Tiwaz Tiwaz
114
BLOG

Lewica Machajskiego się chwyta

Tiwaz Tiwaz Polityka Obserwuj notkę 5
Wielce szanowna i zasłużona dla sprawy budowy ustroju powszechnej szczęśliwości polityczka i pedagożka, pani Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, jako ministerka rodziny, pracy i polityki społecznej zaproponowała podniesienie w naszym Przywiślańskim (rusycyzmu użyłem w sposób zamierzony i bardzo proszę ewentualnych PT Komentatorów o niewytykanie mi błędu) Kraju płacy minimalnej do poziomu 60 proc. płacy średniej, tj. takiej obliczonej metodą średniej arytmetycznej, poprzez zsumowanie wszystkich wynagrodzeń pracowniczych i podzielenie otrzymanej kwoty przez wszystkich pracowników liczbę. Oczywiście stojący twardo i nieugięcie na gruncie troski o opłacalność najmu do pracy polskiej siły roboczej pan premier Osk.., pardon, Donald Tusk niezwłocznie wskazał wielce szanownej ministerce Agnieszce w krótkich, żołnierskich - mimo braku przeszkolenia wojskowego - słowach, gdzie jest miejsce jej samej oraz koncepcji formułowanych przez jej formację.

Pochylając się nad niedolą poniżonej (ministra, son dispezzata, mogłaby pani Agnieszka rzewnie zapieć arią Giacomellego) spójrzmy na nieszczęście całej lewicy, jakim jest bezsprzecznie wypalenie intelektualne przejawiające się niezdolnością do generowania nośnych społecznie nowych idei i nieustanne sięganie do archiwum "myśli socjalistycznej", które, acz bogate, tchnie stęchlizną i jałową wonią niespełnienia.

Dawno, dawno temu żył sobie niejaki Wacek Machajski, serdeczny kumpel Stefcia Żeromskiego, z którym łączyło go wielkie pragnienie zdobycia nieśmiertelnej sławy, chwały i rozgłosu. Działając póki co wspólnie i w porozumieniu młodziankowie owi udali się byli do francuskiej stolicy, gdzie akuratnie ekshumowano wieszcza naszego narodowego Mićkiewicza Adama, o którym innym razem. Młodziankowie na tę uroczystą ekshumację przybyli przedstawiając się jako przedstawiciele młodzieży polskiej z Królestwa Kongresowego. Wiele wskazuje na fakt, iż Stefek i Wacek przedstawicielami młodzieży polskiej z Królestwa Kongresowego mianowali się sami i nie uszło to bacznej uwadze jakichś niepotrzebnie wrogo nastawionych przytomnych na uroczystości i mówić możemy nawet o pewnym takim jakimś niewielkim skandalu. Grzechy młodości formują charaktery, jak uważają zacni kierownicy pewnych służb stojących na straży bezpieczeństwa, oczywiście naszego wspólnego, zarówno wewnętrznego, jak i zewnętrznego.

Żeromski zdobył swoją ciężką i obfitą pracą pisarską wielką sławę, mieszkanie na Zamku Królewskim i pochowany został, jak wiadomo, nie jak jakiś biedak. Zawsze był też dobrego zdania o sobie - zacytujmy z pamięci "byłem zawsze, jak dobosz, biegnący bez tchu obok spracowanego szeregu, znany takt wybijając pałkami".

Machajski tyle szczęścia w życiu nie miał. Wdał się, czy został wciągnięty przez prowokatorów (prowokatorki) w działalność anarchistyczną, agitował i prowokował strajki po zakładach oraz uparcie twierdził, że jedyna walka, którą robotnicy znają i rozumieją, to ta o podwyższenie płacy roboczej. Owa "płaca robocza" to jeden z tych rusycyzmów (zarabotnaja płata), które szczęśliwie zniknęły z naszego pięknego języka. W ogóle wszystko sprowadzał do pieniędzy. Uważał na przykład, że gdyby burżujom zabrać ich pieniążki i dać je biednym, to okazało by się, że ci ostatni są tak samo sposobni do zdobywania wiedzy jako i ci pierwsi. A swoją drogą to ludzi wykształconych jakoś w ogóle nie poważał, a nawet można by rzec, że nie cierpiał. W swoim sztandarowym dziele "Umstwiennyj roboczij" (pracownik umysłowy) poddaje gorzkiej krytyce koncepcje marksistowskie czy bolszewickie jako wiodące do uprzywilejowania ludzi wykształconych kosztem ciężko pracujących proletariuszy.

Recepcja jego poglądów była raczej skromna - przyjaciel Żeromski wolał wyrafinowanego Sorela z jego rozbudowaną teorią syndykalizmu zamiast walącego prosto z mostu "żądamy wyższej płacy!" Machajskiego. Wprawdzie "dobosz biegnący" uwiecznił Wacka w dramacie "Róża" jako Zagozdę, to przecież nikt chyba tego dramatu niescenicznego, zawieszonego pomiędzy kiczem a grafomanią, nie czyta, ani ta osoba dramatu pomnikowa.

Termin "machajewszczyzna" jako stosowane przez komunistów określenie nieuzasadnionych żądań płacowych robotników bez uwzględnienia racji przemawiających za wyższym wynagradzaniem warstw wykształconych, pojawiał się w prasie sowieckiej głównie lat 20-tych. W czasie tzw. sabotażu inteligencji, który Lenin tłumił kijem i marchewką doprowadzając wynagrodzenia np. lekarzy do absurdalnych poziomów (porównywalnych chyba tylko z pisowskimi w czasie "pandemii") podnosiły się głosy biedujących "czernoroboczich", że coś w tym proletariackim raju jest nie po kolei, na co gazety reagowały nazywając te podłe i prowokacyjne insynuacje machajewszczyzną. Później termin pojawiał się bardzo sporadycznie, m.in. w roku '81. przemknął bodaj w Trybunie Ludu jako inwektywa pod adresem nierozsądnych żądań płacowych robotników z Solidarności.

Propozycje młodej (40) ministerki (czy aby czasem "młoda ministerka" to nie tautologia?), wielce szanownej Agnieszki Dziemianowicz-Bąk, zdają się nam być sięgnięciem do niższych partii zasobów intelektualnych socjalizmu z braku potencji do wykoncypowania czegoś oryginalnego, a jednocześnie mieszczącego się w etatystycznej konwencji powszechnej szczęśliwości płynącej z mnogich i realizujących słuszne cele instytucji. Jednocześnie lewica musi się ścigać na lewicowość z "liberałami", którzy jej tradycyjną agendę asymilują i podają do wierzenia za swoją. Lewica, będąc umysłowo jałową jak związek partnerski, sięga po płyty zgrane.

Tiwaz
O mnie Tiwaz

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka