Kładący się na skrzydło F-16 na tle mapy Afganistanu z napisem czerwonymi wersalikami: „Now it's our turn” - taki nadruk miała koszula, którą wtedy dostałem z NYC i która niedawno dopiero poszła w szmaty. Ameryka miała dobrze – już pierwszego dnia po zamachu drukowała te koszule, bo wiedziała, kto i po co ją zaatakował. Atakujący wróg to przecież figura komiksowa, czarno-biała, wyczerpująca na starcie wysiłek myślenia o sprawcach.
Cały świat zastanawiał się nad tym amerykańskim: „Teraz nasza kolej” i gdyby wtedy jakiś bukmacher przyjmował zakłady, to żywy bin Laden w roku 2010 szacowany byłby w stosunku 1/1000000 dolarów. Tak czy siak te F-16 rzeczywiście poleciały nad Afganistan, trochę tam popukały i w ramach krucjaty z czasem zorganizowano też europejski kontyngent do Afganistanu.
(W roli smrodu za wojskiem zakontraktowano też polską armię, która to zadawała szyku na miejscu w butach i kamizelkach kuloodpornych zakupionych za własne pieniądze żołnierza oraz w jakichś tam rosomakach czy innych wozach bez pancerza. Że wypowiadam się bez szacunku dla munduru polskiego żołnierza? Dla munduru akurat mam, ale dla żołnierza – po 10 Kwietnia - już mniejszy. Armia, która znosi bez słowa sprzeciwu nieuzasadnione obelgi kierowane przez polityków w stronę poległych w Smoleńsku własnych dowódców nie zasługuje na szacunek).
No, ale życie toczy się własnym torem, a w świecie anno 2010 tor ten coraz powszechniej ma szerokość 1524 cm, co implikuje różne rzeczy. Oto Ameryka otorbiła sobie tragedię WTC, gruzy uprzątnęła, w przestrzeń pop wygenerowała kilka nowych ikon, a w promocji zafundowała sobie prezydenta ponad podziałami. Rosja zaś oczywiście „boleśnie dotknięta i solidaryzująca się z narodem amerykańskim” przygląda się od lat działaniom w Afganistanie z życzliwą uwagą.
Czas wojowania Ameryki i Europy w górach Kaukazu, czas związania budżetów wydatkami w wojnach zamorskich, czas postępującego rozpadu kulturowego Zachodu, czas nieokiełznanej kredytowej konsumpcji i wynikającego stąd kryzysu jest czasem darowanym Moskwie i – z pewnością – rekonwalescentnym. Czas brukselskiego rozprężenia, obowiązującej mitomanii o „Europie bez wojen”, wolności bez granic, nieprzydatności Kościoła i tak dalej to kojący balsam dla Kremla.
Myślę, że destabilizacja Europy posuwać się będzie nadal torem o rozstawie szyn 1524. I choć anachroniczne w XXI wieku mogą wydawać się teorie o zmianach granic (po co komu krwawa zmiana granic, jeśli mieszkańców „w granicach” można zniewolić kredytem w zagranicznym banku?) to nie zapominam, że Rosja jednak może mieć w tym względzie swoją odrębną „przyzwyczajkę” i optykę zgoła inną niż ta, która wydaje się naszym politologom i publicystom - jedynie logiczną.
Myślę też, że niebawem Europa doświadczy wzmożonej aktywności ruchów separatystycznych oraz ulicznych wystąpień mniejszości narodowych i religijnych. Szansę na trwanie mają kraje z rządami czytającymi przeszłość i antycypującymi nadchodzące wydarzenia. I to nie w perspektywie 10-20 lat. W tym scenariuszu widzę już napisy końcowe tego filmu: „W życiu w Europie udział wzięli: Polska, Ukraina, Słowacja, Rumunia, Bułgaria, Austria, Litwa, Łotwa, Estonia, Finlandia...”.
Bo teraz jest ich kolej. A Ameryka będzie zdziwiona.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)