Stan wojenny był czyśćcem „Solidarności”. Dopiero w warunkach rzeczywistego zagrożenia można się było przekonać o autentyczności deklarowanych przekonań przez niektórych członków związku. Obok szlachetnych, heroicznych postaw zdarzały się przypadki podłych zachowań, których nie dało się wytłumaczyć samym strachem. Niektóre z nich wychodzą na jaw dopiero po trzydziestu latach dzięki IPN. Chociaż nie można powiedzieć, by reakcje negatywne przeważały nad szlachetnymi. Opór przeciwko stanowi wojennemu był przecież powszechny. Z wojskowego punktu widzenia moment uderzenia wybrano bez zarzutu. Zaskoczenie było kompletne, mimo pojawiających się przecieków. Praktycznie w ciągu jednej nocy rozbito dziesięciomilionową organizację i zepchnięto ją do podziemia. Ogłoszono godzinę policyjną. Ustała krzątanina w Regionie. Za to na ulicach pojawiły się czołgi, patrole policyjne i wojskowe, grzejące się na ulicach przy żarzących się koksownikach. Rozpędzono nawet Kongres Kultury Polskiej. Internowano kilkanaście tysięcy działaczy związkowych i ludzi kultury, którzy jawnie deklarowali poparcie dla „Solidarności”. Krwawo spacyfikowano Kopalnię Wujek, by zastraszyć obrońców „S” i wybić im z głowy pomysły dotyczące przeprowadzenia strajków w innych zakładach pracy. Przerwano łączność telefoniczną. Zakazano druku prasy, w tym „Tygodnika Solidarność”, do którego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Bez żalu pożegnałem się tylko z telewizją, za którą nigdy nie przepadałem.
Z naszych kolegów najbardziej w stanie wojennym ucierpieli Janek i Janusz – członkowie Komisji Zakładowej NSZZ „S” z najbardziej męskich pionów głównego energetyka i głównego mechanika. Janek to barwna postać i warto poznać jego historię. Wspomniałem już, że był on robotnikiem o silnej osobowości, bardzo aktywnym i zaangażowanym i że miał bardzo dobrą opinię zawodową. To z jego inicjatywy proboszcz pobliskiej parafii odprawił mszę św. w naszej fabryce i poświęcił miejsca pracy pracowników jego wydziału i narzędziowni. Do realizacji tego przedsięwzięcia Janek nie angażował Komisji Zakładowej „S”. Praktycznie załatwił to sam. A przecież za komuny nie było to wcale łatwe. Dla jego kolegów z pionu głównego energetyka było to bardzo ważne wydarzenie, bo wykonywali niebezpieczne prace i byli najbardziej narażeni na wypadki, nawet te najgroźniejsze. Bardzo go ceniłem za jego aktywność i umiejętności. Pracował w ruchu ciągłym, ale potrafił znaleźć czas w 1981 r. na udział w uroczystościach Święta Niepodległości Polski, odbywających się przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Pamiętam, że gdy dochodziliśmy do Grobu, on trzymał olbrzymi wieniec, kupiony z funduszy związkowych. Gdy zbliżał się moment położenia wieńca, odwrócił się do mnie i, wręczając mi go, powiedział, że to ja powinienem go położyć, bo jestem szefem. Gdy ogłoszono stan wojenny, to właśnie on, schodząc o godz. 6 rano ze zmiany, przyszedł po mnie do domu. Od niego dowiedziałem się, co się stało w nocy z 12 na 13 grudnia 1981r. Razem z nim i Arkiem poszliśmy do fabryki ratować, co się dało. Janek nie mógł się pogodzić z decyzją o wprowadzeniu stanu wojennego i postanowił ostro zaprotestować. Bez żadnych konsultacji z kimkolwiek zamknął się w rozdzielni wysokiego napięcia i groził, że wyłączy zasilanie całej fabryki, gdyby komuś przyszło do głowy włamywać się do środka. Sytuacja była bardzo poważna. W gabinecie dyrektora siedział sztab oficerów pod dowództwem jakiegoś pułkownika, który zamierzał usunąć Janka z rozdzielni wysokiego napięcia. Było to przed masakrą w kopalniach i chyba nikt nie zdawał sobie jeszcze sprawy z konsekwencji rozwiązań siłowych. Wyłączenie energii w całej warszawskiej części fabryki mogłoby doprowadzić do zniszczenia bardzo drogiego wyposażenia i poważnych strat finansowych. Mogliby za to Janka wpakować na długie lata do więzienia. A on był tak zdeterminowany, że nie trafiały do niego żadne argumenty. Podjąłem się, że namówię go do opuszczenia rozdzielni pod warunkiem, że nie zostaną wyciągnięte wobec niego żadne konsekwencje. Pułkownik dał mi godzinę na rozmowę. Gdy poszedłem do rozdzielni, Janek wpuścił mnie do siebie dopiero po dłuższych namowach. Nie pamiętam już szczegółów rozmowy. Pamiętam jednak, że pierwsze moje podejście skończyło się fiaskiem. Dopiero po drugiej rozmowie, na którą również uzyskałem zgodę komisarza wojskowego, udało mi się namówić Janka do wyjścia z rozdzielni. Okazało się, że wojskowi dotrzymali danego mi słowa i Janka nie spotkały w fabryce żadne szykany za jego donkiszotowską szarżę na początku stanu wojennego. Ale Janek długo nie wytrzymał, bo był to typ wrażliwego na ludzkie krzywdy harcownika, który nie był w stanie bezczynnie siedzieć w miejscu. Chciał działać, by pomóc tym, którzy znaleźli się w potrzebie. Jeszcze w grudniu rozwiesił na wydziałach kartki z wezwaniem do pracowników, by zgłaszali do niego wszelkie przypadki szykanowania ludzi po wprowadzeniu stanu wojennego. Na kartkach tych podał swoje nazwisko i numer telefonu. Pierwszymi, którzy się do niego zgłosili, byli funkcjonariusze SB. Janek wylądował w „internacie” w Białołęce. Próbowałem go stamtąd wyciągnąć. Nękałem w tej sprawie dyrektora i komisarza wojskowego, obiecując, że roztoczę „ojcowską” kuratelę nad Jankiem, gdy tylko powróci do pracy. Prosiłem również o interwencję zastępcę dyrektora ds. utrzymania ruchu, w którego pionie pracował Janek. Muszę przyznać, że wszyscy oni życzliwie podeszli do moich próśb i obiecali pomoc. I rzeczywiście, Janek powrócił do pracy po trzech miesiącach. Był jednak już pod kuratelą nie moją, lecz SB. Przyznał mi się, że ciągają go na przesłuchania i namawiają do emigracji. Początkowo nie chciał o tym słyszeć. Ale najwyraźniej ci, co chcieli go namówić do wyjazdu, postanowili być skuteczni za wszelką cenę. Pewnego razu ktoś go pobił przed domem w taki sposób, że miał uszkodzone mięśnie twarzy i pozostał mu trwały skurcz po tym zdarzeniu. Janek dowiedział się, że była to forma perswazji, by dał się namówić do wyjazdu. Grozili mu, że wiedzą, gdzie znaleźć jego dziecko i żonę. W końcu się załamał i postanowił wyjechać z rodziną do Australii. A tak bardzo by się przydał wtedy, gdy zaczęliśmy działać w samorządzie. Brakowało nam w radzie robotników z krwi i kości. A takim był Janek. Janek, którego gotów jestem uznać za prawdziwego bohatera „S” w naszej fabryce.
Wyjazd Janka miał chyba związek z nieudaną próbą kradzieży butli z wodorem w 1982 r. Ktoś wpadł na pomysł napełnienia baloników z napisami przypominającymi o „Solidarności” i wypuszczenia ich podczas demonstracji pierwszomajowej w stanie wojennym. Wodór o ciężarze właściwym mniejszym od ciężaru właściwego powietrza świetnie się do tego nadawał, bo baloniki nim wypełnione mogłyby unosić się bardzo długo w powietrzu i byłyby praktycznie nie do zniszczenia. Ale próba kradzieży butli, w którą był zamieszany również Janusz, spaliła na panewce. Zarówno Janusz, jak i Janek zostali wyrzuceni z pracy, bo usiłowano im przypiąć łatkę terrorystów kradnących z zakładu niebezpieczne materiały wybuchowe. Janusz dla celów obrony wymyślił wersję, w myśl której wodór był mu potrzebny do wykonania „fuchy” i uparcie się jej trzymał. Aby skruszyć jego opór, milicja podobno brutalnie go pobiła, rozbierając go uprzednio do naga i przykuwając kajdankami do kaloryfera. Ale Janusz był twardy i nie uległ takiej „perswazji”. Po kilku rozprawach w sądzie udało się go przywrócić do pracy m.in. dzięki wydatnej pomocy i zaangażowaniu Marka, przewodniczącego powołanej w stanie wojennym Komisji Socjalnej, który na własną rękę przeprowadził prywatne śledztwo i bronił Janusza z poświęceniem, do jakiego są zdolni tylko ludzie działający bezinteresownie. Janek już wtedy nie chciał, by go bronił Marek, bo chyba oswoił się już z myślą o emigracji. A Janusz po powrocie do fabryki niedługo cieszył się pracą. Trafił niebawem do szpitala z chorobą nowotworową i po ciężkich cierpieniach zmarł. Nie jest wykluczone, że do jego kłopotów ze zdrowiem przyczyniły się metody prowadzenia śledztwa stosowane w stanie wojennym.
Dzięki przytomnej interwencji Janka, który schodząc z nocnej zmiany, pierwszy dowiedział się o wprowadzeniu stanu wojennego i w niedzielę rano ściągnął Arka i mnie do zakładu, udało nam się uratować zbiory biblioteki wydawnictw niezależnych. Korzystając z zawartych w Regionie znajomości, wydawnictwa te gromadziłem w Komisji Zakładowej, wybierając najcenniejsze pozycje z otrzymywanych dostaw. Muszę jednak przyznać, że niewiele osób korzystało z tej unikatowej biblioteki. Wszystkie te wydawnictwa zmieściły się w dwóch śpiworach, które były przygotowane na wypadek strajku. Śpiwory z książkami ukryliśmy z Arkiem wewnątrz drewnianego krzyża, stojącego przy kościele św. Maksymiliana Kolbego na Służewcu. Był to ten sam krzyż, który stał na Placu Zwycięstwa podczas wizyty Ojca Świętego w Warszawie w 1979 r. Moja radość z ukrycia cennego zbioru nie trwała jednak długo. Grając w Sylwestra w brydża u znajomej, dowiedziałem się w wieczornym Dzienniku Telewizyjnym o rzekomym zabezpieczeniu przez odpowiednie służby niebezpiecznego znaleziska w krzyżu, przypadkowo odkrytego przez dzieci. Okazało się, że wiadomość była zaledwie w połowie prawdziwa. Dzieci były tylko zasłoną dymną. Kilka miesięcy później wyszło na jaw, że w komitecie parafialnym była wtyczka, którą udało się namierzyć dopiero po utracie naszego skarbu. Gdy relacjonuję tę wpadkę, przypomina mi się, co było szczytem pecha w stanie wojennym – poszukiwać kontaktu, a trafić na wtyczkę.
I mnie się to właśnie przytrafiło. W lokalu naszej Komisji mimo stanu wojennego mogliśmy się spotykać jeszcze kilka dni, zanim go zamknięto i opieczętowano. Odebrano nam więc lokal, a niedługo potem – po delegalizacji „Solidarności” – pochodzące ze składek związkowych pieniądze. Legalnie zebrane składki od kilku tysięcy członków zgromadzone na rachunku bankowym! Jak by tego było mało, przekazano je neozwiązkom. Była to specyficzna operacja finansowa łącząca złodziejstwo z korupcją i upodleniem niewielkiej grupy osób dobranych na zasadzie negatywnej selekcji. Było tego ponad 700.000 zł – równowartość kilkudziesięciu dobrych pensji lub co najmniej pięciu maluchów w cenie rynkowej. Nie odebrano mi jednak wszystkich atrybutów „S”. Przepustki z zaznaczonym stanowiskiem wiceprzewodniczącego NSZZ „S” używałem jeszcze co najmniej rok, a angażem na to stanowisko cieszyłem się niewiele krócej. Znaczek „S” nosiłem w zakładzie do października 1984 r.,
cdn.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)