Bardzo chciałam pojechać na Krakowskie Przedmieście. Cieszyłam się na ten wyjazd od miesiąca. Niestety, choroba nie wybiera, zostałam tu, gdzie mieszkam. Nie byłabym jednak w stanie usiedzieć, a raczej uleżeć, wczoraj w domu. Ubrałam się więc ciepło i wybrałam na uroczystości zorganizowane przez lokalne środowiska patriotyczne. I pierwszy raz od roku, w realnym, nie wirtualnym, świecie, znalazłam się "na swoim miejscu." Byłam na polskiej mszy, a nie na nabożeństwie odprawianym przez politycznie poprawnego kaznodzieję w sutannie. Dookoła mnie stali moi rodacy. W różnym wieku, z przewagą ludzi po pięćdziesiątce. Inteligentne, spokojne twarze.
Rozmawiałam z dziewczyną na oko trzydziestoletnią, która powiedziała mi, że pojechałaby do Warszawy ale poprostu nie miała z kim. Jedyną zorganizowaną wyprawą był wyjazd członków PIS, a ona do żadnej partii nie należy. Inni ludzie mówili,że nie mogli pojechać do Warszawy ze względów rodzinnych, zdrowotnych, służbowych (niektórzy w niedzielę pracują). Sądzę,ze w całej Polsce takich osób było sporo. Gdyby dołaczyli do tych, którzy do Warszawy dojechali, na Krakowskim Przedmieściu zjawiłoby się jeszcze więcej ludzi.
Z drugiej strony, może dobrze się stało,że, zostali u siebie. Zobaczylli, że nie są sami w swoim mieście. Odetchnęli czystym powietrzem. Przekonali się,że jednak są w swojej Ojczyźnie. Że tworzą, jak śpiewaliśmy, "królewski szczep piastowy."
A dziś? Jutro? Będziemy iść dalej, ze świadomością, że jesteśmy u siebie, w naszej Ojczyźnie. Nie jesteśmy większością (a czy kiedykolwiek nią byliśmy?!) ale jesteśmy. Byliśmy wczoraj, jesteśmy dziś, będziemy jutro.


Komentarze
Pokaż komentarze