Opowiedziałem o stanie; domu, pokoi i moim zdziwieniu, że wyjeżdżając prawie zostawili cały dobytek. Teresa mi odpowiedziała, że część wyposażenia jest służbowe, a ta reszta, która pozostała, była spowodowana, iż wyjeżdżali dość nagle do Niemiec na stałe, i nie mieli jak tego zabrać. Transport był bardzo drogi wówczas, i że może doszli do wniosku, iż koszty przekraczają wartość tego co pozostawiali, zresztą sama dokładnie nie wiedziała, więc to było tylko jej hipotezą. Wówczas zapytałem Teresy czy długo byli tu na tej placówce, krótko odpowiedziała mi Teresa. Zdaje mi się, że około roku lub niecałe dwa lata, trudno dokładnie określić, bo kontaktów towarzyskich nie utrzymywali z nikim w naszej wsi; byli zdaje się samotnikami. Taki typ ludzi, którzy tylko w rodzinie lubią się gościć i przebywać. Jak przyjechali, to Gabrysia była w pierwszym miesiącu ciąży, tak miała na imię, żona Antoniego Grabskiego, twojego Andrzeju poprzednika. Gabrysia z domu miała nazwisko niemieckie: Schulc, czy jakoś tak, i to jej rodzice byli w Niemczech. W szóstym miesiącu poroniła i może dlatego ten pokoik był przygotowany na przyjście noworodka, i zostawiony żeby ciężaru straty dziecka, tak nie odczuwać, co też mówisz Tereso, wtrącił się Roman; właśnie, ten pokój musiał jej codziennie o stracie dziecka przypominać, nie sądzisz? Masz rację mężu drogi, nie pomyślałam o tym, w ten sposób, więc; może czuła się winną i dlatego, hm; możliwe dorzuciłem niepewnie. Roman dodał krótko, i to jest najbardziej prawdopodobnym. Chciała się pewnie za coś ukarać, ale dajmy spokój tym domysłom i spekulacjom, bo one i tak ci nic nie wyjaśnią – fakt, odrzekłem. Może wiecie coś na temat tego pustego pokoju, zapytałem ich, tak! Odpowiedział Roman; słuchy chodziły, że tam straszy i rzeczywiście jest to prawdopodobne, ponieważ żołnierze; dezerterzy, bandyci, pod koniec działań wojennych, czy to było tuż po wojnie, tego dokładnie nie wiem; wymordowali całą rodzinę, a córkę najmłodszą prawie dziecko ośmioletnie czy dziesięcioletnie - różnie tu u nas mówią, zgwałcili w brutalny sposób, która zostawiona sama sobie zmarła z wykrwawienia - ponoć, ale dokładnie też nie wiadomo, bo tego dziecka później nie odnaleziono. Tajemnicza straszna historia i tragiczna w skutkach, dodałem do słów Romana! Różne opowieści o tym zdarzeniu chodzą, rozumiem odpowiedziałem. A ten Grabski?, chyba był nie tylko leśniczym, ale też artystą, prawda? Dlaczego tak sądzisz?, spytała mnie Kasia - widziałaś studnię?, jest pięknie wyrzeźbiona. No tak, Antoni trochę dłubał, taki artysta domator-amator, ale miał talent gość, ja też to zauważyłem, dorzucił Roman; jak po asygnatę na drzewo do niego jeździłem, był mało rozmowny, prawdziwy samotnik; odpowiadał na pytania lub, w rozmowie bardzo krótko; tak, nie, nie wiem, lub nie jestem pewny. U niego słowa były pewnie droższe od pieniędzy, dorzucił jeszcze Roman, i wziął kieliszek sety nalewki do ręki. Andrzeju proszę, na zdrowie – no, moje drogie damy, krzyknął Roman z uśmiechem; „sur sum korda”, dla zdrowia gościa! Kobiety uniosły kieliszki do ust z lekkim uśmiechem, i umoczyły je lekko, ale Romek zwrócił im uwagę. Pierwszy do dna moje panie, tak się pije za zdrowie gościa, no i poszło do dna z uśmiechem na ustach wszystkich obecnych. Dobrze się gwarzyło przy kieliszku, w tak miłym towarzystwie, i czas bardzo szybko leciał - spojrzałem ukradkiem na zegarek; dochodziła, godzina dwudziesta trzecia. Wstałem od stołu i podziękowałem za wspaniałą kolację, towarzystwo, i w ogóle za wspaniały wieczór. Gospodarze z córką próbowali mnie jeszcze zatrzymać, ale stanowczo odmówiłem - uważałem, że struny nie należy przeciągać już na pierwszym spotkaniu. Kasia zaproponowała mi, że mnie odwiezie, ale stanowczo odmówiłem, ponieważ trochę wypiła, a ja nie chciałem mieć jej na sumieniu. Teresa i Roman szybko mi zaproponowali nocleg w pokoju gościnnym, jednak im też stanowczo, ale grzecznie odmówiłem. Wyszliśmy wszyscy na podwórze; noc była piękna, niebo rozgwieżdżone, widno było, jak w tej piosence radzieckiej; „białe noce nad Newą”, księżyc był w pełni, i gwiazd miliardy na bezchmurnym i bezkresnym niebie. Śmiejąc się dodałem; przyjechałem widno i odjeżdżam widno - grzeczny to postępek, jak na mój wiek, nie sądzicie?, roześmialiśmy się wszyscy. Zaraz też pożegnałem się ze wszystkimi, i ruszyłem rowerem w drogę powrotną. Za plecami swoimi usłyszałem tylko cichy głos Kasi, jak mówiła do rodziców; mówiłam, że przystojniak z niego, a Romek wesoło do nich rzekł i dość głośno; do domu plotkarki moje, do domu, i śmiejąc się głośno ponaglił obie panie do zagęszczania ruchów. Droga mi szybko zleciała, chyba pod wrażeniem obrazu córki i gospodarzy, bo o nich cały czas myślałem jadąc. Dojechałem szczęśliwie do swojej chaty, rower wstawiłem do obórki, wziąłem przybory do mycia i poszedłem do studni. Tu rozprostowałem gnaty, aż zatrzeszczały, umyłem się; tu i tam, i to mnie orzeźwiło, bo woda była dość zimna, zresztą, jak zawsze nocą. Eliksir młodości wypity w domu Kasi, teraz dopiero zaczął działać na mnie rozbrajająco. Wróciłem do domu, wskoczyłem w piżamę uradowany, jak szczygiełek na wiosnę, i pa! Lu lu, a tu - szok! Leżę i leżę z zamkniętymi oczami, a sen nie nadchodzi, w końcu poczułem chłód na całym moim ciele - ooo, kurka wodna pomyślałem jeno, znowu się zaczyna! Włos mi sam szedł do góry, otworzyłem szeroko oczy, i w tym momencie zamurowało mnie! Postać dziecka stoi w drzwiach z pokoju do kuchni, oczy jeszcze szerzej otworzyłem, tak, że prawie wypadały mi z orbity, jak pekińczykowi, który kopa dostał w żyć, zdaje mi się?, czy rzeczywiście tak jest?! Zjawa mnie wołała kiwając paluszkiem, abym szedł za nią - o, w mordę; przeleciało mi tylko przez myśl, no teraz, to już na pewno wariuję. Wywalam oczy mocniej, widmo dziecka idzie w kierunku stołu kuchennego oglądając się, co kilka kroczków, czy za nią podążam, i gdy już doszła do stołu, obróciła się w moim kierunku, i jakby przez chwilkę wahając się, jej postać znikła. Tak mi się wydawało w tamtej chwili, i ja tak przynajmniej pomyślałem idąc w kierunku stołu w kuchni, z wychodzącymi prawie z orbity ślepiami. Nalewka ciut przyćmiła mi zmysły, więc, reagowałem powoli na wszystko, co się w około mnie działo. W końcu mnie usztywniło w nietypowej pozycji, tj; wykrok, rączki jak u wymoczka zwieszone, głowa wysunięta mocno do przodu, włos zjeżony, itd - trwałem w tej głupiej pozycji, chyba ponad pół godziny, nie mogąc się ruszyć, nawet o kroczek, by nogi zestawić razem, i nie rąbnąć, jak przecinak na podłogę! Słuchacze przeżyć Andrzeja, jakby byli w stanie hipnozy, ani się poruszyli w napięciu oczekując końca tej, z horroru jakby wziętej historii. Andrzej skończył ją, w nieoczekiwany sposób; ocknąłem się z tego odrętwienia, chwilę jeszcze postałem niezdecydowany, co robić; jednak wróciłem w końcu do łóżka i niespodziewanie zaraz usnąłem. Po tych słowach, tu gdzie siedzieliśmy, z hukiem otworzyły się drzwi z kuchni do pokoju, wszyscy słuchacze podskoczyli, jakby siedli na gwoździach, do pokoju weszły roześmiane Kasia i Halinka, patrząc po wszystkich zdziwione. W końcu Kasia zapytała - co się tu wam stało? Zamurowanie nam minęło, i ja odrzekłem krótko - nic! Tylko wyrwałyście nas z kontemplacji, z czego? zapytała Halinka, z przeżywania Andrzeja opowieści; aaa, opowieści powiadasz?, tak opowieści, odrzekłem. Anna zaraz dodała zwracając się do Kasi; mamusiu, tatuś opowiada, jak Cię poznał, co Ty powiesz Aniu - naprawdę?, roześmiała się Kasia do córki. Andrzeju, prawdą to jest?, tak odpowiedziała roztargniona Anna za ojca, nie ciebie pytam Anno, a ojca, tak odrzekł przyciszonym głosem Andrzej. Nigdy nam nie mówiliście, jak się poznaliście, szepnęła Beata! Tak, tak, za to teraz się dowiecie - roześmiał się Andrzej, już odprężony. To my przyłączamy się do tego grona słuchaczy, powiedziała Halinka, oczywiście jeśli można dodała ciągnąc Kasię za rękę; usiadły obie na kanapie, zamieniając się w słuch. Andrzej odchrząknął i zaczął dalej opowiadać historię podjęcia swojej pierwszej pracy, perypetii z duchem i poznania rodziny Kasi oraz jej samej, która troszkę później - została jego żoną, ale tak po kolei. Obudziłem się gdy już dobrze dniało, skoczyłem do studni opryskałem się wodą naprędce, zjadłem śniadanie, nawet herbaty nie piłem, spieszyłem się, bo byłem umówiony na wyrębie drzew z brygadzistą, mieliśmy omówić i naznaczyć drzewa, które będą jeszcze ścinane. Na wyrąb dojechałem w dwadzieścia minut, brygadzista akurat z pracownikami sprzęt kompletowali. Brygadzista, jak mnie zauważył, uśmiechnął się, i podszedł do mnie pytając o noc, bo jego zdaniem mam podkrążone mocno oczy, odparłem że duch dziecka mnie ścigał, ale on tylko się roześmiał niepewnie, i powiedział; „nie żartuj pan aby, bo gadka o duchach pecha przynosi”, więc nic już więcej nie mówiłem. Znaczenie drzew zeszło mi do godziny szesnastej zero, więc pożegnałem się z nimi i wróciłem do leśniczówki. Zrobiłem sobie obiad i posiedziałem trochę na dworze upajając się świeżym powietrzem, które było przesycone zapachem igliwia sosnowego, tak około godziny. Później poszedłem obejść miejsca gdzie najczęściej zastawiano wnyki i łapki na zające, sarny i dziki. Do domu wróciłem, jak już się ściemniało, więc zrobiłem sobie kolację z jajek, czyli jajecznicę na boczku wędzonym z dodatkiem szczypioru świeżego, kopru, i ździebka mleka. Delektowałem się tym daniem przy gorącej herbacie, po kolacji umyłem się cały, następnie ze stolika nocnego wziąłem książkę, nie pamiętam dokładnie tytułu, ale to było coś o japońskim obozie jenieckim dla amerykanów - zdaje się: "Król szczurów”. Zacząłem ją czytać, ale przy lampie naftowej, gdy ten płomień skakać zacznie, to i litery jakieś dziwne się robią, ale co miałem innego do roboty, musiałem w takich warunkach coś czytać. O godzinie dwudziestej trzeciej położyłem się spać, trochę przemęczony. Usnąłem chyba dość szybko, bo nie pamiętam żebym coś jeszcze przed snem robił. Obudziło mnie zimno, spojrzałem na zegarek, mocno fosforyzujące wskazówki mojego zegarka wskazywały godzinę jedenastą pięćdziesiąt pięć, i znów ten strach podświadomy. Skąd on się brał tego już pojąć nie mogłem, wskazówki zbliżały się nieubłaganie do godziny dwudziestej czwartej, strach narastał stopniowo, czułem jak zimno powoli przenika moje ciało od głowy po czubki palców; rąk, i nóg. Nagle dziecko się pojawiło tuż obok mnie, na łóżku - wyskoczyłem z łóżka jak z procy wystrzelony, zimny pot oblał mnie, w moment całego - dziewczynka, jakby broniąc się przed jakąś siłą niewidzialną; wykonywała jakieś dziwne ruchy, skręcając w niewyobrażalnych pozach swoje drobne, prawie widmowe ciało. Widziałem coś podobnego na filmach, i w rytuałach religii wyznawców Voodoo, ale i tak nic z tej pantomimy do mnie nie docierało! W końcu zastygła wyprostowana jak struna, spojrzała na mnie niemym wzrokiem, po mnie pot ściekał, jak w rynnie woda deszczowa, podczas ulewy, nic nie mogę w tej przerażającej chwili zrobić, choć bym chciał, byłem jak ze spiżu odlany dzwon, zauważyłem tylko to, że im bardziej się boję, tym wyraźniej tą dziewczynkę widzę ...
Inne tematy w dziale Rozmaitości