Pradziadek Pradziadek
454
BLOG

„Solidarność” w mojej fabryce (cz. I, ale i tak długa)

Pradziadek Pradziadek Rozmaitości Obserwuj notkę 21

 

„Solidarność” pojawiła się w moim życiu nagle i niespodziewanie jak miłość od pierwszego wejrzenia. Nigdy dotąd, z wyjątkiem krótkiego epizodu w marcu 1968 r., nie miałem do czynienia z działalnością opozycyjną. Nie działałem w żadnej organizacji ani na uczelni, ani w mojej fabryce, gdzie pracowałem już czternaście lat. Nie pociągała mnie działalność w ZSP i związkach zawodowych, ani tym bardziej w ZMS i PZPR, bo nie miałem tam czego szukać ze swoimi poglądami i omijałem je szerokim łukiem. Niechęć do tych organizacji wyniosłem z domu rodzinnego, a doświadczenia w pracy zawodowej tylko umacniały mnie w słuszności moich poglądów. Jak większość ludzi w tamtych czasach, chętnie słuchałem zagłuszanych radiostacji, zwłaszcza w okresie przesileń, które zdarzały się co kilka lat. Codziennie obserwowałem szarą rzeczywistość i podobnie jak dzisiaj słuchałem oficjalnych komentarzy odmalowujących ją w optymistycznych kolorach. Krytyczny stosunek do tej rzeczywistości był zjawiskiem powszechnym. Coraz więcej ludzi mogło wyjeżdżać za granicę i konfrontować to, co tam widzieli, z tym, co było w kraju i z tym, co słyszeli i widzieli w radio i w telewizji. Było oczywiste, że system się sypał. Braki w zaopatrzeniu były coraz bardziej dokuczliwe i absurdalne. Próbowano temu przeciwdziałać, wprowadzając kolejny absurd – kartki na cukier, a potem na mięso i alkohol. Brakowało środków, zwłaszcza dewizowych, na zakup materiałów do produkcji. Jeżeli coś wzrastało, to tylko niezadowolenie, zadłużenie i chwasty. Dyktatura ciemniaków dożywała swoich dni. Nadchodziła pora głębokich przemian, ale jeszcze nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Tym razem jednak zmiany miały nadejść z dołu, nie z góry, jak zazwyczaj. Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało. Paradoksalnie – informacje najbardziej krzepiące, najbardziej optymistyczne, starano się ukryć, a przynajmniej pomniejszyć ich znaczenie. Informację o wyborze pierwszego Polaka, Karola Wojtyły, na papieża w październiku 1978 r. podano w dzienniku telewizyjnym dopiero po wyczerpaniu tematu wykopków. Relacje filmowe z wizyty Ojca Świętego w 1979 r. pozbawione były ujęć pokazujących tłumy. Gdy wybuchły strajki na Wybrzeżu, a potem na Śląsku i w całym kraju w 1980 r., nazywano je przestojami w produkcji. Słowo strajk nie istniało w mediach. Owocem tych „przestojów w produkcji” były najpierw rozmowy, a potem porozumienia w Gdańsku, Szczecinie i Jastrzębiu. Podstawowym postulatem strajkujących było utworzenie wolnych związków zawodowych. Pamiętam emocje, niepokoje i nadzieje przeżywane w okresie rozmów prowadzonych w stoczniach. Wejdą, czy nie wejdą? – to było pytanie, które najczęściej zadawano sobie w domach. Te niepokoje, jak się okazało po latach, z pełną premedytacją podsycali i wykorzystywali komuniści, których jedyną legitymacją do sprawowania władzy w Polsce były sowieckie bagnety. Cel był zaiste szczytny – zastraszyć strajkujących. Nie wszyscy mogli spać spokojnie. Słuchaliśmy z zainteresowaniem wiadomości radiowych i telewizyjnych po kilka razy dziennie. Nic dziwnego, że z ogromną ulgą przyjęliśmy podpisanie porozumień i zakończenie strajków. Porozumienia, których najważniejszym punktem, a zarazem najtrudniejszym do przełknięcia dla tracących monopol na władzę komunistów, było prawo do tworzenia wolnych związków zawodowych, zaowocowały powstawaniem w całej Polsce komitetów założycielskich NSZZ „Solidarność”.

        Komitet w mojej fabryce powstał na początku września. Od razu nawiązał on kontakt z największymi zakładami pracy w stolicy tworzącymi strukturę ponadzakładową i dzięki temu miała ona swój udział w organizacji Regionu Mazowsze i zapewnione członkostwo w Zarządzie Regionu na prawach członka założyciela. Początkowo „Solidarność” cieszyła się największą popularnością w narzędziowni oraz w pionach głównego mechanika i energetyka, gdzie pracowali niemal wyłącznie mężczyźni. Później przystąpiła do niej niemal cała załoga. Do branżowych związków zawodowych „Metalowców” należało około 200-250 pracowników, do „Solidarności” ponad cztery tysiące. Takie były proporcje. W pomieszczeniach „Metalowców” było pusto i cicho jak w bibliotece podczas wakacji, w lokalu Komisji – tłoczno i gwarno jak na bazarze. Tam kipiało życie. Ludzie przychodzili po bibułę, przynosili nowinki, dzielili się swoimi opiniami, sami pytali o wydarzenia, o których coś zasłyszeli, ale nie do końca we wszystko wierzyli. Przychodzili też po pomoc w swoich sprawach, ale tych było zdecydowanie mniej. Wszyscy byli rozpolitykowani, mówili pełnym głosem, nie szeptem, jak jeszcze niedawno. Nie było tematów tabu. Większość zwracała się do siebie po imieniu. Ten stan wrzenia przypominał mi wydarzenia na Politechnice w marcu 1968 r. To było bardzo ekscytujące.

        Nie pamiętam już szczegółów pierwszych zebrań „Solidarności”. Był to na pewno początek września. Te pierwsze zebrania przypominały pospolite ruszenie. Przychodziło na nie po kilkadziesiąt osób. Zgłaszano na nich postulaty, zażarcie dyskutowano, wyrażano oburzenie, podejmowano decyzje, ale niewiele z tego wynikało, bo nikogo nie rozliczano z realizacji podjętych uchwał. Przychodził kto chciał, bo było to jeszcze przed wyborami i nie przydzielono jeszcze nikomu żadnych funkcji. Wiadomo tylko było, kto jest przewodniczącym Komitetu Założycielskiego i kto do niego należy. Komitet Założycielski nie był w stanie załatwić wielu postulatów omawianych podczas zebrań. Nie potrafił wywalczyć prawa do publikowania informacji związkowych w radiowęźle zakładowym, co było przedmiotem ciągłych sporów z dyrektorem. Niektórzy mieli nawet pretensje do przewodniczącego, że nie wywiązuje się ze swoich obowiązków. Zwolna jednak podczas zebrań wyłaniała się grupa najbardziej aktywnych, którzy wypowiadali się najczęściej i dosyć sensownie. Moją uwagę zwrócił wtedy Arek z pionu głównego mechanika, konserwator urządzeń elektronicznych, student III roku Politechniki Warszawskiej. Wypowiadał się wolno, z namysłem, bardzo rzeczowo. Nie ulegał nigdy emocjom, co w tamtych czasach należało do rzadkości. Poznałem też wtedy Julka z Działu Kontroli Jakości,fizykaz wykształcenia, Janka z pionu głównego energetyka i Janusza – winidurarza z pionu głównego mechanika. Jul posiadł rzadko spotykaną umiejętność wyszukiwania słabych stron pozornie genialnych pomysłów. Gdy wszyscy byli już przekonani, że pomysł jest znakomity lub przynajmniej dobry – on miał wątpliwości.Janek był robotnikiem o silnej osobowości, miał zawsze swoje zdanie i potrafił je bronić. Był aktywny i zaangażowany. Miał bardzo dobrą opinię zawodową. Potrafił też skutecznie bronić interesów swoich kolegów z wydziału.Janusz znany był ze zdecydowanych, emocjonalnych wypowiedzi. Trudno się z nim dyskutowało, bo on jeszcze przed rozpoczęciem rozmowy wiedział, kto jest winien i co powinno się zrobić. Po pewnym czasie zostałem dokooptowany do Komitetu Założycielskiego na wniosek Arka, który był jego członkiem od samego początku. Przed przeprowadzeniem wyborów należało opracować statut i ordynację skrojoną na potrzeby zakładowej organizacji związkowej. Obydwaj z Arkiem uznaliśmy, że jest to zadanie w sam raz dla nas i weszliśmy w skład komisji statutowej. Pamiętam, że w jej skład weszli jeszcze m.in. Jul i Heniek. Prace w komisji statutowej były bardzo czasochłonne, bo wymagały permanentnych dyskusji nad każdym punktem, każdym sformułowaniem. Spotykaliśmy się więc dosyć często po domach i w pracy. I dzięki tych długim dyskusjom i sporom przy dzieleniu włosa na czworo dosyć dobrze się poznaliśmy, a nawet zadzierzgnęliśmy więzy przyjaźni. Tak się szczęśliwie złożyło, że w wyniku wyborów wszyscy spotkaliśmy się w Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” lub Komisji Rewizyjnej, do której wybrano Jula, i odgrywaliśmy w nich wiodącą rolę. W wyborach prezydium Komisji Zakładowej Arek i ja otrzymaliśmy niemal komplet głosów (Arek jednym głosem wyprzedził mnie w rywalizacji o fotel przewodniczącego). Skład prezydium uzupełnił Krzysztof, którego później zmienił Tadeusz. Trzyosobowe prezydium zostało oddelegowane do pracy związkowej. Było to moje pierwsze odejście od zawodu, ale nie miało to dla mnie większego znaczenia, bo wtedy liczyła się tylko „Solidarność”.

W czasach pierwszej „Solidarności” spontaniczna aktywność załogi i niezwykła dynamika wydarzeń zmuszała do udziału w wielu spotkaniach z delegatami i przedstawicielami innych zakładów pracy oraz w zebraniach na wydziałach produkcyjnych. Były więc rozmowy z ludźmi i narady z załogą wydziałów produkcyjnych, częste posiedzenia Komisji Zakładowej i nieco rzadsze nasiadówki z administracją zakładu i dyrektorem. W czasach „Solidarności” inicjatywa spotkań bardzo często wychodziła od załogi. Pamiętam fenomen zbierania postulatów załogi, która po raz pierwszy poczuła, że nie ma knebla w ustach i zaczęła mówić. Zgłaszając swoje postulaty, załoga mojej fabryki wzorowała się na zakładach pracy z Gdańska, Szczecina i Jastrzębia, gdzie podpisano porozumienia, o których było głośno w całym kraju. Łącznie na zebraniach wydziałowych zebrano ponad siedemset postulatów. Postulaty były zaskakująco zróżnicowane: od naprawy okna na IV piętrze w jednym z budynków produkcyjnych po przyspieszenie wydawania paszportów, utworzenie wolnych związków zawodowych i zniesienie cenzury! Później dyrektor powołał Komisję d/s Realizacji Postulatów Załogi, której współprzewodniczyłem wraz z jego zastępcą ds. pracowniczych. Rola Komisji polegała m.in. na oddzieleniu postulatów, które można było zrealizować w fabryce, od tych, które należało przekazać do instytucji zewnętrznych. Najważniejszym jednak zadaniem tej Komisji było wymuszanie realizacji postulatów załogi. Pamiętam, że najwięcej czasu i energii poświęciliśmy, aby doprowadzić do ujawnienia wynagrodzeń dyrektorów. Ta informacja – jak się okazało – była dla wielu najbardziej ekscytująca i w końcu ją otrzymali. Pracując w tej Komisji, miałem okazję zorientowania się w potrzebach ludzi, którzy nie mieli dotąd możliwości swobodnego wyrażania swoich poglądów. Ta wiedza bardzo mi się później przydała.

           Nie zachowały się żadne komunikaty czy uchwały z czasów pierwszej „Solidarności” i nie potrafię sobie przypomnieć zbyt wielu szczegółów z tamte- go okresu. Nie nadużywałem wtedy długopisu. Publikowaliśmy wprawdzie w radiowęźle i na tablicach związkowych krótkie komunikaty z posiedzeń Komisji Zakładowej, ale głównymi źródłami informacji były „Niezależność”
i „Wiadomości dnia”.
Po wyborach Komisji Zakładowej „S” umocniła się pozycja „Solidarności” w fabryce i poprawiły jej relacje z administracją. Bezpośrednio po wyborach zastępca dyrektora ds. pracowniczych upoważnił mnie do nieskrępowanego korzystania z radiowęzła zakładowego i odtąd skończyły się wszelkie spory z dyrekcją. W czasach „Solidarności” nie było ani jednego przypadku wstrzymania publikacji w radiowęźle informacji z moim podpisem i świat się od tego nie zawalił. Nawet mury budynków się nie zarysowały. Wiem to z całą pewnością, bo osobiście sprawdzałem.   

Pamiętam, że byłem odpowiedzialny za kontakty z Regionem i z tego tytułu zostałem automatycznie członkiem Zarządu NSZZ „S” Regionu Mazowsze jako przedstawiciel zakładu pracy będącego członkiem założycielem ponadzakładowej struktury związkowej. Co tydzień jeździłem więc po pracy do siedziby Regionu przy ul. Szpitalnej, by wziąć udział w obradach Zarządu. Nie miałem jeszcze wtedy żadnego doświadczenia w działalności społecznej i w Regionie byłem tylko tłem dla znanych działaczy korowskch, podobnie jak większość przedstawicieli zakładów pracy. Podczas obrad brylowali przede wszystkim doradcy, a mianowicie mec. Jan Olszewski, który imponował mi nie tylko przemyślanymi wypowiedziami, ale i znakomitą polszczyzną, Adam Michnik, Jacek Kuroń i mec. Andrzej Grabiński. Liczył się także głos przewodniczącego Zarządu Zbyszka Bujaka, Wiktora Kulerskiego, również świetnego mówcy, a także Heńka Wujca. Widoczni byli przedstawiciele Huty Warszawa Karol Szadurski, Lech Sokołowski i Seweryn Jaworski, przedstawiciele zakładów wolskich, w tym dwóch panów Knapów. Aktywni byli też Paweł Niezgodzki i Krzysztof Łypacewicz. Dawała się wyczuć rezerwa, z jaką do Michnika i Kuronia odnosili się przedstawiciele zakładów wolskich i Huty Warszawa. Dla mnie te animozje nie były wtedy w pełni zrozumiałe i traktowałem je jako nieporozumienia towarzyskie na tle ambicjonalnym. Później miało się okazać, że byłem świadkiem powstających podziałów politycznych. O ile dobrze pamiętam, mimo zdarzających się utarczek słownych, głos działaczy korowskich był wtedy dominujący. Były to postacie pomnikowe, którym dodawały splendoru odsiadki i histeryczne ataki „Trybuny Ludu” oraz wzmianki w Wolnej Europie i prasie niezależnej o ich działalności. Mieli więc wystarczająco dużo autorytetu dla przezwyciężenia wspomnianych przeciwności. Działając w Regionie, zobowiązałem się do zorganizowania w mojej fabryce punktu kolportażu prasy związkowej dla okolicznych zakładów pracy. I to działało całkiem nieźle. Dostawaliśmy regularnie bibułę, którą sekretarka rozdzielała między emisariuszy Komisji Zakładowych z kilkudziesięciu zakładów pracy. Dzięki temu miałem kontakt z przedstawicielami tych zakładów i z grubsza orientowałem się, co się w nich dzieje. Muszę jednak przyznać, że rozmowy z wysłańcami komisji zabierały mi sporo czasu. Z wydarzeń, które rozegrały się w Regionie, pamiętam spory dotyczące odwołania przez Wałęsę strajku bydgoskiego, po zawarciu kompromisu z władzami w hotelu Solec w Warszawie. Mec. Jan Olszewski, który brał udział w tych rozmowach, bronił decyzji Wałęsy, a głównym jego polemistą był Adam Michnik. W dyskusji tej – moim zdaniem – zdecydowanie górował mecenas. Jego argumenty były znacznie lepiej odbierane przez salę. Decyzja Wałęsy o zawarciu kompromisu była dobrze przyjęta w zakładach pracy, w których zbyt długo trwający stan napięcia spowodowany gotowością strajkową doprowadził do zmęczenia załóg i oczekiwania zawarcia ugody. Michnik jako wojownik oderwany od mas nie był w stanie wyczuć tych nastrojów i stąd jego radykalizm, który nie znalazł poparcia wśród członków Zarządu. Tak to wtedy odczuwałem. Pamiętam też inne zdarzenie z Michnikiem w roli głównej. Zbliżał się termin wyborów do władz „Solidarności” (w czerwcu 1981 r.) i miał on wielką ochotę w nich kandydować. Trudność polegała na tym, że do władz związkowych kandydować mogli – co było oczywiste – tylko członkowie związku. Michnik nie mógł być członkiem związku, bo nie był nigdzie zatrudniony. Żaden dyrektor nie mógł go zatrudnić, bo miał on wilczy bilet. Wtedy wymyślił on fortel w stylu Zagłoby. Podpisał umowę o pracę za symboliczną złotówkę z Komisją Zakładową NSZZ „Solidarność” w jednym z zakładów, bodaj w Górze Kalwarii, i został tam wybrany na delegata. Gdy dowiedziano się o tym w Regionie, okrutnie go zbesztano. Chyba pierwszy raz w życiu widziałem wtedy, jak „moralny autorytet” się czerwieni. Nikt z wypowiadających się w tej sprawie nie pozostawił na nim suchej nitki. Mecenas Jan Olszewski najłagodniej jak tylko mógł, zwracając się do Michnika per „Adasiu”, wytłumaczył mu, że umowę o pracę może podpisać tylko dyrektor, nawet wtedy, gdy chodzi o eksperta Komisji Zakładowej. W ten sposób Adam Michnik został zmuszony do rezygnacji ze swoich ambicji przewodzenia „Solidarności”. Bo gdyby jego fortel się powiódł, miałby z pewnością duże szanse w wyścigu do najwyższych godności w „Solidarności”. Był przecież wtedy jednym z najpopularniejszych działaczy opozycyjnych w całym kraju.

        Pamiętam także okoliczności, w jakich doszło do strajku solidarnościowego bodajże w obronie Janka Narożniaka wbrew intencjom Zarządu Regionu Mazowsze. Były to niespokojne czasy, w których odbywało się wiele spotkań i w Regionie, i w zakładach pracy. W jednym z takich zebrań wziął udział członek Komisji Zakładowej naszej fabryki Janusz i bez upoważnienia Komisji Zakładowej zadeklarował przyłączenie się naszego zakładu do strajku. W dzień czy dwa później podczas nocnego zebrania Zarządu Regionu w jakimś zakładzie pracy na Woli byłem świadkiem zażartej walki Prezydium Zarządu z grupą przedstawicieli kilkunastu warszawskich zakładów pracy o zaniechanie tego strajku. Zarząd Regionu podczas nocnego posiedzenia wyjazdowego chciał za wszelką cenę odwołać decyzję o strajku podjętą bez jego wiedzy. Paru nawiedzonych zapaleńców, wśród których prym wiódł przedstawiciel z Zakładów Wodno – Kanalizacyjnych, bardzo chciało sobie postrajkować i w końcu postawili na swoim. Będący pod silną presją Zarząd wyraził zgodę na przeprowadzenie strajku, ale o ograniczonym zasięgu (z udziałem tylko tych zakładów, które już zadeklarowały swój udział). Znając te fakty z posiedzenia Zarządu Regionu, udało mi się przeforsować w Komisji Zakładowej decyzję o strajku w naszej fabryce o zasięgu ograniczonym do pionu utrzymania ruchu, co praktycznie oznaczało, że produkcja nie została wstrzymana. Nawiasem mówiąc, rozniecanie strajków przez nieodpowiedzialnych działaczy i zmuszanie zarządów regionalnych do ich firmowania było powszechną praktyką. Osobiście podejrzewałem, że przynajmniej niektóre z nich były ewidentną prowokacją wymierzoną w „Solidarność”, bo zbyt częste strajki podrywały autorytet związku i godziły w jego prestiż. A ponadto ułatwiały walkę polityczną przeciwko niemu i uzasadniały użycie siły pod pretekstem walki z anarchią i przywracania porządku.

        Główny ciężar kierowania Komisją Zakładową spoczywał na Arku i na mnie. Nie było w tym nic dziwnego, jako że obydwaj byliśmy oddelegowani do pracy związkowej. Współpraca z Arkiem układała się wyśmienicie. Nigdy nie było między nami jakichkolwiek nieporozumień i darzyliśmy się – jak sądzę – pełnym zaufaniem. Mieliśmy zwyczaj wspólnego roztrząsania ważniejszych problemów, zazwyczaj też razem chodziliśmy do dyrektora, jeżeli była taka potrzeba. Arek był bardzo spokojny i nigdy nie zauważyłem, by komuś udało się wyprowadzić go z równowagi. Miał zmysł analityczny i był obdarzony inicjatywą. Posiadał cechy lidera zespołu i dzięki temu radził sobie nawet z trudnymi partnerami. Uważam, że miał bardzo duży udział w sukcesie Komisji Zakładowej, która w czasach rewolucji nie tylko uniknęła awantur i samoistnych strajków, lecz także potrafiła doprowadzić do przeszeregowań na niewielką skalę. Do tych przeszeregowań doszło zresztą zupełnie przypadkowo. Pewnego razu podczas spotkania z dyrektorem wspomnieliśmy mimochodem o postulatach płacowych zgłaszanych w niektórych zakładach pracy. Przy okazji powiedziałem, że dobrze byłoby pomyśleć o podwyższeniu wynagrodzeń u nas i uprzedzić w ten sposób ewentualne żądania pracowników, które z reguły są bardzo wygórowane w porównaniu z możliwościami zakładów. Bez większej wiary w sukces wyraziłem obawę, że jeżeli nie uda się Komisji Zakładowej NSZZ „S” załatwić żadnych przeszeregowań, to może się zdarzyć, iż zostanie odwołana przez niezadowolonych związkowców, a na jej miejsce przyjdą radykalni działacze, którzy zamiast rozmawiać będą wymachiwać dyrektorowi pięściami przed nosem. I skończy się Wersal. Po kilku dniach zadzwoniła do mnie z gratulacjami kierowniczka Działu Rachuby i Płac. A jaki jest powód tych gratulacji? – spytałem. To pan nie wie? – odpowiedziała, pytając. Dyrektor kazał mi przeanalizować możliwość podwyższenia płac, żeby pana nie odwołali z Komisji Zakładowej. Okazało się więc, że dyrektor potraktował serio moją uwagę o możliwości odwołania Komisji i postanowił ratować moją skórę! Pieniędzy wiele nie było, ale starczyło dla części załogi. Przy tej okazji nie mogę nie wspomnieć o pięknym geście prezydium Komisji Zakładowej, które z własnej inicjatywy zrezygnowało z podwyżek płac, mimo że proponował mu je usłużny kierownik Działu Kadr. Po prostu uznaliśmy, że jeżeli nie udało się nam załatwić przeszeregowań dla wszystkich, to nie powinniśmy być w grupie wyróżnionych. Po wielu latach dopiero miało się okazać, że takie gesty możliwe były tylko w czasach pierwszej „Solidarności”. Dzięki umiejętnemu kierowaniu jedną z największych organizacji związkowych w Warszawie udało się nam uniknąć drastycznych czystek w stanie wojennym, które zdarzały się w innych zakładach. Były wprawdzie trzy przypadki internowania naszych pracowników, ale administracja zakładu nie miała z tym związku, a dyrektor i komisarz wojskowy występowali nawet o ich uwolnienie. Mam świadomość, że niektórzy działacze związkowi uważają, że zarząd jest tym lepszy, im bardziej jest konfliktowy. My jednak staraliśmy się być przede wszystkim skuteczni i realizować postulaty załogi, co wymagało elastyczności w kontaktach z administracją. A że po drugiej stronie znaleźliśmy partnerów, którzy często myśleli podobnie, więc obywało się bez awantur. Nasza postawa została oceniona pozytywnie w wyborach delegatów na Zjazd Delegatów Regionu Mazowsze w 1981 r. Zarówno bowiem Arek, Jul i ja zostaliśmy wybrani zdecydowaną większością głosów.

 

Pradziadek
O mnie Pradziadek

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (21)

Inne tematy w dziale Rozmaitości