Pradziadek Pradziadek
349
BLOG

„Solidarność” w mojej fabryce (cz. III, stan wojenny)

Pradziadek Pradziadek Rozmaitości Obserwuj notkę 10

Pamiętam doskonale pewien wstydliwy dla mnie i moich najbliższych kolegów Arka i Julka epizod, który miał miejsce podczas pierwszych dni stanu wojennego, a w którym główną rolę odegrał  Wiesiek, wyłoniony na fali odnowy I sekretarz KZ PZPR.  Postanowiłem go opisać nie tylko dlatego, że tylko prawda jest ciekawa, ale także dlatego, że uważam to zdarzenie za jedno z najbardziej zdumiewających, z jakim miałem do czynienia w stanie wojennym w fabryce, a ponadto wspomnienie o nim wciąż mi doskwiera. Te pierwsze dni spędzaliśmy na ciągłych rozmowach w lokalu Komisji Zakładowej „S”, gdzie przesiadywaliśmy do późnej nocy. Dyrektorzy i sekretarze partii też nie patrzyli wtedy na zegarki. Takie to były czasy. Dlatego mieliśmy w tamtych dniach więcej okazji do rozmów i wymiany poglądów na najwyższych szczeblach. Gdy nastał stan wojenny dyrektor zaproponował przeniesienie Arka, Jula i mnie do jednego z instytutów w celu ochrony nas przed spodziewanymi represjami, a może po to, by pozbyć się kłopotów. Istniejąca psychoza zagrożenia wobec masowych internowań i stan naszych umysłów były wtedy takie, a może byliśmy już po prostu zmęczeni, że zatracając rewolucyjną czujność,  przystaliśmy na tę propozycję i chyba już następnego dnia mieliśmy podpisać odpowiednie umowy. Po rozmowie z dyrektorem, gdy Jul poszedł już do domu, skontaktowaliśmy się z Wieśkiem, żeby mu przekazać tę wiadomość i pożegnać się z nim. A wtedy on (I sekretarz KZ PZPR !!!) zareagował tak, jak mógł zareagować tylko prawdziwy przyjaciel i zapytał: „Chłopaki, czy wyście zwariowali? Chcecie zostawić ludzi bez wodzów w stanie wojennym?” Te proste pytania zadziałały jak snop światła, w którym ujrzeliśmy własną, niewyobrażalną głupotę. Nagle stało się dla nas oczywiste, że nie powinniśmy zostawić kilkutysięcznej organizacji związkowej. Co ma być, to będzie! Argument bezpieczeństwa osobistego stał się raptem śmiesznie niepoważny. Pobiegliśmy z Arkiem na górę do lokalu Komisji i zastanawialiśmy się nad uzasadnieniem zmiany dopiero co podjętej decyzji w sprawie przeniesienia. Gdy się już z tym uporaliśmy, nagrałem wypowiedź na dyktafonie i kilka razy ją powtórzyłem. Uzgodniłem z Arkiem, że razem pójdziemy do dyrektora i że to ja „odszczekam” naszą decyzję i przedstawię dyrektorowi uzasadnienie w uzgodnionej formie. I tak się stało. Była już późna noc i dyrektor po wysłuchaniu nas sprawiał wrażenie, jakby nie był do końca przekonany. Zapowiedział, że wrócimy do tej sprawy następnego dnia, jak się wyśpimy, ale my nie byliśmy już zainteresowani tą propozycją. Zostaliśmy więc wszyscy w fabryce razem z Julem i włos nam z głowy nie spadł. Później dopiero miało się okazać, że bezpieczeństwo działaczy „Solidarności” w zakładach pracy zależało w dużej mierze od postawy dyrekcji i sekretarzy partii w stanie wojennym, a my pod tym względem nie mieliśmy powodów do obaw, bo częściej uśmierzaliśmy zatargi niż je prokurowaliśmy. Myślę, że taki stosunek dyrekcji do „S” w stanie wojennym był efektem unikania przed 13 grudnia przez Komisję Zakładową „S” zbędnych konfliktów z administracją zakładu. Nawiasem mówiąc, Wiesiek był dość chętny do zawierania kompromisów i porozumienia ze swoimi równolatkami z „S”, czyli z nami, w czasach pierwszej „Solidarności”, a nawet wykazywał w tej materii pewną inicjatywę. Najlepiej świadczy o tym zdarzenie, do którego doszło podczas wojny na plakaty prowadzonej z woli najwyższych władz podczas kolejnego przesilenia kilka miesięcy przed wprowadzeniem stanu wojennego. Było to chyba podczas odbywającego się właśnie IX Zjazdu PZPR. Otóż w tym czasie tablice ogłoszeniowe „S” w biurowcu były oklejone plakatami ośmieszającymi PZPR, a tablice firmowane przez KZ PZPR plakatami wykpiwającymi „S”. Wiesiek, ówczesny I sekretarz KZ PZPR, zadzwonił do nas, do Komisji Zakładowej „S”, i zaproponował nam, abyśmy wspólnie zdjęli wszystkie obraźliwe plakaty z tablic ogłoszeniowych. Nie trzeba nam było tego dwa razy powtarzać. Przystaliśmy na jego propozycję i razem (I sekretarz, przewodniczący Komisji Zakładowej NSZZ „S” Arek i ja) zrobiliśmy przegląd tablic na wszystkich piętrach biurowca, zdejmując nieszczęsne plakaty. Jak się jednak okazało, nie można było wspaniałej postawy Wieśka w pierwszych dniach stanu wojennego traktować jako przejawu pozytywnego stosunku do „S” całej organizacji partyjnej, bo był on bodaj pierwszą osobą, która utraciła wysokie stanowisko w naszej fabryce w stanie wojennym i został zmuszony do powrotu do pracy na produkcji.

I jeszcze jeden przykład ilustrujący relacje między nowym już, powołanym w stanie wojennym I sekretarzem KZ PZPR i przedstawicielami Tajnej Komisji Zakładowej zdelegalizowanej już „Solidarności” w mojej fabryce. Przypomnę, że nosiło się u nas znaczki „S” w stanie wojennym i z identyfikacją jej sympatyków nie było najmniejszych problemów. Nikt też nie mógł mieć najmniejszej wątpliwości, jaką rolę odgrywałem wtedy w zakładzie poza wykonywaniem obowiązków technologa. Chodziłem przecież nieraz do dyrektora i komisarza, by bronić swoich internowanych kolegów. Otóż w czerwcu 1983 r., podczas wizyty Ojca Św. w Polsce, miało miejsce zdarzenie, które mnie mocno podbudowało i dało pewne podstawy do optymizmu. Zwróciłem się wtedy z wnioskiem do dyrektora, żeby wyraził zgodę na transmisję wszystkich mszy św. w radiowęźle zakładowym. Dyrektor odpowiedział mi wtedy, żebym zwrócił się w tej sprawie do I sekretarza KZ PZPR. Zapowiedział też, że jeżeli I sekretarz nie będzie się temu sprzeciwiał, to on wyrazi zgodę na moją propozycję. Byłem zdziwiony, że dyrektor nie tai przede mną ograniczeń swoich kompetencji. Myślę, że nawet jeżeli miał jakieś wątpliwości, powinien sam je wyjaśnić w rozmowie z I sekretarzem, a nie obciążać tym mnie, bo postępując w ten sposób, sam podrywał swój autorytet. Na szczęście I sekretarz nie robił ceregieli i – podczas rozmowy telefonicznej ze mną – podjął samodzielnie decyzję bez odwoływania się do woli Komitetu. Był to najwyższy czas, bo już za chwilę miała zacząć się pierwsza transmisja. Kilka minut później w radiowęźle zapowiedziano transmisję mszy św. i homilii, które były pokrzepieniem i nadzieją dla wielu z nas. Homilie papieskie wygłaszane w radiowęźle zakładowym w okresie zawieszenia stanu wojennego, były dla nas wielkim wydarzeniem, tym bardziej, że papież otwartym tekstem dodawał w nich otuchy sympatykom zdelegalizowanej wtedy „Solidarności”, uznając ich naturalne prawo do zrzeszania się. Chłonąłem te słowa z większym zainteresowaniem, niż publikacje tzw. drugiego obiegu, do których miałem zapewniony stały dostęp. To było doprawdy wspaniałe przeżycie, nieporównywalne z innymi, jakich doświadczaliśmy w tamtych czasach. A przyczyniła się do tego szybka decyzja I sekretarza.

        Już od pierwszych dni stanu wojennego zainteresowała się mną Służba Bezpieczeństwa, którą reprezentowali jacyś dwaj pułkownicy, a przynajmniej tak się przedstawili.  Nie wzywali mnie jednak do swojej siedziby w Pałacu Mostowskich, tylko maglowali mnie w fabryce. Zaczęło się oczywiście od próby nakłonienia mnie do podpisania deklaracji lojalności. Tekst tej deklaracji był jednak tak zredagowany, że nie miałem wątpliwości, o co chodzi. Chodziło nie o lojalność, ale o upodlenie najbardziej aktywnych działaczy „S” i zmuszenie ich w ten sposób do wyłączenia się z działalności w strukturach podziemnych pod groźbą ujawnienia kompromitującej lojalki. Nie pamiętam już dokładnie użytych sformułowań, ale pamiętam, że proponowano mi, abym się podpisał pod stekiem różnych tak bzdurnych oskarżeń pod adresem „S” jakby były żywcem wzięte z „Trybuny Ludu” i „Żołnierza Wolności”. Oczywiście nie mogłem się pod tym podpisać i odmówiłem im złożenia podpisu. Próbowali mnie łagodnie straszyć, że mnie internują, ale w końcu mi się upiekło. Gdy zastanawiam się, dlaczego mi w końcu odpuszczono, dochodzę do wniosku, że ktoś z administracji, a może i z KZ PZPR musiał się za mną wstawić. Faktem jest bowiem, że podczas tych pierwszych rozmów podejmowano mnie niemal z honorami. Żaden z tych pułkowników nie podniósł na mnie głosu, mimo że paradowałem u nich ze znaczkiem „S” wpiętym w klapę, a rozmowy przebiegały bardzo spokojnie. Gdy porównuję te rozmowy z tymi, jakie prowadzone były z moimi kolegami na komendach MO po ich zatrzymaniu, nie mam wątpliwości, że ktoś musiał roztoczyć nade mną parasol ochronny. Pamiętam, że na pierwsze rozmowy do pokoju, w którym podejmowali mnie funkcjonariusze SB, zaprosił mnie jeden z zastępców dyrektora, odpowiedzialny za pion produkcji, w którym pracowałem. Powiedział mi przy tym, żebym się nie denerwował, że wszystko będzie dobrze. Jego słowa można oczywiście uznać za standardowe pocieszenie, ale uratowanie skóry I sekretarzowi  KZ PZPR w 1980 r. mogło mieć dużą wagę. A było to tak.

Jesienią 1980 r., gdy w fabryce funkcjonował jeszcze Komitet Założycielski „S”, na łamach „Trybuny Ludu” ukazał się apel kobiet ze Zduńskiej Woli, który w imieniu załogi naszej fabryki poparł ówczesny
I sekretarz KZ PZPR. Jak doniosła „Trybuna Ludu” z 10 listopada „w apelu, który nie był inspirowany przez żadną z organizacji społeczno – politycznych, czy związkowych, kobieca załoga wezwała wszystkie kobiety i matki w Polsce, aby przyłączyły się do głosu protestu przeciwko tym siłom, które swym nierozsądnym działaniem chcą doprowadzić do zburzenia ładu społecznego kraju”. Czysty przypadek sprawił, że tego samego dnia, „nie inspirowane przez żadną z organizacji społeczno – politycznych, czy związkowych”, kobiety w największym wtedy zakładzie pracy w Warszawie – w FSO – „spontanicznie” poparte przez kobiety innych dużych zakładów pracy, w tym nasz, przyłączyły się do apelu kobiet ze Zduńskiej Woli (o czym doniosła „Trybuna Ludu” następnego dnia na stronie tytułowej). Była to ewidentna antysolidarnościowa heca zorganizowana przez PZPR. Wiadomo było przecież, że w tamtych czasach jedyną siłą, która „chciała doprowadzić do zburzenia ładu społecznego kraju” była „Solidarność”. Na zebraniu delegatów „S” w naszej fabryce, na które poproszono ówczesnego I sekretarza, naciskano na niego, by „odszczekał” słowa wypowiedziane w imieniu załogi. Powstała bardzo nieprzyjemna dla niego sytuacja. Wielu delegatów bez ogródek wypowiadało się, czego oczekują od I sekretarza KZ PZPR. Nie były to bowiem czasy, w których oszczędzano sekretarzy, a niektórzy delegaci chcieli pewnie wypróbować na nim niezwykle popularny wtedy pojazd – taczki. Podczas zebrania siedziałem tak blisko stołu prezydialnego, że widziałem strach w oczach I sekretarza. Zdawałem sobie doskonale sprawę z tego, że wymuszając na nim publiczne odwołanie jego słów, upokorzylibyśmy go i uczynilibyśmy z niego dozgonnego wroga „Solidarności”. Uznałem, że kreowanie wroga z sekretarza partii jeszcze przed wyborem zakładowych władz „Solidarności” byłoby niewybaczalnym błędem i postanowiłem pomóc „S” i sekretarzowi. Poprosiłem o głos i zaproponowałem, by darować mu jego niefortunne wystąpienie w zamian za deklarację, że nigdy nie będzie już wypowiadał się bez upoważnienia w imieniu załogi fabryki. Uzasadniłem to niecelowością robienia z niego wroga „S”. Poparł mnie Arek – późniejszy przewodniczący Komisji Zakładowej „S” i delegaci przyjęli nasz wniosek przez aklamację (w czasach rewolucji często ratowano lub niszczono ludzi na podstawie decyzji podejmowanych jednomyślnie). W ten sposób uratowaliśmy ówczesnego I sekretarza, który później uczestniczył w „ruchach poziomych struktur w partii”, czyli został „poziomką”. Był to reformatorski ruch, zainicjowany przez działaczy średniego szczebla, którzy próbowali wymusić zmiany w polityce partii. Myślę, że pomoc okazana mu przez działaczy „S” w chwili, gdy znalazł się w ciężkich tarapatach, mogła mieć pozytywny wpływ na jego stosunek do zmian, które się wtedy dokonywały. Pamiętam też, że gdy przyszedł czas poważnej próby – strajk bydgoski w marcu 1981 r. – Komitet Zakładowy PZPR pod jego wodzą w naszej fabryce, największym zakładzie pracy w dzielnicy, zatrudniającym wtedy ok. 5 tys. ludzi, ogłosił w radiowęźle zakładowym poparcie dla strajku, co było ewenementem w skali kraju.

 

cdn.

 

Pradziadek
O mnie Pradziadek

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (10)

Inne tematy w dziale Rozmaitości