Najlepszy tekst jaki czytałam o katastrofie, napisany zrozumiałym językiem a autor doskonale zna realia jakie panują w środowisku pilotów.
Fragmenty notki z bloga Roberta Zawady, by przeczytać całość wystarczy kliknąć na tekst.
Robert Zawada to pilot, ekspert lotniczy, autor książki "Związane skrzydła". Komentator wydarzeń lotniczych, społecznych, politycznych. Mieszkaniec Trójmiasta, mąż i tata. Baczny obserwator i szczery krytyk.
__________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________
Zbliża się kolejna rocznica katastrofy smoleńskiej. Czas zadumy, wspomnień, ale niestety również zażartej walki politycznej. Pokusiłem się w sposób jak najkrótszy i jak najbardziej zrozumiały dla wszystkich przedstawić jak ten lot mógł wyglądać. Bazowałem w swojej historii na faktach. Uczczę pamięć ofiar tej katastrofy w ciszy i zadumie, o co proszę również naszych polityków.
______________________________________________________________________________
Po czterdziestu siedmiu minutach lotu usłyszał przez radio wiadomość o warunkach atmosferycznych uniemożliwiających lądowanie na lotnisku, na które miał dotransportować swoich pasażerów. Nie byle jakich pasażerów. Miał świadomość, że dla Prezydenta RP wylądowanie na tym właśnie lotnisku o czasie jest sprawą bardzo ważną. Miał też świadomość, że lecą z nim generałowie, w tym najważniejszy w lotnictwie Sił Zbrojnych RP. Miał nadzieję, że zanim dolecą pogoda się poprawi. Nie może być przecież aż tak źle. Co jednak, jeśli nie?
- Artur mówi, że na ich oko jest ze czterysta podstawy i widać pięćdziesiąt metrów. – Przekazał kapitanowi drugi pilot po rozmowie radiowej z pilotem Jaka-40, lądującego wcześniej na tym lotnisku.
- Ile? – Zdziwił się kapitan. Był zaskoczony tym, że warunki są już aż tak złe, jak również faktem, iż mimo wszystko udało się w nich wylądować jego koledze. „Skoro on dał radę, to może i ja spróbuję. Podejdę przynajmniej do wysokości decyzji i zobaczę co dalej.” – Rozważał w myślach.
_____________________________________________________________________________
Kapitan przekazał informację o pogodzie Dyrektorowi Protokołu Dyplomatycznego, który wszedł do kokpitu za jego pozwoleniem. Po jego słowach o tym, że warunki póki co nie nadają się do lądowania oraz, że raczej wylądować będzie trudno, usłyszał:
- No to mamy problem.
_______________________________________________________________________________
Kapitan przekazał załodze, że w razie nieudanego podejścia do lądowania wykonają odejście w automacie. Nikt z załogi nie zareagował na tą sugestię, mimo że wszyscy powinni wiedzieć doskonale, iż taki manewr można wykonać jedynie w dwóch przypadkach i w każdym z nich potrzebne jest wyposażenie lotniska w system, którego na tym akurat lotnisku brakowało.
_______________________________________________________________________________
Samolot szybko zbliżał się do zakrętu na ostatnią prostą. Wcześniej rosyjski kontroler przypomniał załodze o tym, że po osiągnięciu wysokości stu metrów i braku widoczności pasa musi koniecznie odlecieć na drugi krąg. Kapitan potwierdził zrozumienie tej komendy i spojrzał na ustawienie znacznika wysokości bezpiecznej na swoim radiowysokościomierzu. Była nastawiona na sześćdziesiąt pięć metrów. Tak na wszelki wypadek. „Gdyby jednak nie udało się wyjść z chmur na wysokości stu metrów, to dam sobie jeszcze kilka sekund. Nie zejdę jednak niżej niż sześćdziesiąt pięć.” – Obiecał sobie w myślach.
- Arek, teraz widać dwieście. – Usłyszał w radiu kapitan. To załoga „Jaka” informowała o zdecydowanym pogorszeniu się i tak fatalnej pogody.
______________________________________________________________________________
- Podchodzicie do dalszej. Na kursie i ścieżce. Odległość sześć. – Przekazał kolejną komendę kontroler. Niestety samolot wbrew temu co mówił, nie był dokładnie na ścieżce. Niedokładność systemu spowodowała, że kontroler obsługujący ten rodzaj radaru nie mógł według jego wskazań ocenić wysokości, na jakiej znajdował się samolot. Do jej korekty potrzebna była informacja zwrotna od pilota, potwierdzająca obecną wysokość, jaką wskazywały mu przyrządy w kokpicie. Tej jednak nie było.
________________________________________________________________________________
Dwanaście sekund po przelocie nad pierwszą radiolatarnią załoga usłyszała „TERRAIN AHEAD” – alarm systemu TAWS, ostrzegającego o zbliżaniu się do ziemi. System zareagował na zbyt dużą prędkość zniżania samolotu i zrobił to, do czego był stworzony. Ostrzegł załogę. Kapitan wiedział co zrobić, żeby uciszyć nieznośnie krzyczące urządzenie. Przestawił ciśnienie na swoim wysokościomierzu z lotniskowego na standardowe. Alarm ucichł. System TAWS dał się nabrać. Przestawienie ciśnienia spowodowało jednak, że wysokościomierz wskazywał wysokość o prawie sto siedemdziesiąt metrów większą niż w rzeczywistości. Kapitan robił to nie pierwszy raz. Wiedział, że nie może się teraz sugerować wskazaniami swojego wysokościomierza, ale zdawał sobie sprawę, że wysokość poda mu nawigator. Nie przewidział jednak, że nawigator będzie ją odczytywał nie z tego wysokościomierza, z którego powinien.
______________________________________________________________________________
Samolot był już w odległości dwóch i pół kilometra od pasa. Na tej odległości powinien być na wysokości ponad trzydzieści metrów większej.
- Sto metrów. – Powiedział ktoś w kabinie.
- Sto. – Powtórzył nawigator.
System TAWS przez cały czas oznajmiał alarm: „TERRAIN AHEAD, TERRAIN AHEAD”. Po chwili do ostrzeżenia doszedł również nakaz przerwania zniżania: „PULL UP, PULL UP”.
- Nic nie widać. – Powiedział ktoś nerwowo.
- Sto. – Po raz kolejny po siedmiu sekundach podał taką samą wysokość nawigator. Nikt nie zastanowił się dlaczego przez osiem sekund zniżania ze sporą prędkością, samolot nie zmienił wysokości. A tak właśnie wynikało ze słów nawigatora.
Kapitan wpatrywał się w białą jak mleko mgłę przed samolotem jakby chciał wzrokiem ją rozwiać. Cały czas miał jeszcze nadzieję, że nagle zobaczy ziemię, reflektor, cokolwiek. Nic takiego się nie stało.
- Odchodzimy na drugie zajście. – Zdecydował, po czym wcisnął przycisk odejścia w automacie na drugi krąg.
- Odchodzimy. – Odpowiedział drugi pilot.
Ku zaskoczeniu kapitana, samolot nie zareagował na wciśnięcie przycisku. Silniki nie zaczęły zwiększać mocy, wysokość wciąż malała.
- Osiemdziesiąt, siedemdziesiąt... – Odliczał nawigator.
- Czterdzieści. – Kontynuował, mimo że maszyna była zaledwie jedenaście metrów nad poziomem lotniska. Gdyby podejście wykonane było prawidłowo, powinni w tym miejscu mieć wysokość osiemdziesięciu pięciu metrów.
- Trzydzieści, dwadzieścia! – Krzyknął nawigator.
_______________________________________________________________________________
O godz. 6:41:02,8 na wysokości 1,1 m nad poziomem lotniska, w odległości 855 m od progu pasa, samolot uderzył lewym skrzydłem w brzozę, przez co utracił kawałek skrzydła.
- K*** mać! – Krzyknął ktoś z załogi.
_______________________________________________________________________________
Zderzenie samolotu z ziemią nastąpiło o godz. 6:41:07,5 w pozycji plecowej. Maszyna dotknęła ziemi najpierw tym, co zostało z lewego statecznika poziomego i skrzydła, a następnie górną powierzchnią przedniej części kadłuba, co spowodowało jego zmiażdżenie i rozerwanie...
_________________________________________________________________________________
Komentarze
Pokaż komentarze (19)