Dziennikarze byli usatysfakcjonowani w trakcie i po zwołanej konferencji prasowej. Nie dowiedzieli się wprawdzie co było przyczyną katastrofy, ale za to dowiedzieli się – co na pewno nią nie było. Oszołomstwo i teorie spiskowe zostały obnażone, wytknięte palcami i empirycznie, na miejscu zresztą – obalone! Sama radość.
Zaczęło się od tego, że Thomas Midgley, inżynier pracujący dla General Motors badając związki ołowiu doszedł do wniosku, że jak tak trochę tego ołowiu pomieszać z benzyną, to silnik spalinowy pracuje lepiej i dłużej na dodatek. To było prawie 100 lat temu w Dayton, Ohio.

To „coś” z ołowiu czyli etylek zaczęto zatem produkować na skalę światową i robić na tym kasę. Produktem ubocznym były jednakże występujące od czasu do czasu ekstremalnie horrorystyczne zachowania pracowników uczestniczących w procesie. Sprawdźcie sobie zresztą jak zachowuje się przed śmiercią człowiek zatruty ołowiem. W jednej z fabryk padło 15-tu, w innej pięciu, ale na razie rzecznik prasowy wyjaśniał dziennikarzom na telefon, że umarli, bo się zwyczajnie przepracowali, taki los.
Powoływał się na wyniki badań przeróżnych poważnych ośrodków naukowych (wtedy i przez następne dziesięciolecia amerykańskie laboratoria badające wpływ ołowiu na atmosferę i na człowieka sponsorowane były wyłącznie przez..., zgadniecie przez kogo? Dobrze. Przez producentów związków ołowiu.).
No, ale w końcu ofiary zaczęły się sumować i wyszła jakaś spora liczba żywych i martwych trupów więc i dziennikarze zaczęli coraz głośniej się dopytywać. Wtedy to wspomniany Midgley sam zwołał konferencję prasową i po pierwsze zapewnił, że firma dba o pracowników. Oświadczenie jak oświadczenie, niektórym dziennikarzom by wystarczyło. Ale przez niektórych zostało przyjęte z rezerwą. Wtedy inżynier najpierw oblał sobie ręce tą benzyną ołowiową, a potem przez minutę czy jakoś tak trzymał nochal nad miską i wdychał i wydychał i wdychał i wydychał, a dziennikarze byli zachwyceni i trzaskali fotki.
Dziennikarze poinformowali obywateli na łamach i było fertig. Oczywiście pracownicy dalej się truli, ale po pierwsze były ekspertyzy, a po drugie zapewnienia producentów oraz pokaz Midgleya, że wszystko jest pod kontrolką. Rodzinom zmarłych pewnie też tam perswadowano myślą, mową i uczynkiem oszołomstwo ich domniemywań.
Midgley oczywiście – podobno już w trakcie tego pokazu – był zatruty ołowiem i wiedział doskonale co w trzewiach mu piszczy, ale nie pękał, choć z przyczyn oczywistych unikał zbędnych wizytacji w źle wentylowanych halach produkcyjnych. Zmarł sobie w 1944 roku; był wtedy częściowo sparaliżowany i wynalazł mechanizm-spadochron. Dzięki różnym sznurkom kręcąc korbką przy łóżku system ten miał go przewracać na materacu z brzucha na grzbiet i odwrotnie w zależności od humoru. I raz tak się zakręcił, że się tymi sznurkami udusił.
Zachwyt i sukces tamtej konferencji prasowej trwały do 1986 roku, kiedy to w Stanach zakazano wreszcie sprzedaży benzyny ołowiowej.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)