Pradziadek Pradziadek
328
BLOG

Samorząd w mojej fabryce (cz.I, Narodziny)

Pradziadek Pradziadek Rozmaitości Obserwuj notkę 7

 

Działalność w samorządzie wspominam jako rzecz szczególnie ważną w moim życiu. Miałem dzięki niej wpływ na to, co się działo w mojej fabryce, w której pracowałem od kilkunastu lat. Było to dla mnie istotne, zwłaszcza w czasach, gdy zdelegalizowana była „Solidarność” – moja wielka miłość. Po ponurych czasach stanu wojennego samorząd okazał się oazą demokracji. Pierwszy raz w historii PRL załoga mogła bez żadnych ograniczeń wybrać swoich przedstawicieli i to bynajmniej nie tych, których wskazała partia. Miał on – co w czasach delegalizacji „S” wydawało się brakiem konsekwencji –ustawowo zagwarantowane prawo do wypowiadania się we wszystkich sprawach dotyczących przedsiębiorstwa i jego kierownictwa. Miał także kompetencje kontrolne, inicjatywne a nawet stanowiące. Mógł wchodzić w spory z dyrektorem, a nawet z ministrem, i rozstrzygać je w sądzie na koszt przedsiębiorstwa. To było znacznie więcej, niż można było zrobić w podziemiu. Była to bardzo atrakcyjna oferta dla ludzi czynu. Przy takich szerokich kompetencjach, mając chęć do pracy i trochę doświadczenia w działalności społecznej, można było naprawdę wiele zrobić. Ale początkowo z dużą rezerwą odnosiłem się do wszelkich propozycji udziału w pracach samorządu. Pamiętam, że jeszcze przed zniesieniem stanu wojennego i przed delegalizacją „Solidarności” nowy, powołany w stanie wojennym I sekretarz Komitetu Zakładowego PZPR zaproponował nam jako przedstawicielom zawieszonego wtedy związku zawodowego, by „Solidarność” poparła w fabryce ideę samorządu pracowniczego i stanęła do wyborów. Odmówiliśmy wtedy pod pretekstem, że militaryzacja zakładu stoi w sprzeczności z zasadą 3xS (samodzielność, samorządność, samofinansowanie). Ale tak naprawdę nie mieliśmy jeszcze wtedy wystarczającej wiedzy, by świadomie dokonać wyboru. Ponadto, a może przede wszystkim, upłynęło wtedy zbyt mało czasu od wprowadzenia stanu wojennego i zerwania umów sierpniowych, by znowu zaufać władzy. Pamiętam, że podczas rozmów prowadzonych w KZ PZPR przyrzeczono nam, że Komitet nie będzie forsował idei tworzenia samorządu bez naszej zgody.

Co zdecydowało o zmianie stanowiska Tajnej Komisji Zakładowej „S”? I dlaczego postanowiliśmy wziąć udział w wyborach? Przede wszystkim dlatego, że po delegalizacji „S” KZ PZPR uznał, że nie wiąże go już dane nam przyrzeczenie i wspólnie z dyrekcją doprowadził do ogłoszenia w 1984 r. wyborów do organów samorządu załogi w przedsiębiorstwie. W tej sytuacji zaistniała alternatywa – stać bezczynnie z boku i kontentować się udziałem w coraz słabszych akcjach protestacyjnych „S”, albo skorzystać z okazji i spróbować powalczyć z podniesioną przyłbicą. Na moją decyzję o udziale w wyborach dodatkowy wpływ miała lektura wydanej w podziemiu broszury, w której doradca Zarządu Regionu Mazowsze, późniejszy premier, mecenas Jan Olszewski (znałem go osobiście z racji pełnionych funkcji związkowych), bardzo zachęcał działaczy „S” do udziału w pracach samorządu, używając argumentów merytorycznych, a nie ideologicznych. Jego argumenty oparte na analizie uchwalonych w 1981 r. ustaw o samorządzie załogi oraz o przedsiębiorstwach państwowych przekonały mnie i rozwiały wszelkie moje wątpliwości.

        Trzeba przyznać, że zarówno dyrektor jak i KZ PZPR, a nawet komisarz wojskowy zachowali się przyzwoicie podczas stanu wojennego i nie było w zakładzie czystek związanych z przynależnością do „Solidarności”. Ze znanych działaczy Komisji Zakładowej ubyli Janusz, który zmarł jeszcze podczas stanu wojennego, Janek, którego SB zmusiła do emigracji do Australii, a także jej przewodniczący Arek oraz Leszek i Paweł, którzy na własne życzenie wyemigrowali odpowiednio do Niemiec, USA i Kanady.

Mimo „niewielkich strat w ludziach” w okresie stanu wojennego okazało się, że dramatycznie opadł entuzjazm rewolucyjny i nie było widać zbyt wielu chętnych do działania. Poza Julem i mną, nikt z dawnych działaczy „Solidarności” nie palił się do roboty w samorządzie. Nikt nie był też w stanie przewidzieć, jaki będzie wynik wyborów i jaki będzie układ sił w radzie pracowniczej. Na domiar złego byliśmy zbyt słabi, by wykreować kandydatów i zapewnić im odpowiednie poparcie. Na całe szczęście jeszcze większe kłopoty miała siła przewodnia. W tej sytuacji wybory musiały być wielką loterią. I były.

Wybory do organów samorządu odbywały się w okręgach wyborczych, na które podzielono przedsiębiorstwo. Jako zasadę przyjęto, że każdy zakład wchodzący w skład przedsiębiorstwa bez względu na stan zatrudnienia musi mieć swojego przedstawiciela w Radzie. Ponadto przyznano miejsca w Radzie wydziałom lub pionom zatrudniającym nie mniej niż czterystu pracowników.

Wielozakładowe przedsiębiorstwo państwowe, w którym pracowałem, składało się z pięciu zakładów produkcyjnych sporządzających bilans i było w sposób niezbyt klarowny powiązane z dwoma warszawskimi instytutami. Największym, wiodącym zakładem przedsiębiorstwa była fabryka w Warszawie, zatrudniająca wraz z trzema filiami zamiejscowymi w Łęcznej, Mońkach i Ostródzie ponad 5.000 osób. Dyrekcja warszawskiej fabryki była jednocześnie dyrekcją całego przedsiębiorstwa. Ponadto w jego skład wchodziły Zakład w Koszalinie zatrudniający ok. 1.700 osób, Zakład  w Szczytnie (ok. 700 osób), Zakład w Toruniu (ok. 500 osób) i Zakład Doświadczalny w Warszawie (ponad 250 osób). W sumie było to duże przedsiębiorstwo, zatrudniające w latach osiemdziesiątych, a więc w czasach mojej działalności w samorządzie, łącznie ponad 8.000 ludzi, nie licząc instytutów.

W wyniku wyborów do rady pracowniczej przedsiębiorstwa oprócz mnie weszli m.in. Jul i Zbyszek, których poglądy znałem i na których można było z całą pewnością liczyć. Pozostali członkowie rady nie byli mi tak dobrze znani i poznaliśmy się dopiero podczas toczonych potyczek. W skład rady weszli ludzie o bardzo zróżnicowanych światopoglądach i pozycji w strukturze przedsiębiorstwa. Byli w niej członkowie zdelegalizowanej „S”, neozwiązku i PZPR, w tym jeden członek Komitetu Wojewódzkiego PZPR (z Olsztyna). Był kierownik dużego wydziału produkcyjne go, a nawet główny technolog jednego z zakładów, byli szeregowi technolodzy, kierownicy niższego szczebla, brygadzista i pracownicy administracji. Ta mieszanka była wynikiem ordynacji wyborczej i było to bardzo dobre rozwiązanie, bo umożliwiało radzie ogarnięcie większości problemów, jakimi miała się zajmować. Wszak zgodnie z ustawą o samorządzie załogi mieliśmy prawo do wypowiadania się we wszystkich sprawach dotyczących przedsiębiorstwa i jego kierownictwa. Pamiętam pokusy, jakim początkowo ulegaliśmy, by dzielić się na „my” i „oni”. Ale wybił nam to z głowy pewien socjolog, który doradzał nam nieformalnie jeszcze przed ukonstytuowaniem się Rady. Powiedział nam, że jeżeli chcemy być skuteczni, musimy tworzyć monolit, nie możemy dać się podzielić. Podzielona Rada przegra każdą bitwę. Dlatego – doradzał nam – gdy się wchodzi do rady pracowniczej, legitymację partyjną i sympatie polityczne należy zostawić w szatni. Nie mogłem uwierzyć, że to się uda. A jednak nasz ekspert miał rację. Mieliśmy niebawem okazję się o tym przekonać. Oto w lutym 1985 r. Rada Pracownicza, w której skład wchodzili m.in. członkowie neozwiązków i PZPR, jednomyślnie podjęła uchwałę w sprawie zagranicznych wczasów wymiennych w NRD i CSRS, wnosząc sprzeciw przeciwko decyzji dyrektora przyznającej prawo do korzystania z tych wczasów wyłącznie członkom neozwiązków. Gdy przewodniczący rady ogłosił wynik głosowania poczułem, że mi się spociły oczy. Był to wielki sukces rady pracowniczej, której członkowie „zostawili w szatni” swoją przynależność organizacyjną i zgodnie wystąpili w obronie interesu całej załogi. Warto przypomnieć, że przydzielanie wczasów wymiennych w NRD i CSRS wyłącznie członkom „wronich” związków było powszechnie stosowaną metodą korumpowania ludzi i „zachęcania” ich do wstępowania w ich szeregi. Metoda ta budziła powszechny sprzeciw załóg i była aktem bezprawia, ponieważ wczasy były finansowane z funduszu załogi, a nie z funduszy związkowych. W ten sposób próbowano nagradzać zdecydowaną mniejszość za swoistą „lojalność” wobec władz stanu wojennego, okradając załogę z wypracowanego przez nią zysku. Jak się okazało, było to działanie ewidentnie wątpliwe pod względem moralnym dla wszystkich, bez względu na przynależność. Zalecenia dotyczące takiego sposobu przydziału tych wczasów płynęły z najwyższych szczytów władzy, a mimo to aktywnym radom pracowniczym udawało się temu skutecznie przeciwstawiać.

W moim przedsiębiorstwie istniały dość silne tendencje odśrodkowe. Zakłady zamiejscowe miały niewielki pożytek z przynależności do niego i odczuwały boleśnie brak samodzielności. Stąd zapewne brały się skłonności do opuszczenia wspólnego gniazda, co zaowocowało później jego rozpadem. Aby przeciwdziałać tym tendencjom i stworzyć tym zakładom możliwość oddziaływania na decyzje rady, ustalono, że każdy zakład bilansujący się będzie mieć w składzie prezydium Rady co najmniej jednego przedstawiciela. Najwięcej przedstawicieli w Radzie miała moja fabryka (łącznie z zakładami zamiejscowymi w Mońkach, Ostródzie i Łęcznej) – 12. Trzech przedstawicieli miał zakład koszaliński, dwóch zakład ze Szczytna oraz po jednym zakład toruński i warszawski zakład doświadczalny.

Najważniejszym problemem był wybór przewodniczącego Rady. Było oczywiste, że osobowość przewodniczącego Rady zdecyduje o sposobie jej działania oraz o tym, jak będzie ona postrzegana przez załogę. A właśnie tego, jakie są preferencje większości członków Rady po prostu nie wiedzieliśmy. Zwołaliśmy w związku z tym sesję roboczą (bez udziału dyrektora), podczas której przeprowadziliśmy tajne, indykacyjne głosowanie. Miało ono odpowiedzieć na pytanie, kto ma największe szanse zostać przewodniczącym Rady. W wyniku tego głosowania zebrałem o jeden lub dwa głosy więcej od Zbyszka, a my obydwaj znacznie więcej, niż pozostali kandydaci, co oznaczało, że jeden z nas zostanie przewodniczącym. Po kilku dniach przyszli do mnie Jul ze Zbyszkiem i namówili mnie, żebym nie kandydował na przewodniczącego w oficjalnych wyborach. Kalkulacja była prosta. Mieliśmy do siebie pełne zaufanie, bo obydwaj funkcjonowaliśmy w strukturze Tajnej Komisji Zakładowej „S”. Ja uchodziłem w fabryce za ekstremę „Solidarności”, cały czas nosiłem znaczek „S” i nie należałem do partii, a nawet kiedyś jej mocno podpadłem. W przeciwieństwie do mnie Zbyszek do partii należał i jego kandydatura była z pewnością bardziej strawna dla administracji i KZ PZPR. Ponadto jako członek partii stojący na czele rady mógł pełnić funkcję parasola chroniącego ją przed politycznymi atakami. Miał więc większe możliwości działania ode mnie. Opierając się na tych przesłankach, zgodziłem się na przedstawioną propozycję i nie kandydowałem w wyborach na przewodniczącego. W ten sposób Zbyszek został przewodniczącym rady pracowniczej przedsiębiorstwa I kadencji, zdobywając niemal komplet głosów.
I muszę przyznać, że spełnił pokładane w nim nadzieje. Uważam, że była to decyzja ze wszech miar słuszna. Nigdy bowiem nie miałem do niego żalu o decyzje, jakie wspólnie podejmowaliśmy. Cechowała go odwaga osobista, inicjatywa i konsekwencja w postępowaniu. Z całą pewnością był jednym z głównych autorów sukcesów i popularności rady pracowniczej I kadencji. Również w kontaktach z partią zachowywał się bardzo przyzwoicie i wiem, że niektórzy jego koledzy mieli do niego pretensje o silniejsze więzi z radą niż z przewodnią siłą narodu. Ale trudno im było zdefiniować ich racje, bo Zbyszek potrafił się bronić, wskazując na konkretne zapisy w ustawie o samorządzie załogi. Gdy przypominam sobie sposób postępowania i analizuję niektóre wypowiedzi Zbyszka, uświadamiam sobie, że mówiąc klasykiem, pasował on tak do partii, jak siodło do krowy.

Niedługo po rozpoczęciu działalności przez radę pracowniczą przedsiębiorstwa zaczęły powstawać samorządy w zakładach sporządzających bilans. Dyrektorom niektórych z tych zakładów, np. w Toruniu i w Koszalinie, udało się całkowicie podporządkować sobie rady pracownicze. To podporządkowanie w niektórych przypadkach miało przejawy wręcz humorystyczne. Zachował się nawet opracowany przez dyrektora Zakładu w Toruniu projekt uchwały tamtejszej rady pracowniczej w sprawie rzekomo zbawiennych skutków przystąpienia do Elpolu kontestowanego przez radę pracowniczą przedsiębiorstwa. Okazało się, że toruńska rada pracownicza przyjęła w tej sprawie uchwałę napisaną przez dyrektora, nie zmieniając w niej nawet przecinka. Ustawa o samorządzie załogi przewidywała przekazywanie radom pracowniczym szczebla zakładowego niektórych kompetencji przez rady pracownicze przedsiębiorstw. Rada pracownicza naszego przedsiębiorstwa bez oporów przekazywała wszystkie kompetencje, które mogła przekazać radom w zakładach. Zaczęło się od rady pracowniczej w Koszalinie, a później narodziły się rady pracownicze w Zakładzie Doświadczalnym w Warszawie i w Szczytnie, gdzie przewodniczącym został członek rady pracowniczej przedsiębiorstwa. Narodziny rady pracowniczej szczebla zakładowego w mojej fabryce, która powstała jako ostatnia dopiero w 1986 r., poprzedziło jeszcze powstanie rady pracowniczej w Toruniu. Do rady pracowniczej mojej fabryki zostali wybrani wszyscy najaktywniejsi członkowie rady pracowniczej przedsiębiorstwa, którzy się z niej wywodzili. Wybory do rady pracowniczej warszawskiej fabryki były więc potwierdzeniem popularności rady pracowniczej przedsiębiorstwa i aprobaty załogi dla sposobu jej działania. Trudno było doprawdy wyobrazić sobie lepszą odpowiedź na zarzuty niektórych dyrektorów, że rada pracownicza przedsiębiorstwa działa niezgodnie z interesem załogi. Przewodniczącym warszawskiej rady pracowniczej został Zbyszek, który tak dobrze poczynał sobie w radzie pracowniczej przedsiębiorstwa. O tym, że radził sobie na tym nowym stanowisku równie dobrze, świadczy jego ponowny wybór na przewodniczącego warszawskiej rady pracowniczej także w drugiej kadencji. 

cdn.     

Pradziadek
O mnie Pradziadek

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Rozmaitości