A propos niezłego zamieszania z polskimi stoczniami w temacie i ich sprzedażą niesamodzielnej, izraelsko-niemieckiej (?) firmie o angielskiej nazwie, zarejestrowanej na Antylach Holenderskich, niniejszym mi się coś przypomniało. Ano, urokliwy filmik "Pretty Woman", w którym to kurtyzana spotyka podczas wykonywania obowiązków służbowych przystojnego, acz nieco chropowatego, tzw. biznesmena. Chropowatego, żeby nie powiedzieć - uprzedzonego do kurtyzan seksistę, napuszonego samca, który w życiu by nie pomyślał, że dłuższy pobyt kurtyzany w hotelowej łazience służy czemuś innemu niż łykaniu prochów. Ale trafił na niezwykłą kurtyzanę, zapewne przeciwnie do swoich dotychczasowych doświadczeń. Co to zamiast łykania prochów - woli gmerać sobie nitką dentystyczną w zębach, a miast oddać się swemu panu bez reszty - woli się obrażać, stroić fochy i narażać na niewypłacenie sowitej gaży za swój trud.
A dlaczego jest to 'tak zwany' biznesmen? Trudni się mianowicie padlinożerstwem w biznesie. Wykupuje upadające firmy za centy (w porównaniu do ich wartości) i zarabia np. na ich wysprzedawaniu po kawałku, rozwałkowując po drodze ich tradycję, markę (którą kiedyś może posiadały na rynku), załogę... Żyje z tego dostatnio, stać go na zaspokojenie każdego kaprysu. Mamona nie gra roli. I co nagle, acz niespodziewanie, na niego przyszło? Ano, przyszła kryska w osobie kurtyzany z zasadami. Nie dość, że go w sobie rozkochała, dając mu wcześniej do zrozumienia, że z niej nie taka k... jak sobie był wyobrażał, nie dość, że pobrała honorarium za jakiś tydzień z góry (co jej zresztą sam zaproponował), to dla dobicia zmieniła gościa, hienopodobnego padlinożercę biznesowego, w człowieka światłego, wyrozumiałego, inwestującego nie w doraźny i podły interesik, a w rozwój i przyszłą prosperitę kupowanych przez siebie firm. Że o zakochanym mięczaku juz nie wspomnę.
I tak sobie podejrzewam, czy za sprzedażą, ponoć za grosze, niektórych polskich stoczni nie stoi chytry choć ryzykowny planik naszych decydentów!? Czy za tymi wszystkimi dyrektorami i prezesami United International Trust tudzież Sapiens jakiśtam, okrutnymi i wyrachowanymi byłymi agentami różnych wywiadów, w miejscach ich pracy i przebywania, nie chodzą zastępy, 'wynajętych' przez nasze ministerstwa od gospodarki i pieniądza, kurtyzan z zasadami, których zadaniem jest omotanie każdego z nich i uczynienie zeń dobrego człowieka, wyrozumiałego dla interesu gospodarczego naszego kraju, zbawcę polskiego przemysłu stoczniowego. Zrobią coś dla kraju i jeszcze zostaną za to przez swoje obiekty sowicie wynagrodzone. Czyż to by nie był milowy krok w ewolucji (dotąd niezbyt prężnej) tego pradawnego zawodu. Czyż to by nie był zabieg biznesowy stulecia w wykonaniu naszych speców od gospodarki? Tylko, czy te dyrektory i prezesy UIT to rzeczywiście takie matyski (nie pytam już o kryski)?


Komentarze
Pokaż komentarze (7)