ekonomista  grosik ekonomista grosik
45
BLOG

Poczuj strach - wspomnienia z młodości, odc. VII, cdn ...

ekonomista  grosik ekonomista grosik Rozmaitości Obserwuj notkę 6

Dziewczynka powoli wstała z mojego łóżka, poprawiła sukienkę, włosy, i spojrzała na mnie przez dłuższą chwilę, ale ja dalej nic a nic nie rozumiałem, z tej jej pantomimy odegranej tuż przede mną. Podchodziła do mnie bliżej i bliżej, a ja dalej stałem sztywny jak odlew dzwonu kościelnego. Ominęła mnie; tuż, tuż, i dopiero w drzwiach do kuchni się odwróciła, patrząc w moim kierunku, jakby chciała abym coś zrozumiał - tylko, że mój mózg przestał funkcjonować po tym szoku z łóżkiem. Dziewczynka przekroczyła próg między pokojem a kuchnią, podeszła w kuchni do stołu - przystanęła, i jeszcze raz skierowała głowę w moim kierunku, później przesunęła ją w stronę blatu stołu, i nagle jak się pojawiła, tak też znikła. Wszystko powoli zaczęło powracać do normy; strach mnie opuścił, pot wysechł, ja jeszcze chwilę postałem nieruchomo, aż w końcu przysiadłem na skraj łóżka. Nagle myśli powróciły i zacząłem się zastanawiać; co to może znaczyć, to nawiedzanie mnie nocy, w noc, czy przypadkiem sam nie ściągam siłą woli tego dziecka, ale szybko odrzuciłem tą myśl, bo przecież o tym dziecku kładąc się spać w ogóle nie myślałem, chyba że nieświadomie. Powoli położyłem głowę na poduszkę pomyślałem chwilę o niej, i tak chyba usnąłem, obudziłem się dość późno, bo o godzina ósmej; zero, zero. Dzieci słuchające tej przerażającej sceny nawet się nie ruszyły - strachem przejęte były, tak: Kasia, jak i Halinka. Wpatrzone w Andrzeja jeszcze chwilę, w końcu się ocknęły. Kasia do Andrzeja zagadała, tej sceny, którą tam przeżyłeś nie znałam, a co ci miałem opowiadać?, Przecież nie wierzysz w duchy - no tak, ale nie do końca jest to prawdą; mówiłam, że nie spotkałam się z tym zjawiskiem, aż tak oczywistym, prócz jednego momentu, który później dołączę do twoich przeżyć. Andrzej spojrzał na nią i szepnął; tere fere tutki - jasne! Wszyscy się roześmiali z przycinku Andrzeja - atmosfera troszkę złagodniała, i ciut się poprawiła. A wracając do tej historii, rzekł Andrzej ponownie; szybko sobie zrobiłem śniadanie, zjadłem, i pojechałem rowerem na wyrąb. Brygadzista z ludźmi ścinali drzewa, i z gałęzi czyścili - podszedłem do niego krzycząc wszystkim; dzień dobry, chórkiem mi odkrzyknięto; dzień dobry; roześmialiśmy się z tej zgodności brzmienia słów, podałem brygadziście dłoń, po przywitaniu się, ustaliliśmy wycinkę drzew tak, by uformować jednocześnie drogę, by samochody zabierały drewno bez przeszkód, kierowcy od następnego dnia mieli już przyjeżdżać, po to obrobione drewno. Te uzgodnienia brygadzista naniósł sobie do notatnika i uśmiechnął się do mnie, mówiąc; wolę wszystko notować, tak bezpieczniej jest - słusznie, przyznałem mu rację. Po drodze do domu obszedłem kawał lasu, w poszukiwaniu pułapek zastawianych przez kłusowników na zwierzęta, ale nic nie znalazłem. Było już późno, jak dotarłem do domu, gdzieś około godziny osiemnastej, obmyłem się, i przyrządziłem sobie tylko kanapki. Po spożyciu kolacji, siadłem na rower i pojechałem do tej tu o to; siedzącej pięknej babki, zaśmiał się szczerze Andrzej i Kasia też, jednocześnie mówiąc do Andrzeja, tylko nie babki - jeszcze wnuków nie mam, rozbawiła wszystkich tym stwierdzeniem Kasia. Andrzej zaczął dalej snuć swoją opowieść; u Kasi zeszło mi chyba cztery do pięciu godzin, w każdym razie wróciłem krótko przed północą, żegnając się dość długo i czule z moim przyszłym skarbem. Kasia, aż pokraśniała ze wzruszenia na wypowiedziane słowa Andrzeja. Rozebrałem się i zacząłem na leżąco czytać książkę, nagle ten dziwny przejmujący chłód znowu zaczął mnie ogarniać w całości, już wiedziałem, a raczej czułem, że mam odwiedziny duszka dziewczynki. Ukazała się nagle w drzwiach wiodących z pokoju do kuchni i patrzyła dosłownie mi prosto w oczy, to czułem swoimi oczami mimo przejmującego mnie, coraz bardziej zimna. Stała tak przez chwilę, i nagle powoli się odwróciła, podeszła do stołu odwróciła główkę w moim kierunku, spojrzała na stół, i znowu zniknęła jej drobna postać z moich oczu! Pozostała mi tylko ta myśl, a raczej pytanie; dlaczego ten stół jest taki dla niej ważny, ta myśl nie dawała mi spokoju, teraz wręcz nachodziła mnie obsesyjnie. Czytać już nie mogłem, tylko myślałem o niej, i tym kuchennym stole; analizowałem wszystkie widzenia jej, po każdym nocnym jej zjawianiu się, każdy jej ruch szczegółowo, krok po kroku, w końcu sobie rzekłem. Sprawdzę to z samego rana, co to może znaczyć, i co jest takiego ważnego dla tego duszka, pod tym kuchennym stołem. W chwilę po tym rozmyślaniu zasnąłem - spałem dość spokojnie do białego rana, już bez mar i widziadeł sennych. Gdy się obudziłem, było około godziny siódmej trzydzieści, więc szybko dość wstałem, umyłem i ogoliłem się przy studni, w zimnej wodzie, to mnie rozbudziło całkowicie, jednak ta myśl mnie dalej prześladowała, co ten duszek dziewczynki chce mi przekazać? Wszedłem do kuchni zrobiłem sobie naprędce śniadanie z trzech jaj, na wędzonym boczku, kawę naturalną zaparzyłem, której aromat wypełnił całą kuchnię, wypiłem, i już byłem gotowy do wyjścia na zrąb drewna, ale wzrok mój raptem padł na plamę pod stołem, jakby tam było coś odciśnięte, schyliłem się i patrzę uważniej, a to stópka nóżki dziecka odbita, jak na mokrym piasku, z taką wyrazistością. Kurka wodna, to niemożliwe myślę sobie, przecież istoty niematerialne nie zostawiają śladów, co jest tu grane?, schyliłem się powoli jeszcze niżej i dotknąłem plamy, potarłem lekko palcami, nie schodzi, dłonią potarłem, też nie, co jest grane? Wziąłem z miski ścierę wilgotną, którą miałem do ścierania posadzki i mażę tą ścierą, a plama jak była, tak dalej jest na posadzce. Wierzyć mi się nie chciało, że nie mogę takiej plamki, zetrzeć wilgotną ścierką, i to z płynem do zmywania terakoty. Odsunąłem w końcu stół, i teraz zauważyłem metalową podwójną ramę, w której były kafelki terakoty ułożone. Rama tworzyły prostokąt o wymiarach 1000 X 800 mm. Ramy były tak spasowane, że z góry patrząc czy z boku, praktycznie tych fug nie można było zobaczyć, dlatego do tej pory nie spostrzegłem prawdopodobnego wejścia do piwnicy tego domu. Wziąłem nóż ze stołu i próbowałem nożem podnieść ramę do góry, by zobaczyć, co się pod nią kryje, ale skutek był taki, że nóż złamałem przy nasadzie, i paznokieć skruszyłem u serdecznego palca, co spowodowało ogromny ból całej mojej dłoni. Wkurzyłem się - poderwałem się z podłogi, i poszedłem do pniaka po siekierkę, tak mnie to zainspirowało, że zapomniałem o wyrębie, gdzie się umówiłem z brygadzistą drwali. No cóż, człowieka jak coś napadnie, to traci poczucie czasu i rzeczywistości - prawda? Wziąłem siekierkę z pniaka, i wracam do kuchni; spojrzałem na odcisk stopy dziecka - jest, myślę sobie, to jest znak, inaczej po co by się to tu odbiło. Podważyłem płytkę terakoty, która była jakby wyżej wklejona i lekko ją uniosłem - myślę sobie, wezmę po kolei i wolniutko będę je podnosił, to nie uszkodzę płytek, no i tak po troszeczku wysuwam ją do góry, ciut czasu mi zeszło, bo nie chciałem nic uszkodzić, ale płytki następnej na szczęście nie uszkodziłem, prócz tej pierwszej, która lekko mi się wyszczerbiła na różku, gdy wciskałem siekierę w cieniutkie połączenie płytek. Po zdjęciu czterech płytek, ukazało się oczko, za które podniosłem klapę; było to wejście do piwnicy ze stromo zbiegającymi stopniami, grubo zakurzonymi i całych w pajęczynach, jak w jakiejś krypcie grobowej. W piwnicy było dość ciemno, w każdym razie było widać tylko kamienną posadzkę tuż przy schodach i nic poza tym. Poszedłem do pokoju, wziąłem lampę naftową zapaliłem, zszedłem na dół, mimo światła lampy, oczy moje dość długo przyzwyczajały się do ciemności, w końcu zrobiło się jasno, bo knot lampy rozjarzył się mocniej, po wysunięciu go wyżej. W piwnicy widok był taki; po bokach stały regały z drewnianych desek zbite i pokryte grubą warstwą kurzu, ale nie były zmurszałe, posadzka była ułożona z kamieni i też pokryta grubą warstwą kurzu, widać to było po moich śladach. Ostrożnie przesunąłem się do przodu, bo piwnica była dość niska i bałem się, że gdzieś przywalę głową w coś wystającego, ale nic takiego się nie stało. Powietrze w niej było bardzo suche i stęchłe, aż w gardle mnie drażniło - fakt, że kurz też tu miał swój wpływ na mój kaszel, bo lekko unosiła się mgiełka jego ku górze, jak kroki stawiałem, i jak rozbierałem wejście musiało też nie źle z klapy posypać się. Podszedłem do przeciwległej ściany i ujrzałem na podłodze zawiniątko, przyświeciłem bliżej lampą, i ujrzałem duży brezentowy pakunek. Dreszcz mnie przeszedł od stóp do głowy, był on wielkości dziecka, które widziałem jako marę; o cholera - myśl mnie przebiegła, jak błyskawica; czyżby tu był trup w tym brezencie zawinięty, ale nic czuć nie było, więc odważyłem się go rozwinąć. Ten czarny materiał zaczął mi się kruszyć w palcach, w końcu bok się rozsypał, i nagle wysunęła się ręka, tzn; jej kości, jak nie odskoczę w pierwszym odruchu, aż lampa się w ręku moim zachwiała i o mały włos, nie wyleciała mi z ręki. Dreszcze zimne jak lód zaczęły mi latać po plecach, w górę, i w dół, w końcu nie wytrzymałem tego, i biegiem na górę drę, włos na głowie mi się zjeżył, wypadłem na podwórze, zgasiłem lampę resztką tchu, i o mały włos nie rozciągnąłem się jak długi, bo nogi mi się ugięły z wrażenia, to reakcja emocji i strachu, który mię teraz bardziej opanował, niż tam, gdy byłem jeszcze w piwnicy. Zamknąłem dom, rower wsadziłem pomiędzy nogi, i pomyślałem; jadę na posterunek dać znać, że trup u mnie w piwnicy się rozgościł, to znaczy odkryłem ukryte zwłoki prawdopodobnie, dziecka - dziewczynki. Jak pomyślałem, tak uczyniłem; do wsi dojechałem dość szybko, bo chyba mnie strach pchał po drodze, wpadłem do sołtysa blady, jak ściana wapnem dopiero co bielona, i od niego przedzwoniłem do miasta na posterunek milicji. Odebrał oficer dyżurny i połączył mnie z komendantem, komendant mnie poinformował; żebym tylko nic nie ruszał, aż do przyjazdu ekipy, dochodzeń-kryminalnych Urzędu Wojewódzkiego, dobrze odpowiedziałem bezbarwnym jeszcze drżącym głosem i dodałem odkładając słuchawkę na widełki telefonu, niech i tak będzie. Sołtys: Jarosław Bąk, bo tak się ten pan nazywał, widząc mnie tak przerażonego, zaczął wypytywać; co?, jak?, gdzie?, a mnie nie bardzo chciało się teraz o tym opowiadać, więc streściłem sołtysowi z grubsza historię znaleziska, żeby się nie obraził za to, że coś przed nim ukrywam. Podziękowałem za pozwolenie mi skorzystania z telefonu, i ruszyłem trochę jeszcze roztrzęsiony w stronę rodziców Kasi, by poczekać u nich, do przyjazdu milicji. U Kasi rodziców czekając na policję, w krótkich słowach streściłem im wszystko, co przeżyłem w piwnicy, później zjadłem z nimi obiad. Krótko po obiedzie, chyba była godzina piętnasta czterdzieści, jak pod bramę domu Kasi podjechał samochód marki Nysa z napisem MO, wysiadł z niej cywil i wszedł na podwórze - my, w tym czasie wyszliśmy z domu ...

skromny - kochający wiedzę, i ludzi tolerancyjnych ...

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Rozmaitości