Tymczasowe konto Peacemakera Tymczasowe konto Peacemakera
144
BLOG

Raport za 200 tys. i korporacyjna nowomowa vs. lemingi - strzeżmy się powierzchowności

Tymczasowe konto Peacemakera Tymczasowe konto Peacemakera Społeczeństwo Obserwuj notkę 0

Oj ubawiłem się setnie słuchając felietonu Igora Zalewskiego "Mistrzowie nowomowy, banału i pseudonauki. Mróz-Gorgoń i Markowski. Trzeba przyznać, że w filmir tym jest bardzo dużo mądrych spostrzeżeń pokazujących głupotę pseudoelit. Posłuchajcie Państwo sami: 

To był felieton z wczoraj. A przedwczoraj Robert Mazurek wyszedł na proroka radząc pani Mróz-Gorgoń aby podała się do dymisji podając jako przyczynę "falę hejtu" jaka się na nią wylała i aby przy tym zalała się łzami niczym Sawicka. No cóż, łez nie było, ale Mróz-Gorgoń rzeczywiście podała się do dymisji i jako przyczynę podała... hejt.


Brawo Robert Mazurek! Choć głowy bym za to nie dał co było wcześniejsze: czy data utworzenia i publikacji felietonu Roberta Mazurka czy dymisja Barbary Mróz-Gorgoń. Ale... zaraz, zaraz... ja przecież nie mogę zapomnieć Robertowi Mazurkowi tego, jak w 2012 roku na łamach "Uważam Rze" opublikował "Alfabet leminga" - tekst który miał lemingów nad Wisłą maksymalnie ośmieszyć, a sprawił że lemingi poczuły dumę z tego, że są lemingami. Tak, bo Robert Mazurek opisał w tym tekście zwyczaje korpoludków: wyśmiewanie własnych rodziców jako "moherów", mieszkanie na osiedlach strzeżonych, kupowanie smartfonów, jeżdżenie Toyotami "Auris" lub "Yaris"... tylko zapomniał napisać o tym, co najważniejsze: skąd się wzięło określenie "leming". A wzięło się ono z holywoodzkiej bajeczki pokazującej pewien mit o pewnym miłym z wyglądu zwierzątku. Otóż w przyrodzie leming, to taki gryzoń, który zachowuje się jakby postradał instynkt samozachowawczy. Ale w tym szaleństwie jest metoda - ten gatunek postawił na szybkie rozmnażanie i ciągłą migrację. Lemingi rzeczywiście mnożą się szybciej od królików, a że liczna kolonia potrafi szybko ogołocić teren ze wszystkich roślin nadających się do spożycia (dla lemingów), więc nie buduje norek ani innych schronień tylko migruje z miejsca na miejsce, dzięki czemu okoliczne drapieżniki mają łatwą wyżerkę (hmmm... uczta full-wypas) bez wyczerpującego uganiania się za ofiarą. Jest taka legenda, że kiedy stado rozrośnie się za bardzo, wówczas staje się tak pewne siebie, że jego przewodnik jest przekonany, że nawet ocean uda im się przepłynąć i rusza radosnym pędem rzucając się z klifu i tonąc... a całe stado skacze za nim. I właśnie ta legenda o lemingach - gryzoniach zostałą skojarzona z lemingiem - wyborcą z pierwszej połowy drugiej dekady obecnego wieku. Otóż owe lemingi - wyborcy żyły w niczym niezmąconym przekonaniu, że skoro one wybrały Tuska i należą do większości, która tegoż Tuska wybrała, to znaczy, że to one mają rację i nie mogą się mylić, nawet jeśli wiele symptomów wskazuje na to, że wybrały źle, a jak ktoś ma inne zdanie to "niby ma wykształcenie wyższe, ale poglądy jak chłop któremu słoma z butów wyłazi" (autentyczny cytat takiego jednego Krzyśka z mojej byłej pracy - on to był wzorowym, a nawet wybitnym lemingiem). Nie dostrzegali zbliżającego się przełomu roku 2015. I co? Czy tekst Mazurka uświadomił im jak są śmieszni? Nie! Oni naprawdę poczuli dumę z tego, że tworzą specyficzną "subkulturę młodych inteligentów pracujących w korporacjach" którzy "dźwigają i rozwijają ten kraj" (czyli dokładnie to, o czym do tej pory bredzi wspomniany w felietonie Igora Zalewskiego "profesor" Markowski. Dlaczego o tym piszę? Bo i w dzisiejszych publikacjach redaktorzy Kanału Zero chyba nie do końca wiedzą gdzie leży sedno sprawy. Bo Pan Zalewski twierdzi, że dzisiejsze uczelnie to takie współczesne szkoły zawodowe, które uczą przyszłych pracowników korporacji obsługi programów komputerowych, ale nie uczą ich samodzielnego myślenia. I to się zgadza - jak się ktoś myślenia nie nauczy sam, to liceum i studia zamiast być dla niego "umysłową siłownią" staną się tylko przepustką do lepiej płatnej pracy (i to niekoniecznie - dwa tygodnie temu pewien elektryk za kilka godzin pracy w moim domu zażyczył sobie kwotę, na którą ja po studiach informatycznych muszę pracować przez tydzień - po tej nauczce zaprzyjaźniłem się z fazerem, śrubokrętem i kombinerkami, bo szkoda kasy na "fachowca" do rzeczy, które mogę zrobić sam). Ale Pan Redaktor twierdzi, że wyjątkiem są tu kierunki filozoficzne i prawnicze. Co proszę??? Byłem z dziećmi na "targach uniwersyteckich" w łódzkiej Manufakturze. O ile stanowiska z robotami, dronami, pojazdami eksperymentalnymi itp... były arcyciekawe, to po tym pokazie GŁUPOTY, PRÓŻNOSCI I LEWACKIEJ IDEOLOGII jaką zaprezentował wydział filozoficzny straciłem szacunek dla absolwentów tego wydziału. Może dlatego, że zanim poszedłem na informatykę, zdążyłem skończyć teologię, więc mam jakieś podstawy... w przeciwieństwie do tych pyszałków, co tam się popisywali (zamiast "wiem, że nic nie wiem" za ich dewizę mogłyby posłużyć słowa "jestem bogiem, ale tylko w przenośni, bo boga nie ma"). A wydziały prawnicze? Czy Pan Redaktor miał nieprzyjemność polemizować kiedykolwiek z "prawniczkami" na temat np.: Trybunału Konstytucyjnego? Nie? To niech Pan spróbuje. Kiedy zaczną przegrywać na argumenty, to natychmiast rzucą "argument ostateczny" że "prawo to zbyt skomplikowana dziedzina i ĆWIERĆINTELIGENCI po innych kierunkach studiów nie powinni się na jego temat wypowiadać". Więc sytuacja wygląda o wiele gorzej, niż się Panom Redaktorom wydaje. STRZEŻMY SIĘ POWIERZCHOWNOŚCI. Bo takimi powierzchownymi spostrzeżeniami którym brak głębszego zakorzenienia w rzeczywistości nie pokażemy wykształconym idiotom, że są idiotami. Wręcz przeciwnie, wbijemy ich w dumę, że są oni tak elitarną elitą elit, że ten plebs nawet nie rozumie ich języka... Ja akurat rozumiem, bo pracuję w korporacji (z czego wcale nie jestem dumny... ale jakby co, to mogę robić za tłumacza). A... i jeszcze jedno... dawno, dawno temu, jak przygotowywałem się do obrony pracy magisterskiej z teologii (pisałem o muzyce liturgicznej), to do jednego z zagadnień miałem przygotować się na podstawie jednego rozdziału pewnej książki. Przeczytałem go... i nic. Przeczytałem go po raz drugi... i nadal nic nie wiem. Wziąłem kartkę i długopis próbując streścić ten rozdział w punktach. Rozdział przeczytany po raz trzeci i pusta kartka. W dniu obrony jadę samochodem z moim promotorem i wyznaję mu, że tego zagadnienia nijak nie potrafiłem pojąć. A na to mój promotor najzwyczajniej w świecie opisał ten problem w pięciu zdaniach. Tylko on mówił po polsku, a autor książki co trzecie słowo wstawiał łacinę, bo tak to wygląda "bardziej naukowo". Czyli czy to korporacja, czy uczelnia teologiczna, czy nauki ścisłe czy humanistycze, czy wreszcie kierunek "dziennikarstwo"  lub "marketing i zarządzanie" (nad absolwentami tego kierunku nie będę się pastwił - życie ich już wystarczająco pokarało... a dokładniej to nie "życie" tylko rynek pracy) to zawsze się znajdzie takiego, kto co trzecie słowo będzie wstawiał jak nie łacinę to korpo-angielski... bo wtedy trudniej jest zauważyć, kiedy palnie oczywistą bzdurę. 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo