Są takie zawody, które otacza intrygująca aura. Strażak, pielęgniarka, nauczycielka - mają w sobie jakiś magiczny urok, subtelną nutkę perwersji. Obok nich jest jeszcze jeden: barmanka. Ileż to męskich westchnień ulatuje znad kontuarów w stronę dziewczyn, które parzą kawę i leją piwo? Ileż złamanych serc zalega pośród podkładek pod kufle i miseczek z orzeszkami... I ja także stałem się ofiarą tego czaru.
Jest we Wrocławiu taki lokal, nazywa się Literatka. Pracują w nim dziewczyny jak anioły. Jest ich kilkanaście, każda obdarzona niepowtarzalną urodą. Nie brakuje im także wyrazistych osobowości i błyskotliwości. Nie raz korciło mnie, aby oświadczyć się jednej z nich albo najlepiej przyjąć religię proroka Mahometa i oświadczyć się im wszystkim naraz.
Ich praca do najlżejszych nie należy. W środku nocy, kiedy inni cieszą się szampańską zabawą, one są na nogach nastą z rzędu godzinę. Z trudem znajdują chwilę, żeby złapać oddech. Kiedy zatem pewnego razu ostałem się jako jeden z ostatnich klientów, wykorzystałem okazję, żeby im choć odrobinę ulżyć. Wyjąłem z delikatnych rączek wory ze śmieciami (o łącznej wadze ze 30 kg). Literatka znajduje się na wrocławskim rynku, budyneczek z kubłami na śmieci jest zaraz obok, za pięknie odrestaurowanymi kamieniczkami. Jakież wielkie było moje zaskoczenie, gdy w środku, pomiędzy kontenerami z odpadkami, zastałem człowieka na wózku inwalidzkim. Zdębiałem. Było mnie stać jedynie na coś w stylu:
- Co pan tu robi?
- Idę spać.
- Tutaj?
- Gdybym miał parę złotych, to posiedziałbym w McDonaldzie...
Wróciłem do Literatki, co tu kryć, rozbity. Moje piękne barmanki umęczone pracą ponad siły, bezdomny inwalida kimający w śmieciach i to na tyłach bogatego we wszystkie dobra Rynku. Co się dzieje z tym światem?


Komentarze
Pokaż komentarze (1)