Nadchodzi progresywny foliarz

fot. Facebook
fot. Facebook
Jeśli Zachód przegnie z covidową biopolityką, to czeka nas nieuchronny wysyp antyszczepionkowego obywatelskiego nieposłuszeństwa. Takiego, jak u Kyriego Irvinga.

Zwykło się uważać, że w temacie szczepień role są schludnie podzielone. Cały rozsądny, postępowy i demokratyczny świat jest oczywiście i bezapelacyjnie za. A ci, co zgłaszają swoje wątpliwości, to rozumująca darwinistyczne egoistyczna „foliarska szuria”. Najpewniej o bardzo podejrzanych (oczywiście skrajnie prawicowych) sympatiach. 

Jednak najnowsza historia gwiazdy amerykańskiego sportu psuje ten stereotypowy obraz. 

Kim jest Kyrie Irving

Kyrie Irving jest koszykarzem. Co ja mówię „koszykarzem”? Jest gwiazdą. W wieku 30 lat znajduje się u szczytu sportowej kariery. Zna już smak mistrzostwa (wygrał ligę w 2016 z Cleveland Cavaliers) i wielokrotnie był wybierany do prestiżowej drużyny gwiazd. Ale wiele ciągle przed nim. Jego obecny klub Brooklyn Nets ma wielkie apetyty i od paru lat uchodzi za następną wielką potęgę NBA. A rola grającego z numerem 11 Irvinga jest w tych ambicjach kluczowa.

Zobacz: Dobrowolny ZUS? Rzecznik PSL tłumaczy pomysł Kukiza

Ale to nie wszystko. Bo Irving jest nie tylko świetnym sportowcem. Należy także do najbardziej aktywnych społecznie i obywatelsko celebrytów Ameryki. I tak na przykład w roku 2020 kupił dom rodzinie zabitego przez policjantów w Minneapolis George’a Floyda. Tragedii od której rozpędu nabrał globalny ruch „Black Lives Matter”. Ale w przeciwieństwie do wielu innych celebrytów to postfloydowska fala społecznego oburzenia, obudziła Irvinga do działania. Lista społecznego zaangażowania Kyriego jest naprawdę długa. Wspiera finansowo biednych potomków Indian z plemienia Siuxów. Wykupuje studencki dług niezamożnych Amerykanów, którzy nie mogą go spłacić. Łoży regularnie na tzw. Banki żywności - czyli miejsca, w których biedni mieszkańcy USA mogą się zaopatrzyć w podstawowe produkty żywnościowe. Propaguje wegetarianizm. Razem z raperem Commonem zrobili też film dokumentalny o Breonnie Taylor - ratowniczce medycznej z Louisville zastrzelonej przez policję na kilka miesięcy przed wybuchem sprawy Floyda. 

Obejrzyj: "Lewy z bicepsem", czyli Rafał Woś o Kyrie Irvingu z Brooklyn Nets


Irving należy wreszcie do najaktywniejszych wśród koszykarzy w USA działaczy związkowych. Bo w Ameryce sportowcy w najważniejszych ligach są uzwiązkowieni i walczą w ten sposób o swoje prawa. Co czyni tamtejszy sport - mimo istnienia wielu gwiazd - trochę bardziej równym i przejrzystym od na przykład superneoliberalnej europejskiej piłki, gdzie każdy gracz negocjuje z pracodawcą indywidualnie. Od 2020 roku Irving jest więc wiceprzewodniczącym wspomnianego związku. 

Progresywny antyszczepionkowiec

Słowem: Ze swoją dobroczynnością, antyrasizmem i uzwiązkowienie Kyrie Irving mógłby być ikoną ruchu progresywnego. Ale prawda jest taka, że tzw. progresywna Ameryka ma z nim od kilku miesięcy wielki kłopot. Bo Irving ostro i pryncypialnie sprzeciwił się „wymuszaniu” na ludziach szczepień na covid-19. I aby nie być gołosłownym przed startem obecnego sezonu sam odmówił przyjęcia szczepionki. W Ameryce zawrzało. Klub Irvinga wydał oświadczenie, że dopóki się nie zaszczepi nie będzie mógł grać, ani nawet trenować z zespołem. Irving odparł, że „szanuje ich decyzję, i prosi by uszanować jego”. W efekcie od października do stycznia nie pojawił się na parkiecie ani razu. 

Pod wieloma względami Irving swoją odmową szczepienia trafił współczesną Amerykę (i w ogóle liberalne zachodnie społeczeństwa) w czuły punkt. 

Z jednej strony szczepienia w Stanach i w całym zachodnim świecie są przecież (przynajmniej na razie) co do zasady dobrowolne. Jednocześnie, gdy obywatel chce z owej dobrowolności skorzystać natrafia na mur i zasieki utrudniające mu normalne funkcjonowanie. 

To oczywiście logiczne, a wręcz zamierzone. Od wielu miesięcy we wszyskich krajach Zachodu uprawiamy tę samą polityczno-etyczno-publicystyczną ekwilibrystykę. Chcemy mieć ciastko i zjeść ciastko jednocześnie. To znaczy chcemy myśleć o sobie jako o tym wyjątkowym miejscu na ziemi, gdzie opieramy się na dziedzictwie liberalizmu i narzucamy obywatelom tak niewiele nakazów i zakazów, jak to tylko możliwe. Kolektywizm i autorytaryzm nas przerażają. Zwłaszcza tych, którzy lubią o sobie myśleć jako o obrońcach starej dobrej liberalnej demokracji przed zagrażającą jej falą tzw. populizmu. Oczywiście prawicowego i bardzo podejrzanego. Pryncypialnie bronimy więc praw jednostek i mniejszości przed zakusami kryptofaszystowskiej większości. Tak przynajmniej większość z nas chciałaby o sobie myśleć.

Ale przecież.. 

Ale przecież z drugiej jednak strony we współczesnym zachodnim świecie do roli świeckiej religii urosła pooświeceniowa wiara w naukę. To ona (w tym wypadku wiara w medycynę) pcha nas w kierunku czegoś, co w latach 70. filozof Michel Foucault opisywał jako „biopolitykę”. To znaczy takie zarządzanie społeczeństwem, byśmy - jako zbiorowość - kierowani byli przy pomocy metod jak najbardziej naukowych, racjonalnych i obliczonych na zwiększenie efektywności metod. Obecna akcja szczepień na covid jest właśnie takim przykładem foucaultowskiej biopolityki. Niby nie zmuszamy ludzi do szczepień (bo wolność jest ważna). Ale w praktyce jednak konstruujemy takie prawo oraz regulacje, by nie dało się pozostawać nieszczepionym. Nie wpuszczamy ich do komunikacji miejskiej, do restauracji czy (jak w przypadku Irvinga) odbieramy ludziom możliwość wykonywania ich pracy. A przecież ten proces stale się zaostrza. Czego dowodem jest na przykład skrócenie ważności paszportów covidowych. Zapewne nieostatnie. I jednoznacznie obliczone na to, by ludzie przyjmowali kolejne dawki szczepień.

Lubię to! Skomentuj70 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka