- No i teraz będą adoptować dziecko, chłopczyka, ma trzy lata... - powiedziała kumpela, bo się zgadało o takich różnych sprawach. Dodała, że mają już rodzonego syna, siedmiolatka, a w domu zasobnie na tyle, by jeszcze jedno dziecko się wychowało. - Nie mogą mieć drugiego, własnego..., przykre...– powiedziałem, a ona, że mogą. Mogą jak najbardziej, nic nie przeszkadza, ani wiek ani zdrowie, ale zdecydowali się na adopcję.
Zatkało mnie trochę, bo adopcję traktowałem zawsze jako protezę rodzicielstwa. Powiedziałem to kumpeli, a ona trochę się nastroszyła (bo to w jej rodzinie taka akcja), a trochę przyznała mi rację, bo sama urodziła zdrową dwójkę.
- No, ale jak...? - drążyłem. - Nie ma tam w tej Polsce jakichś, kurde, przy adopcjach, komisji pedagogów, psychologów, którzy by w oczy tej rodzinie powiedzieli, że sobie misia, pieska pekińczyka fundują?!
A kumpela na to, że komisje owszem, są, ale rzecz jest już przesądzona, już po wywiadzie środowiskowym, w przyszłym tygodniu ostatnie kwity zostaną podpisane, przeprowadzka. I że w sumie to i lepiej, by adoptowane dziecko miało rodzinę, bo to większa dla niego korzyść, niż życie w domu dziecka.
Ale kumpela powiedziała, że ma trochę wątpliwości. A ja powiedziałem, że ja mam wyłącznie wątpliwości.



Komentarze
Pokaż komentarze (13)