Skuteczność polskiej polityki zagranicznej obrazują ostatnie didaskalia w Waszyngtonie. Zamiast mówić o całkowitej porażce obietnicy Obamy, który w ubiegłym roku obiecywał pierwszemu polskiemu myśliwemu, a zarazem prezydentowi, że do końca kadencji pierwszego czarnego prezydenta w białym domu Polacy będą jeździć do USA bez wizy, sekretarz Hilary i minister Radek składali sobie kondolencje z powodu wypadku pod Szczekocinami i w związku z zabiciem amerykańskiej dziennikarki w Syrii.
Wielokrotnie pisałem na tych łamach, że Polska nie prowadzi dziś żadnej polityki zagranicznej. W stosunku do USA są to nieustające nasze umizgi i oczekiwania na cud rakiet patriot: w stosunkach z Rosją, to stan zimnej wojny po oddaniu śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej następcom prokuratora Wyszyńskiego.
Nie lepiej wygląda sytuacja w kontaktach dyplomatycznych naszego kraju na kontynencie europejskim.
Wiadomo od kilkunastu dni o wizycie Francois Hollande w Polsce. To przywódca francuskich socjalistów i liczący się w walce o prezydenturę kandydat lewicy w kwietniowych wyborach. Wydawać by się mogło, że polski premier wykorzysta taką wizytę do nieformalnego choćby spotkania z człowiekiem, który uchodzi za pewnego kandydata w II turze wyborów.
Niestety, Tusk zapowiedział oficjalnie, że nie zamierza spotykać się z Hollande podczas jego wizyty w Polsce. Francuski gość złoży więc jutro wizytę w sejmie, odbędzie spotkanie z przewodniczącymi klubów parlamentarnych, a wieczorem w „Gazecie Wyborczej” weźmie udział w spotkaniu z Aleksandrem Kwaśniewskim.
Dlaczego tej wizycie, która mogłaby przecież być pretekstem do układania nowych, lepszych niż obecnie kontaktów polsko - francuskich nadaje się taki dziwnie nieoficjalny charakter?
Niemiecka prasa ujawniła na początku tego tygodnia sensacyjną informację o nieformalnej umowie europejskich przywódców, którzy deklarują poparcie aktualnie urzędującemu prezydentowi Francji, panu Nicolas Sarkozy. W ramach tego poparcia „wysokie umawiające się strony” uzgodniły, że kontr-kandydat obecnego prezydenta nie będzie w żadnej stolicy Europy przyjmowany w trakcie kampanii jako oficjalny gość. Niemiecki Bild zarzucił także kanclerz Merkel, że wręcz oficjalnie uczestniczy ona w kampanii na rzecz swojego przyjaciela Sarkozy. Doniesienia te wzbudzają zresztą także pewną sensację nad Sekwaną.
Tuskowi wydaje się, że Sarkozy i Merkel uważają go już za równego sobie. Nic bardziej mylnego. Francusko – niemiecki tandem chce samodzielnie przewodzić Europie i próżne są nadzieje Tuska, że dopuszczony on zostanie do gry o większą stawkę. Wydaje się także, że Tusk został wprzęgnięty do tej gry, która może okazać się jego całkowitą porażką. Sarkozy nie jest bowiem ani przyjacielem Polski, ani 100-procentowym faworytem w nadchodzących wyborach. Przeciwnie, Hollande nie jest ponoć bez szans, aby pokonać go w ostatecznej rozgrywce przewidzianej w maju.
Bywają momenty, gdy wolę, kiedy Donald kopie piłkę, zamiast prowadzić swoje misterne gry dyplomatyczne...


Komentarze
Pokaż komentarze