jednym zdaniem jednym zdaniem
609
BLOG

Atak rusofilów na Cezarego Gmyza

jednym zdaniem jednym zdaniem Polityka Obserwuj notkę 7

Wczorajszy artykuł Cezarego Gmyza w "Rzeczpospolitej" wywołał burzę na szczytach polskiej polityki. Co ciekawe, tekst o trotylu w prezydenckim tupolewie to nie pierwsza tego typu "dziennikarska bomba" autora. Dotychczas wszystkie okazywały się jednak prawdziwe, nie ma więc powodów, aby nie wierzyć Cezaremu Gmyzowi.

Dlaczego trwa więc  bezpardonowy atak na jednego z ostatnich przyzwoitych dziennikarzy, którzy nie boją się pisać prawdy. Może właśnie dlatego, że się nie boją. Chodzi o to, aby zastraszyć tych ostatnich, a udział w nagonce biorą ci, co  już dawno mają smród w gaciach i chcą wszystkich zrównać do swego poziomu.

Cezary Gmyz w zawodzie dziennikarza pracuję od ponad dwudziestu lat.W 2009 rokuna łamach "Rzeczpospolitej"opublikował artykuł o kulisach tzw. afery hazardowej i związków z nią czołowych polityków Platformy Obywatelskiej. Skutki były poważne: do dyspozycji premiera oddało się sześciu najważniejszych polityków PO, a ze swoim stanowiskami pożegnali się m.in. Zbigniew Chlebowski i Mirosław Drzewiecki.

W ostatnich miesiącach Gmyz pisał m.in. o aferze w ministerstwie rolnictwa i błędach MSZ. Szczególnie szerokim echem odbiła się ta druga sprawa. Okazało się bowiem, że jeszcze przed nieprzychylną publikacją "Rzeczpospolitej" na temat działań MSZ, ministerstwo próbowało zablokować publikację. Jak widać urzędnicy Tuska, a i on sam maja takie ciągoty, bardzo dalekie od standardów demokratycznych, aby społeczeństwo odciąć od rzetelnej informacji.

W kilka godzin po ukazaniu się w "Rzeczypospolitej" artykułu Gmyza o znalezieniu śladów materiałow wybuchowych dziennik zamieścił na swoich stronach internetowych wpis, w którym potwierdzono, że gazeta pomyliła się pisząc o trotylu i nitroglicerynie. Można z dużą dozą prawdopodobieństwa zakładać, że ta informacja nie była efektem nagłego olśnienia, tylko raczej nacisków ze strony rządowej.
 Po pewnym czasie zwrot "pomyliliśmy się" zniknął ze strony.

Głos zabrał też sam dziennikarz "Z niczego się nie wycofuję. Moi informatorzy to ludzie o najwyższej wiarygodności. Źródła od siebie niezależne. I zawsze będę ich chronił" - napisał na Twitterze. Nie ma się co dziwić takiej deklaracji, bo wiedza o Smoleńsku jest bardzo niebezpieczna, powiedziałbym nawet, że  śmiertelnie.

Po tym nastąpił atak Hunów z takimi peerelowskimi dinozaurami związanymi z Gazetą Wyborczą na czele, jak Ernest Skalski, czy Seweryn Blumsztajn, którzy dalej wierzą w MAKowską wersję pancernej brzozy i debeściaków i nam każą wierzyć w to samo, niezależnie od faktów.

Panowie odpuśćcie, to już "se ne wraci"
Kości zostały rzucone. To wy jesteście niewiarygodni i coraz bardziej śmieszni.
A atak przy tej okazji na Kaczyńskiego obnażył wszystkie wasze motywy.
 

mało mówię

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Polityka