ekonomista  grosik ekonomista grosik
42
BLOG

Poczuj strach - wspomnienia z młodości, odc. VIII, cdn ...

ekonomista  grosik ekonomista grosik Rozmaitości Obserwuj notkę 6

Kapitan Bielik, przedstawił się; jestem z wydziału kryminalnego milicji, i pokazał nam legitymację służbową, szukam pana Fridona, to ja odpowiedziałem, i wyszedłem do przodu dodając swoje imię. Bardzo mi miło; kapitan przywitał się ze mną wpierw, a później wszystkim podał rękę, czy to znalezisko tu jest?, zwrócił się do mnie. Oczywiście że nie - rzekłem do kapitana, w leśniczówce, więc nie traćmy czasu - ruszamy do leśniczówki; dobrze odrzekłem pośpiesznie. Kapitan Bielik zaprosił mnie do Nysy i pojechaliśmy do leśniczówki, wysiedliśmy z Nysy, w której oprócz nas i kierowcy, było jeszcze trzy osoby; młoda kobieta dość urodziwa, i dwóch innych milicjantów po cywilnemu, ale tych troje; witając się ze mną, nie przedstawili się, więc nie wiem, kto to był z nazwiska, ani ze stopnia. Po dojechaniu pod bramę, wysiadłem z samochodu i rozwarłem bramę, na całą szerokość; Nysa wjechała pod same schody wejścia do domu. Towarzystwo wysiadło, więc zaprosiłem ich do środka - weszliśmy do kuchni, i tam im pokazałem, gdzie są te jakoby zwłoki dziecka. Zaproponowałem im; herbatę?, kawę?, ale odmówili, więc wziąłem zapaliłem trzy lampy naftowe - podałem im dwie, sam trzymałem trzecią wskazując im wejście do piwnicy ...

Kapitan Bielik, z uśmiechem zwrócił się do mnie; pan tu tak po ciemku bez energii elektrycznej?, tak! Wie pan panie kapitanie, powiadają, że podciągnięcie tu sieci jest bardzo drogie i nie opłacalne, jeden dom, a tyle kilometrów do wsi, skąd ją by trzeba było ciągnąć - rozumiem odparł kapitan. Zeszliśmy do piwnicy w trójkę, tj; pierwszy zszedłem ja, za mną zeszła kobieta, i za nią kapitan Bielik. Ależ tu gruba warstwa kurzy, kichną kilka razy kapitan Bielik, nie sprzątałem, bo nie chciałem nic tu zatrzeć, dodałem półgłosem, tu już nie ma co zatrzeć proszę pana, dorzucił kapitan, tyle lat; nawet jakby pan odkurzył, to nic by się nie stało, bo zwłoki zostały tu przyniesione, i mordy nie dokonano tu. Kobieta podeszła do tego kokonu z brezentu, i lekko go rozchyliła, popatrzyła na piszczele, i odwróciła się do kapitana; kapitanie, niech kierowca przyniesie koc, to owiniemy mocniej, by się to zawiniątko nie rozsypało do końca, i zabieramy ten kokon do nas! Kapitan krzyknął do góry, by koc przyniesiono i taśmę samoprzylepną, ktoś pobiegł w stronę samochodu i przyniósł to, o co kobieta ich prosiła. Delikatnie owinęła kokon dodatkowo kocem i obwiązała taśmą, w czym jej kapitan pomógł, ja lamp pilnowałem w tym czasie. Wyszedłem pierwszy, by drogi nie zagradzać; później kobieta, i kapitan, z tym kokonem na rękach. Wszyscy podążyli do samochodu, kapitan przed Nyską odwrócił się do mnie, podziękował za wszystko podając mi rękę na pożegnanie - usiadł obok kierowcy, ja przytrzymałem drzwi od Nysy; kapitanie, a co później z tymi kośćmi? Kośćmi?, hm; kości może pan odebrać z laboratorium już po wszystkich badaniach, i pochować tu gdzieś - dobrze. Mam jeszcze pytanie, za ile dni do pana przedzwonić mam w sprawie tych kości, kapitan odwrócił się do kobiety: Krysiu, kiedy pan będzie mógł odebrać te zwłoki?, za trzy tygodnie niech pan przedzwoni do kapitana, to on panu powie dokładnie, w jaki dzień – dobrze?, oczywiście! Za trzy tygodnie powtórzyłem; ona coś miedzy czasie w notesie zapisała, i podała mi wyrwany skrawek kartki, wziąłem, a na niej był zapisany numer telefonu kapitana Bielika, podziękowałem, i Nysa odjechała w stronę wsi. Kurka wodna, pomyślałem, gdy już odjechali; przecież mogłem się z nimi po rower zabrać, a tak przyjdzie mi teraz na piechotę do wsi dreptać, ależ mam refleks – szok! Wróciłem do kuchni, klapę wpasowałem, tak jak poprzednio, czyli na swoje miejsce, przetarłem posadzkę wilgotną ścierą, i wszystko było na powrót cacy. Wyszedłem na podwórze - słyszę, jakiś samochód jedzie w moim kierunku, gdy bliżej podjechał, ujrzałem z kierownica Kasię uśmiechniętą. Wjechała aż pod moje nogi, a Ty Kasi co?, chcesz mi połamać nogi?, mam dobre hamulce, więc spokojna czaszka - odrzekła mi, jasne, a jak by ci puściły i co? Nic, zaopiekowałabym się tobą leśniku, i tyle! Co więcej byś chciał?, jak to co?, ciebie mieć na zawsze - co?, to oświadczyny?, nie za szybko?, zaczęła się śmiać na cały głos, chyba minę wówczas miałem nietęgą, skoro to ją tak rozśmieszyło. Posłuchaj Andrzeju powiada mi, przyjechałam po ciebie, bo rodzice chcą byś spał u nas kilka dni, aż troszkę zapomnisz o tych zwłokach – co ty na to?, hm; może to i dobry pomysł, więc dobrze, pozamykam tu wszystko i jedziemy. Po godzinie byłem już z Kasią w jej rodzinnym domu, rodzice Kasi od razu mnie zapytali; panie Andrzeju, i co ze zwłokami?, Andrzej mam na imię, a nie pan Andrzej – zawsze ich łapałem na tym pan. Rodzice Kasi tylko uśmiechnęli się na moją dygresje, a co do milicji i zwłok dodałem, to mam zadzwonić za trzy tygodnie, wówczas powiedzą mi kiedy mam te zwłoki odebrać. I co z nimi zrobisz?, spytał mnie ojciec Kasi - pochowamy w ogrodzie, na pewno by tak chciała za życia, ksiądz chyba nic przeciwko temu nie będzie miał - co?, chyba nie; odrzekł krótko ojciec Kasi. Nadszedł czas na kolację, Kasia z mamą przygotowały lekki posiłek, pogadaliśmy troszkę przy stole o bieżących sprawach, i poszliśmy spać. Rano skoro świt zerwałem się z wyra i pobiegłem w stronę lasu kilometr – nawrót, i powrót na podwórze; taka poranna zaprawa, nawyk jeszcze z wojska. Umyłem się szybko; Kasia mi śniadanie zrobiła - zjadłem, skoczyłem na rower i na wyrąb pojechałem; tam się umówiłem z pracownikami, by drogę wyznaczyć, którędy mają po drewno wjeżdżać samochody. Kasia chciała mnie samochodem podwieźć, ale stanowczo jej odmówiłem - kazałem jej iść przespać się jeszcze, bo to była dopiero godzina piata trzydzieści, a ja na szóstą piętnaście umówiłem się z drwalami, więc miałem jeszcze trochę czasu w zanadrzu. Kasia mrucząc coś pod noskiem, w końcu się ze mną zgodziła, iż dobry jest ten mój pomysł. Była godzina szusta dziesięć, jak dojechałem do drwali, oni już byli na miejscu – przywitałem się z nimi, i poszliśmy z majstrem wytyczać sznurem drogę, zajęło to nam prawie godzinę. Po skończeniu zadania, pogadaliśmy troszkę o sprawach wycinki, i oznaczeniu następnej partii drzew; wsiadłem na rower i ruszyłem w stronę leśniczówki. Wziąłem broń ze schowka i poszedłem na obchód swojego rewiru, znalazłem pare wnyków, i łapek metalowych; straszne to narzędzia, tak dziecko by w to wdepnęło, to noga ucięta, jak plasterek kiełbasy. Dorosłemu też by nie źle zgruchotało kości nóg, czy rąk - pomyślałem tylko; ludzie nie mają w ogóle wyobraźni, przecież sami mogą, w to wleźć po zmroku. Zacząłem oglądać pilnie pobliskie krzaczki obok tych wnyków i łapek, gdzie ich zastawiano, zauważyłem wąziutkie paski materiału zawiązane na gałązkach. Kurka wodna myślę sobie, te gromy znaczą miejsca, gdzie zastawiają te paskudztwa, teraz rozumiem, jak trafiają w te same miejsca, gdzie wnyki i łapki ich są zastawione! Dochodziła pora obiadu - więc, musiałem wracać do rodzinnego domu Kasi, by na mnie specjalnie nie czekano z obiadem. Dojeżdżając do wsi zobaczyłem idącą Kasię, w moja stronę, co Kasiu?, tęsknota cię do mnie goni?, spytałem ją z uśmiechem, a jakże, nie widzisz? Aj Kasiu! Widzę, widzę, a ty nie widzisz, jak ja się bardzo cieszę z tego powodu?, widzę - żartownisiu ty mój! A, to już twój jestem?, pytam ją; tak, i to już na wieki?, a jak ty byś Andrzeju chciał?, hm; ja?, ja jak coś biorę, a co mi się bardzo podoba, to już na wieki, więc ciebie też bym tak chciał wziąć – Kasia roześmiała się, aż jej się oczki zaiskrzyły od łez, które jej ze śmiechu po policzkach pociekły, jak małej rozbawionej do łez dziewczynce. Kasiu zwróciłem się do niej; wiesz jaką ty piękną niewiastą jesteś z tym uśmiechem szczerym na buzi?, nie, nie wiem, i znowu radosny jej śmiech. Tak przekomarzając się doszliśmy do jej domu. Kasia szturchnęła Halinkę, w bok – widzisz, jaki był wówczas romantycznym facetem, ano odrzekła Halinka cichutko ... Andrzej ciągnął dalej swoją opowieść. Kasia w kuchni pomogła mamie w nakrywaniu stołu, a ja z jej ojcem na dworze gadkę urządziliśmy sobie, o wycince w lesie i drwalach. Wiesz Andrzeju rzekł Roman; nie podoba mi się ta wycinka, już od dawien dawna, to jest niszczenie bardzo młodego lasu, a gdzie drzewo na inne wyroby, jak np: meble, domy, galanteria, etc?, zauważ, że lasów starych coraz mniej jest, niszczy się płuca ziemi i jakoś nikt u nas na takie marnotrawstwo, nie reaguje! A kto ma Romku reagować odrzekłem mu; mają papier do tyłków, na zeszyty, potrzeby biurowe, gazety, etc; więc o nic więcej się nie martwią - wygodniccy. A co ich obchodzi, jakiś tam las, i to, że dochodzi do anomalii pogodowych? Jak, w takim tempie będziemy niszczyć cały ekosystem; przyroda upomni się o swoje prawa; wcześniej, czy później. Ptaszek, też musi gdzieś usiąść i zaśpiewać, dzik, sarna, lisek, muszą też mieć swój dom; tym już się nikt nie przejmuje w miastach, a szkoda! Tak, szkoda - odrzekł mi Roman, i dodał; zobacz Andrzeju, ile kiedyś było zwierzyny w lasach, a ile teraz jej jest? Tak, to już ja sam dawno zauważyłem, że o poranku coraz mnie ptaszków śpiewa, a zwierzyny łownej, jak na lekarstwo. Co kłusownik nie wyłapie, to ci „bohaterowie” lasu-myśliwi wytłuką, i jeszcze odstrzały sprzedają dla tych z zachodu - morderców, bo oni dla mnie są mordercami; kto bezbronne stworzenie boskie zabija masowo - no kto?, nie morderca?! Wiesz Roman - powiadam, dziwi mnie to, że ci myśliwi mają swojego kapelana, przecież w Dekalogu jest zapisane - „nie zabijaj”, a on ich błogosławi przed łowami, czy to nie hipokryzją jest? Zapewne tak, jednak oni uważają, że dbają o ekosystem, poważnie Romek tak myślisz?, nie wiesz, że przyroda z własnej natury jest tak urządzoną, że sama się utrzymuje w równowadze, a przeżywają najczęściej tylko zdrowe gatunki! Weź sawanny, tak Lwy, jak i inne drapieżne zwierzęta; kontrolują równowagę w przyrodzie, i im nie potrzebni są myśliwi. Jednak i tam myśliwi też są dla sportu i dla sportu mordują zwierzynę, i dla pieniędzy, oraz by mieć trofea porozwieszane na ścianach. Przypomina mi to ludzi z okresu pierwotnego, gdzie wojownik zabija przeciwnika, a jego łeb wrzuca do mrowiska, by oczyścić go z tkanki, a później wiesza go przed szałasem, by chronił go przed demonami. Ci współcześni myśliwi-mordercy, to samo robią, tylko że na tym też zarabiają, czyli jednym słowem - interes się kręci! Tak, odrzekł mi Romek - masz rację, i bardzo dobrze rozumiem, ten twój punkt widzenia. Głosy nagle z domu się rozległy, i wyszła Teresa: Andrzej, Romek; zapraszamy na obiad, już idziemy odpowiedział do żony Roman, i do mnie się zwrócił; świata nie uratujemy, bo są mocniejsze siły zła zakochane w mamonie od nas, możemy sobie tylko ponarzekać; tu, i teraz! A teraz Andrzeju, by sobie apetytu nie psuć, skończmy na tym, i chodźmy na obiad – ok! Idziemy - odpowiedziałem, i weszliśmy z Romanem do łazienki; obmyliśmy swoje ręce, twarz - wróciliśmy do kuchni, i zasiedliśmy po bożemu do suto zastawionego stołu.

skromny - kochający wiedzę, i ludzi tolerancyjnych ...

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Rozmaitości