Pradziadek Pradziadek
260
BLOG

„Solidarność” w mojej fabryce (cz.V, ostatnia)

Pradziadek Pradziadek Rozmaitości Obserwuj notkę 8

 Aktywność „Solidarności” w mojej fabryce w stanie wojennym nie ograniczała się oczywiście do akcji przeprowadzonych przez Janka i Janusza, ani do naszych rozmów z administracją . Trzeba jednak przyznać, że nie była ona zbyt duża. Dało się to zauważyć już w pierwszą niedzielę stanu wojennego, gdy razem z Arkiem ratowaliśmy nasze książki zapakowane w śpiworach. Z kilkutysięcznej rzeszy członkowskiej naszej zakładowej organizacji nie było nikogo pod biurowcem i zdani byliśmy na szukanie pomocy wśród przygodnie spotkanych ludzi w pobliskiej parafii. Kontakty w fabryce były wprawdzie początkowo utrudnione, bo na polecenie dyrektora wyłączono telefony wewnętrzne, ale nie trwało to zbyt długo. Aktywność niektórych członków Komisji Zakładowej pozostawiała sporo do życzenia, a ponadto jej kilku członków wyemigrowało, np. Leszek reprezentujący administrację biurowca wyjechał do USA, Arek, na którego tak bardzo liczyłem, wyjechał do Niemiec, a Paweł do Kanady. Janka, jak już wspomniałem, zmuszono do emigracji do Australii. Z uwagi na charakter moich obowiązków zawodowych, bo po zawieszeniu „S” ponownie zostałem technologiem, najłatwiejszy kontakt miałem z członkami „S” z mojego okręgu wyborczego i z Narzędziowni. Dosyć szybko zaczęliśmy w gronie zaufanych ludzi zbierać składki i rozprowadzać bibułę, a także komentować wydarzenia w kraju. W związku z ubyciem kilku najaktywniejszych członków Komisji Zakładowej i spadku aktywności wielu innych oraz utrudnień w łączności telefonicznej mapa oporu „Solidarności” w fabryce przypominała skórę tygrysa, podobnie jak końcowa faza wojny w Wietnamie. Nie było jednolitego zorganizowanego frontu oporu tylko porozrzucane po całym zakładzie ogniska oporu zorganizowanych sympatyków „S”.
Nie pamiętam dokładnie kiedy, ale było to na pewno na początku stanu wojennego, umówiono mnie na spotkanie w jakimś mieszkaniu z ludźmi z Regionu, z którymi obmyślaliśmy sposoby postępowania w warunkach konspiracji. Omawialiśmy m.in. sposób zbierania funduszy na pomoc wyrzuconym z pracy i rodzinom internowanych, a także na prasę podziemną. Zwróciłem wtedy uwagę na konieczność opracowania procedury rozliczania odprowadzanych pieniędzy. W wyniku dyskusji podczas tego spotkania powstała koncepcja potwierdzania wpłat w „Tygodniku Mazowsze”. Ustaliliśmy, że publikowane będą przekazane kwoty odprowadzonych składek wraz z hasłem grupy, która je odprowadzała, np. wierni – 500. Dzięki takiemu rozwiązaniu osoba zbierająca składki mogła rozliczyć się z zebranych pieniędzy, okazując opublikowaną w „Tygodniku” kwotę pod hasłem znanym tylko wtajemniczonym, płacącym składki. Taki sposób rozliczeń umożliwiał rzetelne rozliczanie się z zebranych składek i zapobiegał nadużyciom, do których mogło łatwo dojść w warunkach konspiracji. Po pewnym czasie zauważyłem z niemałą satysfakcją, że taki sposób potwierdzania wpłat zaczęły stosować również inne pisma podziemne. System ten umożliwiał rozliczanie jedynie osób zbierających składki, ale nie tych, którzy nimi dysponowali. Wtedy wydawało mi się, że najważniejsze jest, by nie dochodziło do nadużyć w zakładach pracy, bo sam przecież też zajmowałem się odprowadzaniem składek z mojego otoczenia. Nie wyobrażałem sobie, by mogło dojść do nadużyć o szczebel wyżej, tzn. przy rozdysponowywaniu funduszy związkowych pochodzących ze składek i ofiar przekazywanych również z zagranicy. A jednak okazało się, że byłem naiwny, bo dotychczas ta sprawa nie została załatwiona, a wszelkie pytania w tej sprawie kwitowane są z reguły milczeniem lub świętym oburzeniem, mimo że wtajemniczeni wiedzą o wielu fortunach zbudowanych na przemycanym sprzęcie drukarskim i druku wydawnictw niezależnych, które rozchodziły się jak świeże bułeczki.

Podstawowym pismem podziemnym rozprowadzanym w fabryce był „Tygodnik Mazowsze”. Docierał on do nas różnymi kanałami budowanymi często przez szeregowych członków związku. Czytało się także KOS, Tygodnik Wojenny, Niepodległość i coraz więcej książek, głównie z wydawnictw „NOWA” i „Krąg” . To właśnie w czasach „S” i w stanie wojennym miałem okazję pierwszy raz w życiu wziąć do ręki Orwella, Pobóg – Malinowskiego
Stanisława  Mackiewicza i Zarembę. Ale dominowały wydawnictwa, jak się później okazało, z jednej opcji  politycznej – NOWA, Krąg i Tygodnik Mazowsze, który przepoczwarzył się później w Gazetę Wyborczą. Tym chyba należy tłumaczyć, że tak wielu ludzi z pięknymi życiorysami z czasów „Solidarności” jest związanych ze środowiskiem Gazety Wyborczej, która już dawno wyrzekła się dawnych ideałów i zajęła się robieniem dealu z dawnymi przeciwnikami. Stąd hołubienie kapusiów, różnych Szczypiorskich, Maleszków i Czajkowskich, walka z lustracją i dekomunizacją, a także obwołanie ludźmi honoru ludzi odpowiedzialnych za wprowadzenie stanu wojennego i ujadanie na polskich patriotów. Sam wiem coś o tym, jak ciężko jest uwolnić się od tego zaczadzenia, bo przejrzałem na oczy dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych.

Podziemne władze związku dla zaakcentowania istnienia i woli oporu zdelegalizowanego związku organizowały krótkie strajki ostrzegawcze upamiętniające rocznice zawarcia porozumień i wprowadzenia stanu wojennego, a także demonstracje uliczne (np. 1 i 3 maja 1982 r.). W miarę upływu czasu akcje te słabły jednak coraz bardziej i miały z roku na rok mniejszy zasięg. Ludzie byli coraz bardziej zmęczeni elementarnymi brakami w zaopatrzeniu i mieli co innego w głowie, niż protesty. Aktywność dramatycznie spadała. Pamiętam, że podczas jakiegoś spotkania ze Zbigniewem Bujakiem w stanie wojennym przekazałem mu te niezbyt krzepiące informacje wywiedzione z obserwacji mojego środowiska. Niemoc związku, nieskuteczność jego protestów i coraz słabszy odzew na apele TKK wzywające do niezbyt przemyślanych akcji były impulsami do poszukiwań innych form aktywności przez tych, którzy mieli jeszcze chęć do jakiegoś działania. Trudno się więc dziwić, że w tych warunkach najaktywniejsi działacze „S” w mojej fabryce wybrali samorząd pracowniczy, który powstał u nas w połowie 1984 r.   

Jedną z najcenniejszych inicjatyw podjętych przez „S” w stanie wojennym były szkolenia działaczy związkowych, czyli ładowanie akumulatorów. Wiedza upowszechniana na tajnych kompletach i nawiązane w ten sposób kontakty przydawały się w działalności konspiracyjnej i rozwijały zainteresowania. Zajęcia z nami prowadzili m.in. Ireneusz Krzemiński, Ryszard Bugaj, Jerzy Ejsymont, Paweł Śpiewak, Gabriel Janowski i Grzegorz Kostrzewa – Zorbas, który spotykał się z nami najczęściej i najdłużej. Warto przy tym pamiętać, że nie było wtedy jeszcze mowy o podziałach politycznych i wszyscy oni byli przyjmowani w podziemiu z jednakowym zainteresowaniem. Bardzo dobrym pomysłem był też teatr domowy. Pamiętam, że byłem kiedyś zaproszony na taki spektakl do mieszkania Ireny Eichlerównej na Mokotowie. Występowali w nim Ewa Dałkowska i Emilian Kamiński. To było wspaniałe przeżycie, zwłaszcza dla ludzi zaangażowanych w działalność podziemną i popierających „Solidarność”. Takie występy bardzo pokrzepiały na duchu, bo umożliwiały bezpośredni kontakt z wolnym słowem. Z podobnych względów tak wiele radości w stanie wojennym sprawiały Radio „Solidarność”  i pojawiające się na ekranach telewizorów sygnały dowodzące istnienia zdelegalizowanej „S” (zwłaszcza podczas konferencji prasowych rzecznika rządu Jerzego Urbana, zwanego Goebbelsem stanu wojennego). Jednak organizacja przedstawień teatralnych dla kilkudziesięciu osób była przedsięwzięciem zdecydowanie trudniejszym i bardziej ryzykownym, niż kilkunastoosobowych kompletów szkoleniowych i były one rzadszym zjawiskiem. Nie sposób nie wspomnieć o sympatii, jaką cieszyli się aktorzy, którzy bojkotowali telewizję za jej haniebną rolę odgrywaną w stanie wojennym. Telewizja, która była reżimową tubą, sączyła antysolidarnościową propagandę i ogłupiała zdezorientowanych ludzi. Chodziło więc o to, by w telewizji było jak najmniej atrakcji przyciągających przed ekrany telewizorów. Taki był sens bojkotu telewizji. Jedna z form bojkotu telewizji przez sympatyków „S” polegała na ustawianiu w porze nadawania dziennika telewizyjnego telewizora na oknie ekranem zwróconym w kierunku ulicy. Bojkot telewizji przez aktorów wymagał poświęcenia z ich strony, bo tracili znaczącą część swoich dochodów, a mimo to konsekwentnie trwali w oporze. Wyrazy sympatii dla nich przejawiały się w organizowaniu zbiorowych wycieczek do teatrów z zakładów pracy i wręczaniu kwiatów występującym tam aktorom po skończonym spektaklu. Sam brałem udział w takich akcjach i stąd je pamiętam. Oczywiście władze stanu wojennego robiły wszystko, by podzielić aktorów i rozbić ich solidarność. W tym celu używały argumentów wymyślonych przez Fenicjan, a także obsypywały posłusznych aktorów różnymi przywilejami. Ci, którzy ulegli pokusom, byli napiętnowani w środowisku aktorskim. Pamiętam znakomitą karykaturę przedstawiającą popierającego reżim Stanisława Mikulskiego vel Hansa Klosa, po którego obydwu stronach stali na widowni Stefan Friedman i Wiesław Michnikowski. Friedman mówił do Michnikowskiego: „Wiesiek, coś mi się wydaje, że my tu robimy za jaja”. Bojkotujący telewizję aktorzy często występowali w kościołach, dopóki nie zniechęcił ich do tego prymas Józef Glemp, co zresztą nie przysporzyło mu popularności. Pamiętam, że w bardzo ograniczonym zakresie uczestniczyłem w organizowaniu kilku takich przedstawień w kościele św. Maksymiliana Kolbego na Służewcu. Byłem łącznikiem między proboszczem parafii i Hanką Skarżanką, która miała znakomite kontakty w środowisku aktorskim. Duże wrażenie wywarły na mnie zwłaszcza występy sprowadzanego przez nią młodzieżowego zespołu Bornus Consort, śpiewającego pieśni barokowe. Występy aktorów w kościołach były poprzedzane homiliami, w których przeważały akcenty patriotyczne.

Trudną do przecenienia rolę w stanie wojennym odgrywał Kościół. Chodzi mi nie tylko o organizowanie pomocy internowanym działaczom „Solidarności” i ich rodzinom, z czego najbardziej znany był w Warszawie Kościół św. Marcina przy ul. Piwnej, a przecież nie tylko on jeden tym się zajmował. I nie tylko o stawiennictwo u władz w ich obronie i dopominanie się o ich uwolnienie, chociaż w niektórych przypadkach takie stawiennictwo bywało efektywne. Chodzi przede wszystkim o dostarczaną strawę duchową, a zwłaszcza wspaniałe, pokrzepiające homilie wygłaszane przez niepokornych księży, często nawet bez aprobaty ich przełożonych. Te homilie były tak ważne, bo docierały do setek tysięcy ludzi. Nigdy nie zapomnę comiesięcznych Mszy św. w Intencji Ojczyzny i homilii księdza Jerzego Popiełuszki wygłaszanych w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu. Ściągały one coraz większe tłumy ludzi, co dowodziło, jak bardzo były potrzebne. Każda homilia obdarzonego wielką charyzmą księdza Jerzego była wydarzeniem i wywoływała wiele komentarzy. Nic dziwnego, że władze robiły wszystko, by temu przeciwdziałać. W „trosce o zachowanie porządku”, na wiele godzin przed tymi mszami, w bocznych uliczkach w pobliżu kościoła ustawiane były milicyjne suki i gromadzono oddziały milicji w pełnym rynsztunku, czasami nawet z działkami wodnymi . Rzecznik prasowy rządu Jerzy Urban starał się zdyskredytować księdza Jerzego, nazywając mszami nienawiści odprawiane przez niego nabożeństwa, nie bacząc na jego hasło: „zło dobrem zwyciężaj”. Mało kto chyba przypuszczał, że władze posuną się do popełnienia morderstwa na kapelanie Huty Warszawa, zwanym też kapelanem „Solidarności”, chociaż instytucja „nieznanych sprawców” funkcjonowała w stanie wojennym i oddawała władzom nieocenione usługi, eliminując fizycznie niewygodnych przeciwników politycznych. A jednak doszło do skrytobójczego mordu w październiku 1984 r. Trzech funkcjonariuszy SB (Piotrowski, Pękala i Chmielewski), członków PZPR, wykonało polecenie służbowe. Sprawa przeniknęła do wiadomości publicznej. W wersji upowszechnianej w tamtych czasach zadecydował o tym przypadek, bo udało się ponoć zbiec z pędzącego samochodu Chrostowskiemu, porwanemu kierowcy księdza Jerzego. Dzięki powstaniu IPN miało się po latach okazać, że postawa Chrostowskiego miała niewiele wspólnego z bohaterstwem. A potem było trzęsienie ziemi w resorcie, w sądzie i cenzurze, bo trzeba było wskazać winnych tak, by nie ujawniać mocodawców, przeprowadzić proces w świetle jupiterów i opublikować wypowiedzi stron, w tym mowy wygłoszone przez mecenasa Jana Olszewskiego. Była to dotkliwa klęska resortu spraw wewnętrznych. Myślę, że martwy ksiądz Jerzy bardziej mu zaszkodził niż żywy. Winnych tej zbrodni dotychczas nie ujawniono, bo trudno uznać wykonawców za jedynych winnych. Dopóki jednak nie zostaną wyjaśnione wszystkie istotne okoliczności morderstwa popełnionego na księdzu Jerzym Popiełuszce, trudno będzie uznać szefa resortu spraw wewnętrznych z tamtych czasów za człowieka honoru, z czym tak bardzo pośpieszył się Adam Michnik. Niestety, wiele wskazuje na to, że nie prędko tak się stanie, bo próby wyjaśnienia  okoliczności zbrodni dokonanej na ks. Jerzym prowadzone i przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego i przez dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego zostały skutecznie zablokowane. Dzięki temu widać przynajmniej, kto rozdaje karty w III RP.

 

Pradziadek
O mnie Pradziadek

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (8)

Inne tematy w dziale Rozmaitości