.jpg)
8. OSWÓJ LĘKI ALKOHOLOWE
Brzmi to nieco paranoicznie, zwłaszcza kiedy tyle słyszy się o patologii życia rodzinnego. Kiedy różni psycholodzy i psycholożki biją na ten temat pianę, jakby nie rozumiejąc, że „nie każdy przeznaczony jest do zbawienia”. Nie każdy ma ochotę i odwagę barwnie żyć, i nie każdy ma też odwagę i ochotę się powiesić. Wieszanie się jest w sumie mało estetyczne i religijnie nieco ryzykowne. Bo jakby co to potępienie czeka za rogiem. No i alkohol to właśnie taka idealna boczna furtka dla uzasadnienia wegetacji. Ale co z tym alkoholem? Ano właśnie. nie ma różnorodności alkoholi tylko w 2 sytuacjach: w domach: 1) alkoholików i 2) abstynentów.
To pierwsze – wiadomo. Problem alkoholowy podobnie jak np. gorliwy udział w cowieczornych mszach satanistycznych, w zasadzie w 100% dyskwalifikują kandydata na potencjalnego partnera. Tu na pewno ktoś się obruszy, ale małżeństwo to przedsięwzięcie również biznesowe i nie ma co się oburzać. Tak samo nie zatrudnimy paranoika na stanowisku głównego księgowego, sadysty do opieki nad ludźmi starszymi i kleptomana do teatralnej szatni. I tu nie ma to tamto. Nie i już! Widzimy = Alkoholizm = mówimy cyt: „ach! Przepraszam na chwilę, ale zapomniałem chyba zamknąć auto. Sprawdzę to i zaraz wracam” wychodzimy, i uciekamy z piskiem opon, aby nigdy przenigdy w te progi już nie wrócić. No chyba że po roku jako komornik. Ale to już relacja zawodowa.
Wprawdzie czytałem błahą książeczkę, w której Znana Polska Pisarka nieco głupawo i aż cynicznie pisze, że kobieta silna i zdeterminowana może rozważać alkoholika jako partnera (sic!). Mam nieodpartą ochotę zapytać czy doradziła by ten ryzykowny manewr własnej córce. Już to sobie wyobrażam; „mamo to mój partner, Pan Józek. Józek jest alkoholikiem, ale ja jestem silna, bardzo silna, i dam sobie radę! O! Józek zesikał się, na dywan! Mamo masz jakąś serwetkę?....” Po cóż pisać więc takie brednie, że silna kobieta to sobie poradzi. Owszem życie aktora i pisarza, Jana Himilsbacha było z pozoru barwne i ciekawe, ale nikt też nie pisze o mękach jego żony, Pani Doktor biologii, która wychodząc do pracy zabierała mu sztuczną szczękę i zamykała w domu. Koledzy zaś przynosili wódę pod drzwi i przez dziurkę od klucza przetykali wężyk od kroplówki żeby mógł się napić. O Jezu jakie śmieszne! Prawda?
Maklakiewicz miał jednak więcej odpowiedzialności i pozostał jak to dzisiaj mówimy – singlem. Bez 2 zdań, należy mu się za to szacunek! Bo może na kartach książek, czy w filmowym kadrze życie bohemy wygląda fajnie, ale zawsze (zawsze!) jest to beznadziejne zmaganie się z człowiekiem nieuleczalnie chorym. Żywym zombie, który z każdą kolejną butelką nieodwracalnie zatraca ludzkie cechy... Można próbować mu pomóc, ale chyba nie powinno się. Wszystkie twoje działania, tłumaczenie go/jej przed szefem/ pracownikami, te energetyzujące śniadanka, podwożenie do pracy bo „wczorajszy” tylko przedłużają agonię. To gra pozorów. On ma zatonąć i odbić się od dna. A jak stojąc na dnie krzyczy - pomóż mi! I wykrzyczy tak 3 razy, to wtedy mu pomóż. Tylko bowiem wtedy jest jakakolwiek szansa...
{Na festiwalu film o warszawskich narkomanach zaprezentowano ciekawy film. Nakręcił go młody reżyser w czasie 2 lat. Też brał – uznali go za swego. Nie kryli się. Coś jak Trainspotting tyle że realu. Ciekawe jest to co napisał:” na 70 narkomanów jacy przewinęli się przez tę komunę (wspólnotę) wszyscy przepadli . Ocalało tylko 3 (trzech!) , którzy SAMI POSZLI NA TERAPIĘ! „Trzech na siedemdziesięciu to około 5%. Czy jest więc sens walczyć? Jasne o człowieka ZAWSZE jest sens walczyć, ale TYLKO wtedy gdy on sam tego chce.}
Powróćmy do tematu; a co jeśli zaś są abstynentami, to też ważne dlaczego? Mogą bowiem być: trzeźwiejącymi alkoholikami , niby to wzniośle brzmi, ale tak naprawdę to wielkie ryzyko. Przypomina to raczej trzymanie zakorkowanej butelki z gazem musztardowym lub sarinem, na stoliku w ruchliwym przedpokoju. Wiadomo, że kiedyś może się potłuc i bezwonnie zabić wszystkich dookoła, tylko nie wiadomo kiedy.. Każdy więc nasłuchuje tego przerażającego „brzdęk..” będącego początkiem cichego końca drogi życia. (polecam film „The reasons of edge) Mogą też być np. Świadkami Jehowy. Jeśli tak to OK! Są może nieco dziwaczni, nieco dryfujący w sekciarstwo, ale są zarazem niezwykle pracowici, uczciwi, czyści, rodzinni, wierzący i poukładani. Czyli w sumie, przy pewnej - sporej jednak - dozie dyplomacji z naszej strony – może być zupełnie OK. No i mogli "tak postanowić". No to wtedy weź mocną latarkę Mag-lite i zacznij szukać demonów dzieciństwa. Tatuś? Mamusia? Grzeb! Drap! Jak szpachlę przy kupnie auta. Wszystko do czego teraz się nie dorzebiesz za lat 5 odbije się śmiedzącym beknięciem.
Czyli najlepiej natomiast jak alkohol w domu po prostu jest.
Do grilla - po puszeczce piwka. Węgiel polewany piwem też lepiej opieka. Każdy to wie i nie żałuje „bo szkoda”. Do kawy – trochę likieru. Zimą po polowaniu – trochę rumu do herbaty - cudownie rozgrzewa. Rum dobrej gospodyni potrzebny jest też na bieżąco do ciast i niektórych sosów. Do lodów. Po ciężkim dniu – szklaneczka Red Label z lodem. Red Label jest też , jak twierdzą niektórzy, dobry do skrapiania niektórych gatunków tytoniu fajkowego. Ja nim czyściłem swoje fajki. Do kolacji, po lampce wina – białego lub czerwonego. Kurczak podlewany winem i miodsmakuje wybornie! W lodówce stoją obydwa rodzaje. Przy partyjce szachów z teściem – po lampce ajerkoniaku. Jeżeli tak jest – to jest ok. Natomiast zupełne wyeliminowanie
alkoholu z życia, jest takim samym przejawem rozpaczliwej bezradności wobec demona, jak poddanie się mu bez reszty. W zasadzie bez różnicy. Taka abstynencja to nic innego, tylko wyrok odroczony w czasie. Natomiast partner z domu w którym jest alkohol oswoił już demona i potrafi z nim żyć, a nawet czerpać z tego radość.
W sobotę wypija jedną i tylko jedną lampkę Red Label, a jak wypija drugą to znaczy że właśnie ma ochotę na tę drugą lampkę ( a nie to, że poczuł zew krwi i musi, musi, musi, napić się drugą i kolejne, kolejne, kolejne,kolejne.....)
Serce kobiety jest wtedy spokojniejsze. Mężczyzny chyba też, bo kobiety choć nie tak często jak mężczyźni leżą zasikane po rowach, to niepokojąco łatwiej przecież stają się „domowymi alkoholiczkami” z butelką likieru schowaną w kuchennej szafce i dodatkowym zapasem w bieliźniarce.
Tak, że dobrze, kiedy w domu jest alkohol. Tak jak jest proszek do prania i żelazko.
I nikt o tym nie mówi... :)
Nadano.


Komentarze
Pokaż komentarze