Poradnik przed-małżeński, czyli....
Kobieta bez mężczyzny więdnie,
a mężczyzna bez kobiety – głupieje...
Cz1. Wstęp.
.jpg)
Jako teoretyk małżeństwa, i obserwator życia moich żonatych, zamężnych, rozwiedzionych, lub nie rozwiedzionych kolegów i koleżanek postanowiłem spisać taki poradnik, kogo to powinniśmy wziąć sobie za żonę / męża – ogólnie jako partnera. Zastanawiam się nawet, na ile te porady mogą być przydatne dla wszelkiej maści poczciwych odmieńców; gejów, i lesbijek... Pewnie mogą być przydatne, gdyż część opisanych przykładów to sprawy uniwersalne. Chociaż... Porady zawarte tu oczywiście nie mają jakiegokolwiek wpływu na czyjekolwiek życie, bo jako rasowi durnie najczęściej uczymy się na swoich błędach, najlepiej po wielokroć.
Przejdźmy więc do rzeczy.
Cały bowiem ambaras tkwi w tym, że najczęściej mylimy bliżejnieokreśloną miłość, której najczęściej nawet nie potrafimy ogólnie zdefiniować, rozróżnić, czy też nazwać, z rzetelną kompetencją do zawarcia małżeństwa. A przecież są na ten temat książki! I to dobre książki. Zadziwiające jest dla mnie to, że aby zdać egzamin na w sumie błahą licencję ochroniarza, czy kierowcy TIR-a na przewozy paliw cysterną, trzeba było zdać mnóstwo egzaminów, testów kompetencyjnych. Czy nie nerwowy? Czy wzrok dobry?Czy nie porywczy? Po takim egzaminie zostaje mnóstwo wiedzy a czasopismo Trucker Polski jeszcze tę wiedzę odświeża.
A ile książek na temat budowania dobrego i trwałego związkuznajdziemy u młodych żonkosiów? Niestety, pewnie niewiele. Ciekawi mnie też , czy w okresie narzeczeńskim młodzi pielęgnują rytuał pisania do siebie listów. Nie e'maili, nie SMS, ale zwykłych długich papierowych listów w papierowych pachnących tęsknotą kopertach.
To ty, to ty jesteś ta dziewczyna
Która do mnie na ulicę wychodziła
Od twoich listów pachniało w sieni
Gdym wracał zdyszany ze szkoły
A po ulicach w lekkiej jesieni
Fruwały za mną jasne anioły....
Taki list niezależny nawet od codziennych spotkań buduje piękny rytuał mądrej i cierpliwej komunikacji. Pewnie nie piszą. No bo co pisać jak się tak niewiele czyta? Że Damian ma nową Nokię z MP3 ? No i stąd się czasem biorą „małe puszczalskie” żeniące się pospiesznie i mało refleksyjne z emocjonalnymi analfabetami. I już po trzech latach wielkie zdziwienie, że nie jest tak jak u Tristana i Izoldy. Mój Boże, żeby oni chociaż wiedzieli kim byli Tristan i Izolda...
Czasem też jest inaczej. Fajni ludzie chcą dobrze i wkładają nawet w związek wiele dobrej woli. Mało tego, jak przystało na klasę średnią czytają ze zrozumieniem Charaktery, Niezbędnik Psychologiczny z Polityki i czytali nawet Alchemika. Niemniej różne drobne – ale nakładające się na siebie dysfunkcje emocjonalne i komunikacyjne, po jakimś czasie rozwalają całość. Każde z nich, powłócząc nogami powraca do swej samotności. Ciekawą ilustracją tego, są słowa jednej z włoskich aktorek:„ teraz nie poszła bym na kolację z mężczyznami z którymi kiedyś szłam do ślubu” Czyli stara prawda – czas biegnie, wymagania rosną a szanse niestety maleją. Zwłaszcza szanse kobiet, co piszę z ogromnym zażenowaniem, wręcz smutkiem. Czasem myślę że pewienwspółczesny arabski socjolog miał rację pisząc; kobieta w kulturze zachodu cieszy się wprawdzie pewną wolnością ale po trzydziestce jest towarem lekko przeterminowanym. Ja tam uważam, że dopiero koło trzydziestki kobieta tak naprawdę w pełni rozkwita magicznym połączeniem piękna, rozumu i zmysłowej namiętności. Ale dyktat młodości wylewający się z mediów, podlewany pieniędzmi reklamodawców jest bezlitosny. Według żałosnych kolorowych pism i reklam, kobieta po czterdziestce liczy się tylko wtedy, gdy śpi, zwykle sama, w złotej, satynowej pościeli, nasmarowana kremem „Top 40” za 690 PLN z substancjami beta. Nieistniejącymi substancjami beta, które wymyślone w dziale marketingu firmykosmetycznej podnoszą trzeci podbródek o 49% już po 24 dniach używania. W zestawieniu z tą emocjonalną rzeźnią, to aż fajnie być facetem. W mojej grupie docelowej Chińczycy już reklamują swoje nowe Volvo, a jeszcze nie reklamują leków na prostatę...
Bo małżeństwo to w 80% taka wspólna solidna firma z celem biznesowym – zwykle mieszkaniowo - prokreacyjnym, zapewniająca obopólne bezpieczeństwo socjalne i emocjonalne. Zwrot bezpieczeństwo emocjonalne, aż czasem chce się zamienić na zwrot: letarg emocjonalny, ale nie bądźmy upierdliwi. Dobrze mieć kogoś do kochania, ale jak to powiedział mój wcalenie patologiczny kumpel; „dobrze mieć kogoś do znęcania..” Słowem – co kto lubi. Pozostałe 20% (AŻ TYLE?!) to taka prawdziwa emocjonalna miłość, pasja. A już doznania takie jakie opisywał w swych wierszach Frank o’Hara to może 2% Coś tak niezwykłego jak u Hemigwaya, kiedy to ziemia kołysze się pod nogami (plecami :) a powietrze mieni się tak jak w upalny dzień na pustyni. Bo miłość do nas czasem puka, odnajduje nas w kawalerce na przedmieściu Sieradza, czy w warszawskim apartamentowcu, a czasem wręcz dobija się natarczywie. Ale my, zaimpregnowani niską samooceną często się boimy... I nie ma co wyrzekać. Kto z nas by się nie bał skoczyć w nocy na bungee? Zaufać. Jeśli przez całe życie byliśmy ledwie tolerowani, to kiedy w pewną środę o 13;26 puka do drzwi miłość, to zamiast radości gości w sercu konsternacja. Ba! Przerażenie. Co robić!? Udajemy więc, że nikogo nie ma w domu, lub głośno, przez drzwi mówimy jej WON!
Statystycznie 80% z nas nigdy nie będzie dane stanąć na szczyciewysokiej góry, jechać czerwonym Ferrari w słoneczny dzień po nadmorskim bulwarze, jeść kolację z kimś naprawdę wybitnym, kochać się na plaży z opaloną długonogą kobietą. Tak samo pewnie nie będzie nam dane takie pełne metafizycznego dreszczu uczucie. Czysta statystyka. Nie każdy z nas, tego też po prostu potrzebuje. A szkoda. Taki mocny impuls miłości, nawet jednorazowy, czyni świat lepszym, i daje energię do pięknego życia na wiele lat. Pięknego, choć nie zawsze szczęśliwego. Taka miłość to przecież taki emocjonalny punkt odniesienia do reszty życia. No a potem wcale nie jest łatwiej, bo jak raz jeździło się Ferrari 3000 GT, to później Skoda Fabia wydaje się bardzo mało ekscytująca.
A co my? My niestrudzeni poszukiwacze „małej stabilizacji”. My powinniśmy raczej odnaleźć spokój i pogodę ducha w codziennym umiarkowanie emocjonalnym użytkowaniu swojej Skody Fabii 1,2 MPI w kolorze białym, czyli przysłowiowej Lucyny* czy Wieśka*. Taka uporządkowana racjonalna „mała” ** miłość, czyli wspólnota racjonalizmu z odrobiną chemii. Odrobiną, której kresem jest czerwony pas do pończoch zakupiony w chwili szaleństwa... Jeszcze nie rozpakowany, ale, może, kiedyś.. Kto wie. Taka Lucynka* czy Wiesiek* jest bowiem często jedynym na co nas w tym życiu stać ( i to jeszcze, cholera, na raty ) , nie kosztuje w sumie wiele, nie ukradną nam jej/jego spod bloku – no chyba że naczęści. Co za wspaniały, emocjonalny letarg... I sex w sobotę po kąpieli... Przy zgaszony świetle rzecz jasna... Tak czy inaczej, taki zracjonalizowany wybór oparty na 3 elementach
1)prostocie 2) naturalności 3)proporcji
ma często większe szanse powodzenia niż emocjonalne porywy zawieszone w próżni. Ciekawi mnie jednocześnie fakt, iż np. młode (często już umownie młode, ale kto by tam wypominał wiek...) dynamiczne i autentycznie fajne kobiety, zastanawiająco często biorą sobie za mężów niezbornych patałachów, których nigdy - przenigdy nie wzięły by nawet na pracownika do swojej firmy. Nawet takiej firmy od wywożenia nocą śmieci z miasta. Ciekawe...
A może chodzi tu o to, że trzymając takie kuriozum w domu zawsze możecie poczuć się lepiej? Taka domowa mała psychoterapia? No bo patrzycie sobie na takiego patałacha potykającego się o własne nogi, któremu właśnie ósmy raz w tym roku operator wyłączył telefon, i sobie myślicie: „a więc to jest ten Heros, samiec alfa, zwycięzca, gladiator i geniusz.. Skoro tak, to ja jestem Boginią...”
I zasypiacie błogo uśmiechnięte....
Czy tak?
C.D.N-adano
*imiona zmienione na prośbę małżeństwa Beaty i Marcina N. z Sochaczewa.
** Mała czarna o jest kawa
duża czarna to jest noc,
małe jasne to jest piwo,
duże jasne to słońce,
Mała miłość to nie miłość,
duża miłość to jest miłość...


Komentarze
Pokaż komentarze