Z artykułu dowiesz się:
- Jakie uszkodzenia odniosły składy towarowe w Jedlance
- Dlaczego na miejsce wezwano ABW i kontrterrorystów
- Co o incydencie sądzi premier Donald Tusk
- Jaką główną hipotezę przyjmują obecnie śledczy
Nocny alarm na trasie pod Łukowem
Do niebezpiecznego zdarzenia na torach doszło we wtorek wieczorem w powiecie łukowskim. Dwa pociągi towarowe poruszały się po dwutorowym szlaku i jechały w przeciwnych kierunkach. Kiedy składy mijały Jedlankę, uderzyły w przeszkody ułożone na szynach. Zderzenie doprowadziło do uszkodzenia przednich zgarniaczy w obu lokomotywach. Żaden ze składów nie uległ wykolejeniu, dzięki czemu udało się uniknąć katastrofy - betonowe elementy ułożone na szynach pochodziły z rozbiórki pobliskiej stacji kolejowej.
Ruch kolejowy na tym odcinku został natychmiast wstrzymany na czas prowadzenia oględzin. Policjanci zabezpieczyli rejon torowiska, by umożliwić pracę ekspertom badającym okoliczności zdarzenia.
ABW i kontrterroryści w akcji
Poważny charakter incydentu i fakt, że Polska od lat jest ofiarą działań wschodnich sabotażystów, sprawiły, że na miejsce skierowano znaczne siły policji oraz służb specjalnych. Do Jedlanki przybyli funkcjonariusze z Komendy Powiatowej Policji w Łukowie oraz kryminalni z lubelskiej komendy wojewódzkiej. W działaniach uczestniczyli także policyjni kontrterroryści z Samodzielnego Pododdziału Kontrterrorystycznego Policji w Lublinie.
Ze względu na możliwość wystąpienia aktu dywersji w sprawę zaangażowano agentów ABW oraz funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego Policji. Wstępne oględziny przeprowadzone pod nadzorem prokuratora nie ujawniły obecności materiałów wybuchowych. W pobliżu torowiska odnaleziono kable oraz plastikowe rurki. Pirotechnicy w porozumieniu z kolejarzami ocenili, że są to najprawdopodobniej śmieci pochodzenia górniczego. Ich obecność nie miała związku z ułożonymi na szynach blokami.
- Wezwano służby, w szczególności funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, CBŚP oraz pirotechników. Podjęli oni odpowiednie czynności i na ich podstawie wykluczono, abyśmy mieli do czynienia z aktem dywersji. Nie znaleziono śladów, które wskazywałyby na takie działanie - poinformował Marcin Kozak z lubelskiej policji.
Chuligański wybryk czy sabotaż?
Śledczy badający sprawę skłaniają się obecnie ku wersji o bezmyślnym wybryku chuligańskim. Z ustaleń policji wynika, że w przeszłości w tym rejonie dochodziło do podobnych, skrajnie nieodpowiedzialnych zachowań.
- Zdarzało się, że młodzi ludzie umieszczali różne elementy na torach, a następnie to nagrywali. W związku z tym na tę chwilę traktujemy tę sytuację jako wybryk chuligański - wyjaśnił Marcin Kozak w rozmowie z Interią. Głos w sprawie zdarzenia na Lubelszczyźnie zabrał również szef rządu, co nadało wydarzeniu rangę państwową.
- Pierwsze raporty nie są szczególnie alarmujące, bo nie wygląda to na jakąś bardzo profesjonalną akcję. Służby nie lekceważą żadnego takiego zdarzenia, tym bardziej, że znowu mogło dojść do dramatu - ocenił Donald Tusk.
Niezależnie od przyjętej hipotezy prokuratura oraz policja traktują sprawę z pełną surowością. Czynności prowadzone są wstępnie pod kątem artykułu 173 Kodeksu karnego, który dotyczy sprowadzenia katastrofy w komunikacji. Za takie przestępstwo grozi kara do 10 lat pozbawienia wolności, a w przypadku doprowadzenia do śmierci lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu wielu osób - od 2 do 15 lat więzienia.
Specyfika trasy w Jedlance
Odcinek, na którym doszło do incydentu, stanowi fragment ważnej magistrali kolejowej wykorzystywanej przede wszystkim do przewozów towarowych. Fakt, że trasą nie poruszał się w tym momencie pociąg pasażerski, zapobiegł potencjalnej tragedii z udziałem podróżnych. W mediach pojawiły się doniesienia dotyczące ładunku transportowanego przez składy. Służby wykluczyły jednak przewóz substancji niebezpiecznych czy paliw, prostując nieoficjalne doniesienia medialne.
Fot. Tory kolejowe w województwie lubelskim/East News/zdj. ilustracyjne
Red.





Komentarze
Pokaż komentarze (51)