Ktoś coś mówił o dyplomatołkach?

PAP/KPRM
PAP/KPRM
Słyszeliście ten huk? To właśnie upadł mit, że PiS nie zna się na polityce zagranicznej.

Przez lata polityczni przeciwnicy Kaczyńskiego starali się otoczyć go szczelnym kordonem sanitarnym. Kordon ów zbudowany był z wielu użytecznych stereotypów. Powtarzano więc uparcie, że PiS nie ma kadr, intelektualnego zaplecza i wystarczających horyzontów potrzebnych do prowadzenia prawdziwej polityki. A czyż jest bardziej finezyjna i wymagająca wyższych kompetencji dziedzina rządzenia niż dyplomacja? Czy można więc dopuścić do tego, by tą królową politycznej sztuki zajmowała się banda „dyplomatołków”?

Ten mit trzymał się dobrze przez całe lata. Ale najpóźniej teraz - po wybuchu wojny w Ukrainie - trzeba go odesłać na śmietnik.

Gdzie są krytycy PiS-u? Zapadli się pod ziemię

Bo prawda jest taka, że od początku wojny polski rząd wrzucił takie turbodoładowanie, że krytykom na dobre dwa tygodnie odebrało mowę. Wyliczmy. Najpierw dyplomatyczna ofensywa na forum Unii, która pomogła przekonać nowy niemiecki rząd do porzucenia jednoznacznie prorosyjskiej postawy poprzedników. Potem zdobycie specjalnych gwarancji bezpieczeństwa ze strony USA („będziemy bronić każdego centymetra polskiej ziemi” wypowiedziane przez najważniejszych amerykańskich decydentów wzmocnione przysłaniem dodatkowych żołnierzy oraz uzbrojenia). Jednocześnie bezwarunkowe przyjęcie ogromnej fali uchodźców bez oglądania się na koszty. Posunięcie słuszne nie tylko moralnie, ale i bardzo dobrze przyjęte przez opinię międzynarodową. I wreszcie wyprawa do Kijowa z propozycją międzynarodowej misji pokojowej w Ukrainie. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby taka misja stała się za jakiś czas podstawą do rozpoczęcia autentycznego procesu pokojowego na Wschodzie. 

Zobacz: Wielcy polscy ekonomiści na monetach kolekcjonerskich NBP

Dla karmionych opowieścią o PiSowskich dyplomatołkach to jest poznawczy szok. O szoku nie może być przecież mowy jeśli ktoś naprawdę i bez założonej z góry antyPiSowskiej tezy obserwował polską politykę ostatnich lat. W tym czasie PiS i jego intelektualne zaplecze wypracowali sobie dość spójną wizję polskiej racji stanu. A także polityki zagranicznej, która ma tej racji służyć. Zaś ostatnie lata spędzone u władzy pozwoliły kaczystom na zdobycie niezbędnego instytucjonalnego doświadczenia. A nawet wychowanie sobie pokolenia nowych wykonawców takiej polityki. W efekcie, gdy nadeszła godzina próby PiS nie musiał ani na gwałt wymyślać swojej polityki zagranicznej od zera. Ani odwracać jej podstawowych założeń pod wpływem doznanego szoku (jak czyni spora cześć zachodnich elit na czele z Niemcami). Kaczyści otworzyli po prostu odpowiednią szufladę, wyjęli z niej gotowy skrypt. I zaczęli działać.

Co jest w tym skrypcie? Mówiąc w dużym uproszczeniu PiSowska polityka zagraniczna opiera się od lat na następujących założeniach. 

Polityka zagraniczna PiS. Pięć kluczowych elementów

Po pierwsze, putinowska Rosja jest śmiertelnym zagrożeniem. To zagrożenie jest stopniowalne. Byłe republiki radzieckie są zagrożone najbardziej. Ale Polska jest następna w kolejności. Kraje Zachodu zagrożone są zaś w stopniu nieporównywalnie mniejszym.

Po drugie, uzależnienie Europy od dostaw surowców mineralnych ze Wschodu potęguje to zagrożenie. Popularna na Zachodzie (zwłaszcza w Niemczech) teza o zmienianiu Rosji poprzez handel i intensywną wymianę jest z gruntu fałszywa. A dla nas bardzo szkodliwa. Zwiększa bowiem po stronie Zachodu realny koszt przeciwstawienia się rosyjskiej ekspansji w naszej części kontynentu. A więc zachęca do polityki obłaskawiania Moskwy oraz ustępstw. 

Po trzecie, rosnącym problemem jest też odchodzenie Unii Europejskiej od swoich pierwotnych założeń. To znaczy od koncepcji bloku suwerennych i solidarnie się wspierających państw. I porzucanie jej na rzecz idei superpaństwa - a w praktyce koncertu mocarstw, w ramach którego najsilniejsze, najbogatsze i najbardziej biegłe brukselskich intrygach kraje mogą narzucać innym swoją wolę. Przedstawiając je jako projekty wobec których nie ma alternatywy. 

Po czwarte, Zachód można i należy za prowadzenie opisanej wyżej polityki mocno krytykować. I jeśli to możliwe, proponować alternatywę - na przykład na polu polityki energetycznej czy klimatycznej. To jest (z racji polskiego potencjału i wielkości) trochę nasze przekleństwo, ale trochę też i nasz obowiązek. Bo jeśli nie zrobi tego Polska, to nie zrobi tego nikt. 

Po czwarte, podnoszenie krytyki Zachodu nie musi oznaczać bycia antyunijnym czy antynatowskim. To jest decydująca i podstawowa różnica pomiędzy PiSem a innymi europejskimi ugrupowaniami populistycznymi. To różni kaczystów od Orbana, czy LePen albo Zemmoura, którzy na jakimś etapie szukali w Rosji oparcia. Albo przynajmniej przeciwwagi dla rosnącej pozycji Niemiec. PiS może dzielić z nimi tę krytyczną wizję eurointegracji. Lecz nie oznacza to zamykania oczu na rosyjskie zagrożenie.

Lubię to! Skomentuj276 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka