalnie wszelkich innych kosztów. Kopalnia otrzymywała wtedy centralny przydział na taką ilość energii elektrycznej i … przydział na taką ilość pieniędzy, aby wystarczyły na zapłacenie za tę energię i wszystkie pozostałe koszty wydobycia tego węgla.

Była to gospodarka budżetowa, gdzie każdy „zakład pracy” otrzymywał taką ilość środków, które zostały przydzielone do zrealizowania zadań planowych. Ilość produktu ustalona była w tym Planie, niekiedy zupełnie absurdalnymi wskaźnikami, np. wagą czyli „tonażem” całkowitej planowanej produkcji. Było to trochę logiczne, gdy chodziło o mąkę, cukier albo węgiel, było zupełnym absurdem, gdy dotyczyło to tokarek, pomp, albo innych maszyn. Oczywiście w takich warunkach Państwowa Fabryka Pomp w Toruniu produkowała pompy o wadze 600 kilogramów.
Zachodni odpowiednik takich pomp ważył 2 kilogramy (np. firmy Danfoss). Polskiej fabryce „nie opłacało się” produkowanie lżejszych pomp, bo zamawiający oczekiwał, aby produkt był możliwie najcięższy.

Jakość, konkurencyjność, zaawansowanie techniczne produktu było zupełnie bez znaczenia, również ze względu na tak formułowane potrzeby „rynku”. Każda ilość produktów, była przez zamawiającego odebrana i centralnie przydzielona ostatecznym odbiorcom. Towaru się nie kupowało, towar się odbierało z rozdzielnika, na podstawie przydziału, zgodnego z planem społeczno-gospodarczym.

Przytoczyłem ten niewiarygodny już dzisiaj opis, aby uzmysłowić, że wtedy wszystkie składniki majątkowe narodowego (państwowego) opatrzone były jakąś CENĄ, formalnie równą „wartości księgowej” tego składnika, ale cena ta nie zawierała żadnej informacji, ani o ewentualnym koszcie wytworzenia, ani o jego wartości użytkowej, nie mówiąc już o wartości rynkowej. Uczeni  tamtych czasów, próbowali określić jakąś porównywalną jednostkę pomiarową do określenia, choć teoretycznej, wartości czegokolwiek.
Np. w formie „nakładu pracy społecznie niezbędnej”, albo precyzyjniej, ilości energii zużytej do wytworzenia czegoś w „rachunku ciągnionym”.

Szukano pomiaru wartości towaru POZA PIENIĄDZEM.
Polska złotówka nie była pieniądzem, była biletem Narodowego Banku Polskiego. A jeśli już mierzyć wartość składnika polskiego majątku narodowego w kilowatogodzinach energii, to jak przedstawiała się ta wartość na przykładzie sześćsetkilogramowej pompy z Torunia, która mogła być zastąpiona dwukilogramową pompką od Danfossa?
Pompa okazywała się, lekko licząc, trzysta razy „droższa”, choć nikt jej nie chciał  kupić, jeśli miał wybór.
Chyba, że musiał ją odebrać z  „przydziału”!
Musiał ją odebrać i musiał być szczęśliwy, że ją w ogóle ma.
Często jeszcze, musiał jakiemuś urzędnikowi wręczyć dobry koniaczek, jego sekretarce kwiatek, aby ta pompa dotarła gdzie trzeba.
Nie na prywatne podwórko odbiorcy.
Wcale nie.
Koniaczek wręczał pracownik państwowej firmy, której akurat ta pompa była potrzebna do wykonania planu, np. zrealizowania planowanej inwestycji państwowej!
W ten sposób system gospodarki socjalistycznej sam z siebie rujnował każdą formułę określenia wartości czegokolwiek w państwowej gospodarce narodowej.

Produkty przemysłu, wprost z „definicji” systemu, były zbyt pracochłonne, materiałochłonne, energochłonne, niefunkcjonalne, nieładne, niskiej jakości i trwałości, a więc zupełnie niekonkurencyjne…
W ten sposób system nakazowo-rozdzielczej wprost ze swojej definicji wywoływał marnotrawstwo, absurdy gospodarcze, pragmatyczne nonsensy. Cała para w gwizdek!

Wykop Skomentuj3
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale