W czerwcu 1984 r. dyrektor przedsiębiorstwa doprowadził do utworzenia Reprezentacji Organizacji Związkowych (ROZ), zawierając z nią porozumienie. Celem zawarcia porozumienia było zapewne uproszczenie procedury konsultowania projektów wymagających uzgodnień ze związkami zawodowymi, których było w przedsiębiorstwie tyle, ile zakładów, a więc 8. Warto przypomnieć, że nowe związki zawodowe, zwane neozwiązkami, powstałe po delegalizacji NSZZ „Solidarność”, ściągały na siebie powszechny ostracyzm i pogardę, a przynależność do nich była uważana za większą hańbę niż przynależność do PZPR. Podstawowy ich człon stanowili byli członkowie związków branżowych, najbardziej konformistyczna część administracji i niektórzy skołowani pracownicy, którzy uwierzyli w ich deklarowane, propagandowe cele. Zapisywały się do nich także najgorsze męty w zakładzie podpadnięte za nadużywanie alkoholu, bo była to jedyna droga do uniknięcia dyscyplinarnego zwolnienia. O istnieniu ROZ rada pracownicza dowiedziała się dopiero z październikowego numeru gazety zakładowej tuż przed I sesją Ogólnego Zebrania Delegatów (OZD). Zrządzeniem losu gazeta ta podczas sesji wpadła w ręce naszego eksperta, doktora prawa z Uniwersytetu Warszawskiego, który dopatrzył się w opublikowanym porozumieniu zapisu naruszającego kompetencje samorządu. Chodziło o przyznanie ROZ „prawa do reprezentowania całej załogi” przedsiębiorstwa, mimo że – zdaniem eksperta – związki miały jedynie prawo do „reprezentacji interesów zawodowych swoich członków”. Prawo do reprezentowania całej załogi miał natomiast – jego zdaniem – samorząd pracowniczy. Było to przyczyną pierwszego sporu między radą pracowniczą i dyrektorem, który zakończył się równie szybko, jak zaczął.Nasz zadziorny ekspert, którego waleczność udzieliła się niemal całej radzie, zaproponował podjęcie uchwały zawierającej wniosek o zmianę niefortunnego zapisu w porozumieniu dyrektora z ROZ. Projekt uchwały, której autorem był nasz ekspert, po długiej, zażartej dyskusji został przyjęty zdecydowaną większością głosów (15 za, 2 przeciw, 2 wstrzymujące się).
Tak się złożyło, że nazajutrz rozpoczęła się I sesja OZD, której głównym punktem obrad była dyskusja nad projektem statutu samorządu załogi. Tuż przed sesją ogłoszono w radiowęźle zakładowym krytyczną opinię ROZ, zawierającą gołosłowne zarzuty skierowane przeciwko projektowi tego statutu połączone z zapowiedzią zgłoszenia sprzeciwu w sądzie. Opublikowanie takiej napastliwej opinii w radiowęźle zapowiadało ostre spięcia podczas obrad. I rzeczywiście było gorąco. Zarzuty w imieniu związku zawodowego przedstawił wiceprzewodniczący ROZ. Był to znakomity domorosły prawnik, który wszystko, co wiedział o prawie, czerpał wyłącznie z własnej wyobraźni, nie kalając swojego umysłu żadnymi lekturami. Najzabawniejszym jego zarzutem skierowanym pod adresem rady pracowniczej było wytknięcie jej, że przy obronie swoich racji wykorzystuje opinie jakiegoś obszarnika. Okazało się bowiem, że ów neozwiązkowiec nie słyszał o współautorze projektów ustaw o samorządzie załogi i o przedsiębiorstwach państwowych doktorze Bronisławie Ziemianinie, na którego się powoływaliśmy, i skojarzył jego nazwisko z przynależnością do obcej mu ideowo klasy obszarników. W efekcie, jego wystąpienie zakończyło się całkowitą kompromitacją, gdyż zarówno ekspert rady, jak i radca prawny przedsiębiorstwa zgodnie wykazali, że niemal wszystkie jego zarzuty są bezpodstawne. Jedyna różnica w ich opiniach sprowadzała się do oceny prawa związku zawodowego do występowania w imieniu całej załogi. Radca prawny utrzymywał, że związki zawodowe reprezentują całą załogę z wyjątkiem kompetencji zastrzeżonych dla samorządu. Natomiast ekspert Rady bronił poglądu, że prawo do występowania w imieniu całej załogi mają wyłącznie organa samorządu, a związki zawodowe reprezentują interesy zawodowe swoich członków. Argumentacja eksperta rady przekonała delegatów, którzy podjęli uchwałę polemizującą z krytyczną opinią ROZ.
Różnica poglądów eksperta i radcy prawnego w ocenie prawa związków zawodowych do występowania w imieniu całej załogi zaowocowała wstrzymaniem przez dyrektora wykonania uchwały rady w tej sprawie, podjętej w przeddzień sesji OZD, w której domagaliśmy się zmiany treści porozumienia dyrektora z ROZ. Po raz pierwszy Rada zmuszona była zwołać w ciągu siedmiu dni sesję, aby zająć stanowisko w sprawie wstrzymanej uchwały, dotyczącej jej kompetencji. Taki termin zwoływania sesji wynikał z procedury rozstrzygania sporów ustalonej w ustawie o samorządzie załogi przedsiębiorstwa państwowego. Zarówno ekspert rady pracowniczej, jak i radca prawny, na których opiniach bazowały stanowiska członków rady i dyrektora, obstawali przy swoich racjach. Po długotrwałej dyskusji zarysowały się trzy możliwe rozwiązania. Kompromisowa propozycja eksperta zakładała zawieszenie decyzji dyrektora wstrzymującej uchwałę rady połączone z jednoczesnym, warunkowym odstąpieniem rady od uchwalenia sprzeciwu i upoważnieniem jej prezydium do uruchomienia sprzeciwu w duchu przegłosowanego indykacyjnie projektu w wypadku zmiany decyzji dyrektora. Druga, popierana przez dyrektora propozycja członka rady reprezentującego Zakład w Szczytnie, polegała na jednoczesnym zawieszeniu uchwały rady i decyzji dyrektora o jej wstrzymaniu. Trzecia propozycja przewidywała wniesienie przez radę sprzeciwu. W wyniku tajnego głosowania zdecydowaną większością głosów przeszła propozycja eksperta rady. W tej sytuacji dyrektor, mając do wyboru zawieszenie swojej decyzji o wstrzymaniu uchwały rady i wejście na drogę sporu, wybrał zawieszenie. W celu zatarcia złego wrażenia, jakie dało się odczuć po ogłoszeniu informacji o istnieniu sporu, opublikowano wspólny komunikat rady pracowniczej i dyrektora wyrażający „przekonanie, że wszelkie konflikty powinny być rozwiązywane w duchu kompromisu”. W komunikacie stwierdzono również, że uchwała rady zawierała „treści opiniodawcze i w związku z tym jej wstrzymanie było niecelowe” oraz że dyrektor zawiesił wstrzymanie uchwały rady „w celu zajęcia ostatecznego stanowiska przez związki zawodowe”. Ukochane dziecko dyrektora ROZ nigdy jednak nie zajęło „ostatecznego stanowiska”, bo po kilku miesiącach odeszło w niebyt. Stało się to za sprawą uchwały rady pracowniczej, która uznała, że nie ma „podstaw prawnych współpracy z ROZ, gdyż nie jest to organ statutowy przewidziany ustawą o związkach zawodowych”.
Prawdopodobnym skutkiem krótkotrwałego sporu kompetencyjnego była korzystna dla związków nowelizacja ustawy o związkach zawodowych, które były zdecydowanie bliższe ideowo ekipie sprawującej władzę niż samorządy pracownicze, łatwiejsze do zdominowania przez wrażą „Solidarność”. Dyrektor wysłał bowiem do Komisji Sejmowej ds. Samorządu Pracowniczego pismo w celu zasięgnięcia jej opinii w sprawie zaistniałego sporu. Omówił w nim przyczynę sporu między organami samorządu, dyrektorem i ROZ, przedstawiając w nim stanowiska zainteresowanych stron. Odpowiedź
z Sejmu nie nadeszła, ale 24 lipca 1985 r. została znowelizowana ustawa o związkach zawodowych. Zmiana polegała na przyznaniu związkom zawodowym prawa do reprezentowania interesów zawodowych pracowników, zamiast – jak było dotąd – interesów członków związku. W ten sposób Sejm przyznał pośrednio rację naszej radzie pracowniczej. Gdyby dyrektor w tym sporze kompetencyjnym miał rację – zmiana nie byłaby przecież potrzebna. Było to jednak zwycięstwo o smaku gorzkim jak piołun.
Kontakty na wysokich szczeblach miał nie tylko dyrektor, ale także my. Przewodniczący naszej rady, Zbyszek, również wysłał pismo z zapytaniem dotyczącym sporu kompetencyjnego, tyle że do prof. dr. hab. Ludwika Bara, współautora ustawy o samorządzie załogi, przewodniczącego Zespołu X Rządowej Komisji ds. Reformy Gospodarczej. Dyrektor wstrzymał publikację komunikatu Zbyszka, zawierającą odpowiedź profesora w tej sprawie korzystną dla rady. Przyznaję, że mam duże trudności w znalezieniu właściwego określenia takiego postępowania dyrektora, by było ono wystarczająco precyzyjne, a zarazem nie naruszało jego czci.
Odpryskiem sporu kompetencyjnego był spór spowodowany wstrzymaniem przez dyrektora publikacji nagrania kompromitującej wypowiedzi wiceprzewodniczącego neozwiązku, wygłoszonej podczas I sesji OZD, oraz repliki Edwarda, członka rady będącego także członkiem związku, który stwierdził, że sformułowane zarzuty dotyczące statutu są bezpodstawne, a sposób opracowania opinii narusza zasady demokracji związkowej. Dyrektor najpierw zgodził się na publikację, później zwlekał z opublikowaniem nagrań, potem obiecywał, że lada moment podejmie decyzję, aż wreszcie po upływie trzech miesięcy, nie doczekawszy się realizacji obietnicy, rada podjęła uchwałę zobowiązującą go do ich opublikowania. Dyrektor nieoczekiwanie wstrzymał wykonanie tej uchwały, uzasadniając to brakiem zgody wiceprzewodniczącego neozwiązku , który nie zgodził się na rozpowszechnianie własnej wypowiedzi, mimo że wygłosił ją publicznie. Najwyraźniej neozwiązkowiec zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo się ośmieszył podczas sesji OZD i dlatego tak się bronił przed powtarzaniem w radiowęźle głupstw, jakie publicznie wygłosił. Jest przecież rzeczą naturalną, że każdy, kto jest pewny swoich racji, jest zarazem dumny ze swoich wypowiedzi, zwłaszcza wygłaszanych publicznie i nie ma nic przeciwko temu, by je powtarzano jak najczęściej. Rada pracownicza jednomyślnie zgłosiła sprzeciw przeciwko tej decyzji dyrektora, który ją podtrzymał, doprowadzając do sporu, rozstrzygniętego przez komisję rozjemczą. Komisja rozjemcza uznała decyzję dyrektora po części za prawnie uzasadnioną, ponieważ Prawo prasowe przed rozpowszechnianiem wypowiedzi „nakłada obowiązek uzyskania zgody osoby, której informacja została utrwalona za pomocą zapisu fonicznego”. Zwróciła też uwagę, że Prawo prasowe chroni głos osób wypowiadających się i dlatego bez zgody autora jego wypowiedź nie może być publicznie rozpowszechniana przez odtwarzanie. Nie oznaczało to jednak braku możliwości zapoznania z nią załogi w inny sposób. Komisja zauważyła też, że nie było podstawy prawnej do wstrzymania emisji wypowiedzi Edwarda. Rada pracownicza zgodziła się z orzeczeniem komisji rozjemczej, chociaż jej ekspert zgłosił zdanie odrębne od tego rozstrzygnięcia, a ponadto przysługiwało jej prawo do wniesienia sprawy do sądu powszechnego. Uznano jednak, że odgrzewanie tego kotleta z niemal półroczną zwłoką miałoby wątpliwy sens, tym bardziej, że los ROZ wydawał się już przesądzony.
cdn.


Komentarze
Pokaż komentarze (12)