Stało się. Paquiao ponownie udowodnił że w ringu nikt nie jest w stanie mu zagrozić. Żegnający się przed każdym staciem, radykalny katolik, pokazał niespotykaną u nikogo innego szybkość, koordynację i siłę. Cechy przynależne każdemu mistrzowi boksu.
Po jednostronnej walce Paquiao wygrał zdecydowanie na puknty z Mosleyem. Wyglądał jak by walczył na treningu, z lekkością, zwinnością, stosując co jakiś czas swoje niesamowite przyśpieszenia. Mosley zaś po próbach ataku w pierwszych dwóch rundach, zakończonych jego nokdaunem, po którym podniósł się z mętnym wzrokiem, całą kolejną rundę wyglądał na zamroczonego. Dalej było tylko gorzej. Mosley skupił się już tylko na obronie, zaś widoczny u niego strach przed rękami przeciwnika, zakończył emocje w tej walce. Filipińczyk nie wyglądał nawet na przesadnie zmęczonego po walce, a i Mosleyowi trzeba przyznać że potrafił się obronić przed jego szybkością, oraz wytrzymał kondycyjnie cały pojedynek, mimo już 40 lat.
Ileż to było odgrażania się Mosleya. Co to on nie zrobi, jak to nie wygra. Jaki to ma mocny cios który to wręcz zniszczy drobnego filipińczyka. Jaki to będzie szybki. Jak to jendym słowem, Paquiao pożałuje że pomyślał w ogóle o walce ze słodkim Shanem. Skończyło się jak zwykle. Ring zweryfikował przechwałki. Wszyscy widzieli kto był dzisiaj lepszy. Kibicom pozostało oklaskiwać zwycięzcę, który staje się powolij czynną legendą boksu zawodowego.
Jakaż szkoda że świat polityki nie rządzi się takimi samymi prawami. Gra słów, propaganda, zapowiedzi medialne, pijar i słupki sondarzy, zarówno dla polityków jak i wpatrzonej w telewizory gawiedzi wydają się być początkiem i końcem polityki. Nawet wybory nie są zwieńczeniem tej ciągłej gadaniny. Nie są ringiem dla polityków. Tego ringu brakuje, tej publiczności brakuje. Brakuje argumentu który kończył by definitywnie tą bezowocną grę zachowań, spotkań, rozmów, wywiadów, reform, programów i innych pomysłów na powszechne szczeście. Skoro bowiem nie są nim wyniki pracy władzy, czy też opozycji, ani nawet wybory, to co?
Dlatago też kocham boks. Tutaj każde słowo redukowane jest do argumentu "ad ringum" . On to właśnie definitywnie skończył dyskusję kto lepszy. Mosley czy Paquiao.
PS - Swoją drogą katolik obijający czarnoskórnego. Czy to nie rasizm, albo chociaż jakiś katolski szowinizm? Lewico gdzie jesteś??


Komentarze
Pokaż komentarze