Pradziadek Pradziadek
525
BLOG

MARZEC 1968 W MOJEJ FABRYCE. DEDYKOWANE LATINITAS (długie)

Pradziadek Pradziadek Rozmaitości Obserwuj notkę 19

          Latinitas uprosiła mnie, żebym opublikował w Salonie w odcinkach wspomnienia dotyczące działalności samorządu pracowniczego w moim przedsiębiorstwie. Mam wprawdzie wątpliwości, czy to jeszcze kogoś zainteresuje, ale Latinitas nie odmówię. Jeżeli będzie małe zainteresowanie to najwyżej przestanę zanudzać. Zacznę jednak od wydarzeń w marcu 1968 r., nie tylko dlatego, że niegdyś ukuto mit o braku zainteresowania robotników sprawami studentów, ale także dlatego, że pewnie właśnie wtedy połknąłem bakcyla, który sprawił, że odczuwałem później potrzebę zaangażowania się w działalność i w NSZZ „Solidarność” i w samorządzie pracowniczym.

Tak się złożyło, że od września 1967 r. byłem zatrudniony w pewnej fabryce w Warszawie, bo byłem jej stypendystą. W marcu 1968 r. miałem urlop okolicznościowy na przygotowanie się do obrony pracy dyplomowej, bo właśnie kończyłem studia na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej. Wykorzystując urlop szkoleniowy, miałem wystarczająco dużo czasu, by wziąć udział w wiecu na Politechnice 9 marca (o jeden dzień później niż na Uniwersytecie Warszawskim) i być dobrze poinformowanym o tym, co się dzieje na uczelniach. Fama głosiła, że studenci Politechniki czytali 8 marca „Dziady”, żeby dowiedzieć się, o co właściwie chodzi tym z Uniwerka i dlatego spóźnili się o jeden dzień z wiecem:-))). Udział w wiecu był niezapomnianym przeżyciem. W Auli Głównej Politechniki było chyba parę tysięcy ludzi (nabita ludźmi Aula i pełne krużganki). Okrzyki „Prasa kłamie”, „Młodzież bananowa z Golędzinowa”, „Precz z ...” i tamta atmosfera pozostaną na zawsze w mojej pamięci. Spotykałem się wtedy z różnymi studentami, również z Uniwersytetu. Ale poza udziałem w wiecu, powielaniem i kolportażem rezolucji studentów na niewielką skalę (robiłem wtedy za chiński powielacz), nie brałem czynnego udziału w wydarzeniach na Politechnice. W czasie tego urlopu wpadłem do mojej fabryki, bo temat pracy dyplomowej wiązał się z moim przyszłym zawodem. Gdy wszedłem do mojego pokoju, w którym pracowało kilka osób, wszyscy wypytywali mnie o wydarzenia na uczelni. Pytali mnie również o postulaty studentów, bo wszechwładna cenzura nie dopuściła do ich opublikowania, a wieść o tym, że takowe były, rozeszła się po mieście pocztą pantoflową. Postulaty studentów miałem przy sobie, bo przecież sam je powielałem, i oczywiście je pokazałem. I wtedy pewna pracownica fizyczna należąca do PZPR, a także pewien pan, który był również członkiem partii, zaczęli mnie namawiać, żebym poszedł na zebranie partyjne otwarte i zabrał głos. Akurat tego dnia bowiem, gdy byłem w zakładzie, miało się odbyć zebranie partyjne otwarte, na którym zamierzano potępić „wichrzycieli” na uczelni i tzw. „młodzież bananową”. Początkowo nie chciałem iść, bo przecież nie byłem członkiem partii. Ale wtedy zaczęto mnie przekonywać, że zebranie partyjne otwarte, jak sama nazwa wskazuje, jest otwarte dla wszystkich, również dla bezpartyjnych. I każdy uczestnik takiego zebrania może zabrać głos. Po niezbyt długich namowach dałem się przekonać do udziału w pierwszym w moim życiu zebraniu partyjnym otwartym. Nawiasem mówiąc, po raz drugi i ostatni w życiu uczestniczyłem w zebraniu partyjnym ponad dwadzieścia lat później, tuż przed obradami Okrągłego Stołu.

        Wieść o tym, że na partyjnym zebraniu otwartym jakiś student z Politechniki odczyta postulaty, które znane były tylko nielicznym i wzbudzały ogromną ciekawość, lotem błyskawicy obleciała całą fabrykę i ściągnęła tłumy ludzi. Sala kinowa pękała w szwach, a ci, którzy nie dostali się do środka, żądni wrażeń, stali na korytarzach. Ten tłum ludzi, który stał wtedy w sali i wokół niej, jest dla mnie ewidentnym dowodem bezzasadności twierdzeń, jakie można spotkać w opracowaniach dotyczących wydarzeń marcowych, jakoby robotnicy nie wykazywali zainteresowania sprawami studentów. I, że dążenie do wzajemnego wspierania postulatów różnych grup społecznych było wynalazkiem „Solidarności”. Po prostu nie było wtedy wydawnictw drugiego obiegu i władzy, która pilnie strzegła monopolu informacyjnego, łatwiej było izolować poszczególne grupy społeczne. Ale tam, gdzie tylko była informacja – było też zainteresowanie.

      Przy stole prezydialnym siedziało około dziesięciu osób, a ja stałem gdzieś w tłumie, w końcu sali, bo wszystkie miejsca siedzące były zajęte. Po zagajeniu obrad zaproponowano, by chętni do udziału w dyskusji przynieśli do prezydium kartki z pytaniami. Mimo upływu wielu lat pamiętam doskonale pytanie, jakie napisałem na kartce. Brzmiało ono: „Czy pracownik fabryki, a zarazem student Politechniki (tu podałem swoje nazwisko), może zabrać głos?” Siedzący przy stole prezydialnym areopag bardzo długo medytował i nie mógł podjąć decyzji, mimo że już od kilku godzin, na skutek donosu wiernej towarzyszki, moje planowane wystąpienie przestało być tajemnicą. Chociaż swoją kartkę zaniosłem jako jeden z pierwszych, była ona stale odkładana pod spód. W sali słychać było narastający szum zniecierpliwionych ludzi, którzy nie przyszli tu, aby manifestować swoje poparcie dla organizatorów spędu, lecz po to, aby dowiedzieć się czegoś o wydarzeniach na Politechnice. Nie dało się już dłużej odwlekać decyzji, na którą wszyscy czekali, bo nie było już kartki, pod którą można byłoby schować moją. Wreszcie, po długim namyśle całego prezydium, jeden z jego członków wydukał łamiącym się głosem: „Nie wiadomo, czy pracownik, czy student – nie może więc zabrać głosu.” I wtedy ludzie zareagowali spontanicznie – zaczęli tłumnie wychodzić z sali. Nieudolne prezydium usiłowało ratować sytuację, intonując „Międzynarodówkę”, ale nikt z wychodzących nie przyłączył się do kilkunastu niedobitków, którzy zostali w opustoszałej sali obrad. Członkowie prezydium, śpiewając partyjny hymn, oglądali plecy zawiedzionych, wychodzących z sali ludzi. Nie dało się ukryć – zebranie partyjne zostało rozbite. Ale nie przeze mnie, bo ja nawet nie zabrałem głosu, tylko przez tych, którzy bali się usłyszeć postulaty studentów (a więc  słowa prawdy) – przez prezydium.

Mój ojciec przyniósł z pracy do domu wieść o rozbiciu rzekomo przeze mnie zebrania partyjnego. Pamiętam, jak bardzo się zamartwiał, że będą się na mnie za to mścili do końca życia. Moje wyjaśnienia i próby uspokojenia ojca nie na wiele się zdały. Moja siostra przypomniała mi niedawno, jak to w tamtych czasach, podczas niedzielnego obiadu w towarzystwie wuja, nasz ojciec komentował moje zachowanie, wytykając mi brak przezorności i zanik instynktu samozachowawczego. Snuł wizje groźnych konsekwencji, na jakie naraziłem siebie i swoją rodzinę. A na to wuj: Edziu, nie powinieneś tak go krytykować, bo przecież on postąpił zgodnie z zasadami, które wpajałeś mu od dziecka i chciał dać świadectwo prawdzie.

Jak na ironię w ciągu kilku tygodni postulaty studentów zostały w całości opublikowane m.in. w „Życiu Warszawy” z odpowiednim komentarzem niejakiego Kubiaka. Ale „towarzysze” nie zapomnieli, że chciałem je odczytać wcześniej na zebraniu partyjnym otwartym, bo w ich ocenie to ja je rozbiłem.

Okazało się, że karząca ręka partii wcześniej niż mnie dosięgła moje koleżanki z pokoju, w którym razem pracowaliśmy. Obydwie te młode dziewczyny, uczęszczające na studia wieczorowe na Politechnice, wdały się w sprzeczkę z pracownicami komentującymi wydarzenia na uczelniach. Zbałamucone kłamliwą propagandą towarzyszki partyjne, przesiadujące na gościnnych występach w naszym pokoju, wykrzykiwały, że powinno się dokładniej przetrzepać pałami rozrabiających studentów. Na to solidaryzujące się ze studentami moje koleżanki odparły, że powinno się najpierw wypróbować pały na partyjnych. Zbulwersowane takim kontrrewolucyjnym hasłem towarzyszki pobiegły na skargę do komitetu partii. I zaczęło się. Wezwano moje dzielne koleżanki do komitetu, gdzie przy stole ustawionym w podkowę zasiadła gromada „sędziów” z czerwonymi legitymacjami. Bronił je ówczesny przewodniczący zakładowego ZMS-u, a późniejszy I sekretarz KZ PZPR. Po długich dochodzeniach, podczas których rozważano nawet opcję wyrzucenia ich z pracy, postanowiono rozdzielić je, by rozbić „siły reakcji” w zakładzie, i by na siebie źle nie oddziaływały. W ten sposób jedna z nich została karnie zesłana na kilka miesięcy do odległej o kilka przystanków filii fabryki, gdzie mieścił się jakiś dział naszego zakładu.

        Po pewnym czasie okazało się, że mój ojciec miał jednak trochę racji. Mianowicie, pod koniec epoki Gomułki, w listopadzie 1970 roku, mój szef umyślił sobie, że zrobi ze mnie kierownika sekcji technologicznej. Wiedział o tym, że jestem podpadnięty w Komitecie Zakładowym PZPR, więc mój awans na stanowisko kierownicze postanowił zapewne przeprowadzić w tajemnicy przed partią. W efekcie już 10 dni po otrzymaniu angażu na stanowisko kierownika sekcji otrzymałem wypowiedzenie warunków pracy i płacy. Zaproponowano mi stanowisko technologa. Ma się rozumieć z niższym wynagrodzeniem zasadniczym i niższą premią. Nikt jednak nie miał odwagi powiedzieć mi, dlaczego mnie odwołano. Sekretarz oddziałowej organizacji partyjnej w Zakładzie Doświadczalnym, w którym byłem zatrudniony, pilnie oglądając czubki swoich butów, usiłował przekonać mnie, że przyczyną wypowiedzenia była reorganizacja! Jego wyjaśnienie nie było przekonujące, ponieważ jedyna zmiana, jaką w ramach tej „reorganizacji” przeprowadzono w całym zakładzie, była likwidacja mojej sekcji technologicznej. Postanowiłem więc porozmawiać w tej sprawie z kierownikiem Działu Organizacji będącym także sekretarzem POP, który wzbudzał we mnie większe zaufanie niż „mój” sekretarz , tzn. z zakładu, w którym byłem zatrudniony.  Ów kierownik potwierdził moje przypuszczenia, że odwołano mnie ze stanowiska z powodów politycznych, zapewniając mnie, że mówienie prawdy i szczery stosunek do ludzi jest statutowym obowiązkiem członków partii. Poradził mi również, abym się odwoływał, przestrzegając drogi służbowej w hierarchii partyjnej  i wskazał ją (I sekretarz egzekutywy POP w Zakładzie Doświadczalnym, I sekretarz egzekutywy POP w Instytucie, I sekretarz egzekutywy przedsiębiorstwa). Udałem się więc ponownie do „mojego” sekretarza , który odwołał swoją wersję i przyznał, że odwołanie mnie ze stanowiska miało związek z wydarzeniami marcowymi. Dał mi do zrozumienia, że to próba zabrania przeze mnie głosu na zebraniu partyjnym otwartym w marcu 1968 r. była przyczyną mojego odwołania. Kończąc rozmowę, zobowiązał się, że zwoła w najbliższym czasie posiedzenie egzekutywy, która ponownie rozważy moją sprawę, tym razem z moim udziałem. Po upływie wyznaczonego czasu udałem się do niego, a on poinformował mnie, że moja sprawa została już definitywnie załatwiona, ale bez żadnych zmian. Nie zamierzałem się jednak poddawać, bo czułem, że racja była po mojej stronie, skoro towarzysze na przemian to łgali, to, przyciśnięci do muru, puszczali farbę. Przepytałem jeszcze jednego członka egzekutywy POP w Zakładzie Doświadczalnym, robotnika, który z racji pełnionych funkcji społecznych częściej chodził w garniturze, niż w ubraniu roboczym. Przyznał on, że „mój” sekretarz popełnił duży błąd, próbując „mydlić mi oczy” wersją, w myśl której zostałem odwołany ze stanowiska z powodu reorganizacji. Zgodnie z zaleceniami wspomnianego kierownika Działu Organizacji zwróciłem się do I sekretarza egzekutywy POP w Instytucie. On również zganił „mojego” sekretarza  za podanie pierwszej, nieprawdziwej wersji dotyczącej przyczyny mojego odwołania. Wyraził też zdziwienie, że dotychczas nie przeprowadzono ze mną rozmowy w gronie egzekutywy z moim udziałem, mimo jego polecenia. Jego zdaniem egzekutywa POP w Zakładzie Doświadczalnym powinna wyznaczyć mi okres kwarantanny, po którego upływie mógłbym objąć stanowisko kierownicze. Perspektywa kwarantanny była dla mnie nie do przyjęcia, ponieważ nie widziałem niczego niewłaściwego w próbie zabrania głosu na zebraniu otwartym PZPR, do czego upoważniał mnie nawet statut tej organizacji. Poszedłem więc na rozmowę do sekretarza egzekutywy przedsiębiorstwa, który zapewnił mnie, że wydarzenia marcowe nie powinny być brane pod uwagę przy rozważaniu mojej kandydatury na stanowisko kierownicze. Zobowiązał się on także do przeprowadzenia rozmowy z dyrektorem Zakładu Doświadczalnego oraz wydania polecenia egzekutywie załatwienia mojej sprawy z moim udziałem. W połowie stycznia 1971 r. odbyło się w mojej obecności spotkanie, w którym wzięli udział I i II sekretarz POP Zakładu Doświadczalnego oraz mój szef. II sekretarz POP zapewnił mnie, że egzekutywa POP Zakładu Doświadczalnego nie brała pod uwagę wydarzeń marcowych przy odwoływaniu mnie ze stanowiska kierownika sekcji. Jedyną przyczyną mojego odwołania – jego zdaniem – była reorganizacja. Powtórzył to z naciskiem trzy razy, sądząc zapewne, że ta informacja do mnie nie dociera. W istocie tak było, ponieważ jego słowa zaprzeczały faktom ustalonym w dotychczasowych rozmowach z tymi samymi osobami. Poinformował mnie on również, że egzekutywa POP nie jest obowiązana do wyjaśnienia mi pochodzenia poprzednio głoszonej wersji, w myśl której odwołano mnie ze względów politycznych. W związku z tym poszedłem jeszcze raz do sekretarza egzekutywy przedsiębiorstwa, ale potraktował mnie tak obcesowo, że straciłem ochotę na dalsze rozmowy i chwyciłem za pióro.  Napisałem odwołanie do dyrektora, do sekretarza POP w Instytucie, do KZ PZPR w przedsiębiorstwie, do KW PZPR i KC PZPR. „KW” i „KC” umieściłem tylko w rozdzielniku, na końcu odwołania, ale go tam nie wysłałem. Nie wiem, czy właśnie te ostatnie adresy poskutkowały, czy też może miało to związek z przyobiecaną interwencją sekretarza egzekutywy przedsiębiorstwa, ale po kilku dniach wezwał mnie do siebie dyrektor Zakładu Doświadczalnego, w którym pracowałem. Podczas rozmowy w cztery oczy zapytał mnie, zwracając się po imieniu: „Czy wycofałby pan odwołanie, gdybym zaproponował panu stanowisko technologa z pensją kierownika sekcji?” Trudno było nie przyjąć takiej propozycji. Chodziłem przecież do pracy, żeby zarobić, a nie po to, żeby być kierownikiem sekcji. Oczywiście, że się zgodziłem. Po pewnym czasie przyszedł do mnie sekretarz organizacji partyjnej z Instytutu. Poinformował mnie, że partia wyznaczyła mi opiekuna w osobie mojego szefa. Zapowiedział też, że jeżeli nie będzie miał on do mnie zastrzeżeń, to partia nie będzie blokowała mojej kandydatury i za rok zostanę kierownikiem Sekcji. I tak się stało.

Moje perypetie z awansem na stanowisko kierownika sekcji i nagłym odwołaniem to prawda, sama prawda i tylko prawda. Wszystkie fakty, a więc nazwiska (które tu litościwie pominąłem), rozmowy, kolejne wersje przyczyn wypowiedzenia, nie były wytworem zawodnej pamięci, lecz pochodziły z mojego odwołania, które skierowałem do POP-ów. Gdyby w odwołaniu znalazły się bezpodstawne twierdzenia, mogłoby się to skończyć dla mnie fatalnie. A przecież była to przygoda z happy endem.

Mój szef postawił w końcu na swoim. Ale domyślam się, ile to kosztowało go nerwów. Nawiasem mówiąc, miał on rzadko spotykaną w tamtych czasach cechę – bez oglądania się na własny interes dążył do realizacji swoich zamiarów. Gdy wspominam okoliczności mojego awansu, muszę przyznać, że zawdzięczam go w dużej mierze jego determinacji. Myślę, że gdybym miał innego szefa, wolałby się on pewnie nie narażać w komitecie partii i wytypowałby innego kandydata spośród kilkunastu technologów, którymi dysponował. Tak więc decyzja o powierzeniu mi stanowiska kierownika sekcji rodziła się w bólach ponad rok. I pomyśleć, że w 1991 r., a więc już po upadku komuny, stanowisko prezesa austriacko-polskiej firmy konsultingowej powierzono mi po rozmowie, która trwała 10 minut. I to bez sprawdzania jakichkolwiek dokumentów. W podobny sposób usiłował mnie awansować mój szef, ale było to o dwadzieścia lat za wcześnie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pradziadek
O mnie Pradziadek

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (19)

Inne tematy w dziale Rozmaitości