Pradziadek Pradziadek
502
BLOG

„Solidarność” w mojej fabryce (cz. IV, znaczek „Solidarności”)

Pradziadek Pradziadek Rozmaitości Obserwuj notkę 10

Znaczek „Solidarności” nosiłem od chwili, gdy tylko zaczęto je rozprowadzać w Regionie dzięki przedsiębiorczości jakiegoś rzemieślnika. Najbardziej podobały mi się niewielkie, metalowe znaczki z napisem wygrawerowanym czcionką, zwaną potocznie „solidarycą”. Takie znaczki nosiłem dopóty, dopóki ktoś ich ode mnie nie wycyganił. Później kupowałem następne, jednak nie zawsze były to takie same wzory. Zdarzały się też duże o wymiarach ok. 7cm x 4cm, z napisem umieszczonym na białym tle. Nie były one tak ładne, ale były z daleka widoczne i dlatego używałem ich, gdy wybierałem się na jakieś większe zebrania.

Po wprowadzeniu stanu wojennego, gdy obowiązywał nieformalny zakaz używania emblematów zawieszonego związku, nosiłem początkowo mały metalowy znaczek „S”, a później właśnie taki duży, z namalowaną grubą czarną kreską wzdłuż przekątnej, dla zaznaczenia żałoby po zdelegalizowanej „Solidarności”. Znaczki „S” nosili również inni pracownicy fabryki, ale w miarę upływu czasu ubywało osób demonstrujących w ten sposób przywiązanie do „Solidarności”. Początkowo funkcjonujący u nas komisarz wojskowy nie robił problemów z powodu noszenia znaczków „S”, chociaż na prowincji zdarzały się już przypadki wyrzucania za to ludzi z pracy. Stąd, z dala od silnych ośrodków „Solidarności”, nosiło się w klapie oporniki, w celu zademonstrowania oporu przeciwko władzy. Ale u nas nosiło się znaczki „S”, bez uciekania się do środków zastępczych. Pewnego jednak razu wezwał mnie do siebie komisarz wojskowy w randze pułkownika i zażądał, abym zaprzestał noszenia znaczka „S”, albo przynajmniej nosił mniejszy, bez żałoby. Ponadto chciał, abym skłonił pozostałych członków związku w Zakładzie, by zaniechali tego zwyczaju. Odpowiedziałem mu wtedy, że istnieje obiektywna trudność w sprostaniu jego oczekiwaniom, ponieważ zlikwidowane zostały wszystkie punkty sprzedaży znaczków „S” i nie mam gdzie kupić mniejszego znaczka. Ponadto zwróciłem mu uwagę, że dekret o stanie wojennym nie zakazuje noszenia znaczków, a przypadki represji z tego tytułu biorą się zapewne z niewiedzy i nadgorliwości niekompetentnych urzędników. Na zakończenie poprosiłem go o wskazanie mi podstawy prawnej żądania zaprzestania noszenia znaczka „S”. Ponadto użyłem nieco demagogicznego argumentu, a mianowicie, że ani od niego, jako oficera LWP, ani ode mnie, jako oficera „Solidarności”, nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien oczekiwać, że będziemy namawiać swoich szeregowych do porzucenia wszelkiej myśli o zwycięstwie. Po pewnym czasie pan pułkownik wezwał mnie do siebie ponownie i przekazał informację, za którą będę mu wdzięczny do końca życia. Otóż, szukając oczekiwanej przeze mnie podstawy prawnej zakazu noszenia znaczków „Solidarności”, znalazł on podstawę ... odmowy zdjęcia tego znaczka! A najważniejsze, że mi o tym powiedział. Okazało się, że bodajże generał Dębicki, sprawujący funkcję prezydenta Warszawy w stanie wojennym, zalecił w formie pisemnej, by nie represjonować osób noszących znaczki „S”. Nic więc dziwnego, że po raz pierwszy poczułem sympatię do przedstawiciela Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (WRON) w naszym Zakładzie. Nigdy więcej ów pułkownik nie molestował mnie już w sprawie noszenia znaczków „S” i muszę przyznać, że mam powody, by darzyć go szacunkiem za jego postawę w tamtych trudnych czasach.

Nosiłem więc znaczek „S” przypięty do służbowego fartucha, który zakładałem, gdy przychodziłem do pracy. Kiedy wychodziłem z pracy, wieszałem mój fartuch na wieszaku, na którym były również inne fartuchy. Pamiętam zabawną sytuację, jaka zdarzyła się kiedyś ze znaczkiem „S” w roli głównej. Przyszedłem do pokoju w połowie dnia, bo byłem parę godzin w narzędziowni, gdzie uzgadniałem wymagania na jakieś wykrojniki. Nie mogłem znaleźć mojego fartucha, a był mi akurat potrzebny, bo ktoś wzywał mnie na produkcję, żebym ustalił warunki procesu dla wyrobu, którym się opiekowałem. Wreszcie się poddałem i założyłem nie swój fartuch, bo nie mogłem już dłużej zwlekać. Gdy wróciłem do pokoju, spotkałem pewnego kierownika działu w moim fartuchu, wracającego z wielogodzinnej narady. Gdy zwróciłem mu uwagę, że nałożył mój fartuch, początkowo nie chciał w to uwierzyć. Ale gdy pokazałem mu mój duży znaczek „S” wpięty w klapę fartucha, nie potrafił ukryć przerażenia. Wyraźnie zbladł, ręce zaczęły mu się trząść, a mój fartuch zdjął z siebie tak szybko, jakby się zaczął na nim palić. Widocznie dopiero wtedy zrozumiał, dlaczego szef podczas narady tak bacznie mu się przyglądał. 

        Po odwołaniu stanu wojennego i odejściu komisarza wojskowego, nadzór nad fabryką zaczęła pełnić Służba Bezpieczeństwa (SB). Dostała swój wydzielony pokoik, do którego od czasu do czasu mnie wzywano i rozmawiano głównie o niczym, a najczęściej ostrzegano przed udziałem w różnych akcjach „S”. Próbowano mnie też kiedyś namówić, żebym się ujawnił, ale bez powodzenia, bo nie miałem ochoty na to, żeby im się zwierzać. Były też rozmowy o noszeniu znaczków „Solidarności”, ale uzbrojony w odpowiednią wiedzę przez komisarza wojskowego, potrafiłem się skutecznie bronić. Trenowałem też na nich stosowanie instrukcji postępowania zalecanej w wydanej w podziemiu broszurze p.t. „Obywatel a Służba Bezpieczeństwa”
i z zadowoleniem konstatowałem, że była ona niezwykle skuteczna. Za którymś razem, gdy zachowali się wobec mnie zbyt obcesowo, a byli wtedy już jacyś młodzi pewnie żądni awansu esbecy, zapowiedziałem im, że nie będę więcej do nich przychodził, jeżeli nie wręczą mi formalnego wezwania z wyraźnym określeniem roli, w jakiej mam występować – w roli świadka, czy też oskarżonego. Wtedy nagle zgodnie pękli i zaczęli mnie przepraszać, tłumacząc się, że pewnie ich źle zrozumiałem. Wreszcie, widząc, że niewiele ze mną ugrają, dali mi spokój. W ten sposób dotrwałem ze znaczkiem „S” w klapie do rozpoczęcia działalności w radzie pracowniczej. Był październik 1984 r., ponad trzy miesiące po wyborach do organów samorządu. Na tydzień przed piątą sesją rady pracowniczej przedsiębiorstwa wezwał mnie do siebie szef mojego Zakładu, w którym byłem zatrudniony, i z polecenia dyrektora naczelnego wydał mi polecenie służbowe zdjęcia znaczka „S”.

        Oczywiście nie zdjąłem znaczka, bo skuteczna obrona prawa do jego noszenia przez niemal trzy lata w okresie stanu wojennego i później umacniała mnie w przekonaniu, że racja jest po mojej stronie. Powiedziałem o tym pewnemu doktorowi prawa, który doradzał już nieformalnie mojej radzie pracowniczej. Nasz ekspert stanowczo doradzał mi jednak zdjęcie znaczka „S”. Uważał, że noszenie przeze mnie znaczka ułatwi ataki na Radę. Nie mogłem, czy też nie chciałem się zgodzić z jego opinią w tej sprawie, bo czułem się bardzo przywiązany do „S”, a demonstrowanie tego przywiązania z racji pełnionej funkcji w zdelegalizowanym bezprawnie związku zawodowym uważałem za swój obowiązek. Nie pamiętam już argumentów, jakich używał nasz ekspert, namawiając mnie do zdjęcia znaczka, ale pamiętam, że nasza rozmowa trwała bardzo długo, zanim mnie namówił. Postawiłem wtedy jednak warunek. Zdjęcie przeze mnie znaczka nie mogło się odbyć cichcem, bo nie chciałem, żeby mnie posądzano, że obleciał mnie strach przed dyrektorem. I wtedy powstał pomysł publicznego złożenia oświadczenia, w którym miałem przedstawić powody i okoliczności, w jakich doszło do podjęcia decyzji o zaprzestaniu noszenia przeze mnie znaczka „S”. To oświadczenie postanowiłem odczytać w obecności dyrektora podczas najbliższej sesji rady pracowniczej przedsiębiorstwa i złożyć je do protokołu. I tak się stało. Oświadczenie ułożył i podyktował mi nasz ekspert, a ja akceptowałem je bez żadnych poprawek. Oto jego treść bez żadnych skrótów poza pominięciem nazwiska mojego szefa i nazwy przedsiębiorstwa:

        „W dniu 17 października 1984 roku wezwał mnie mój przełożony
(..) i z polecenia dyrektora naczelnego wydał mi polecenie służbowe zdjęcia znaczka z napisem „Solidarność”. Znaczek z napisem „Solidarność” noszę od okresu przedgrudniowego i do noszenia go nie miał nawet zastrzeżeń komisarz wojskowy w okresie stanu wojennego, po przeprowadzeniu ze mną stosownej rozmowy.

        W związku z powyższym pragnę stwierdzić, co następuje:

1.    Polecenie dyrektora naczelnego jest zupełnie bezprawne, gdyż wkracza
w sferę stosunków czysto osobistych, nie wiążących się ze stosunkiem pracy. Tak samo bezprawne byłoby polecenie dyrektora, abym chodził
w garniturze zamiast w swetrze, jak to leży w moim obyczaju. Żadne przepisy statutowe byłej NSZZ „Solidarność” nie ustanowiły obowiązującego wzoru odznaki związkowej. W związku z tym noszenie znaczka ze słowem „Solidarność” nie może być traktowane jako noszenie odznaki organizacji zakazanej przez prawo.

2.    Sprawa powyższa jest wyraźnie celowo i bezpodstawnie wiązana
z działalnością samorządu (…) i w tej sytuacji, ponieważ wyżej stawiam dobro załogi reprezentowanej przez organa samorządu niż osobiste sentymenty, zaprzestanę noszenia w/w znaczka, ażeby uniemożliwić złośliwe wykorzystywanie tej sprawy przeciwko samorządowi, co nie znaczy, że moje poglądy w tej sprawie uległy jakiejkolwiek zmianie.

Powyższe oświadczenie składam do protokołu obrad Rady Pracowniczej    (…) na wypadek, gdyby w przyszłości chciano wracać do tej sprawy”.

Podczas odczytywania mojego oświadczenia dyrektor miał mocno niewyraźną minę. Członkowie rady pracowniczej wydawali się również zaskoczeni treścią oświadczenia. Dlatego przed złożeniem go do protokołu obrad ktoś zaproponował, żeby ten wniosek przegłosować, co było dla mnie sporą niespodzianką. W wyniku jawnego głosowania rada niewielką większością głosów zdecydowała się jednak przyjąć do protokołu moje oświadczenie. Było to niewątpliwie aktem odwagi ze strony tych, którzy jawnie, w obecności wyraźnie niezadowolonego dyrektora, popierali mnie w sprawie wzbudzającej wtedy tak wielkie emocje.

Najbardziej zdumiewające jest jednak to, co usłyszałem niedawno od byłej przewodniczącej Komisji Zakładowej NSZZ „S” w mojej fabryce w latach dziewięćdziesiątych, która powiedziała mi, że niektórzy myśleli, że jestem ubekiem i dlatego dla niepoznaki nosiłem tak długo znaczek „S”. Musiały to być jednak opinie bardzo odosobnione, bo w tajnych przecież wyborach do rady pracowniczej osiągałem w moim okręgu wyborczym wyniki podobne do tych, z jakimi do Sejmu PRL „wybierano” niegdyś kandydatów przewodniej siły narodu.

cdn.   

 

Pradziadek
O mnie Pradziadek

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (10)

Inne tematy w dziale Rozmaitości