Nie chciałem, ale mnie usilnie proszono. Więc w niedzielę założyłem trójwymiarowe okulary i obejrzałem w nich „Kac-Wawa”.
Gdybym był gliniarzem, to w stosunku do tej całej ferajny z ekranu i całej tej hałastry wymienionej w czołówce filmu zastosowałbym mandat karny za używanie bez umiaru i bez sensu słów powszechnie uznanych za wulgarne.
Gdybym był prokuratorem, to te panieneczki i tych panów w całym ich trójwymiarze oskarżyłbym o rozpowszechnianie treści pornograficznych w miejscach publicznych.
Gdybym był zboczeńcem, to te dwugodzinne orgie bez szczytowania zanudziłyby mnie na śmierć.
Kac-Wawa miał być zdaje mi się, najbardziej ordynarnym filmem porno dla szerokiej publiczności.
Przypadkowo jednak zatrudniono przy jego produkcji lepszych lub gorszych aktorów. Kazano im chlać bez umiaru gorzałę, jeździć nocą po warszawskich hotelach, strzelać po ulicach, zatrzymać się na dłużej w burdelu, no i kląć.
I tak powstała najgłupsza pod słońcem komedia.
I po jej obejrzeniu, postanowiłem, ale tym razem definitywnie, że przestaję chodzić na polskie produkcje filmowe. W procesie wytoczonym przez producentów krytykowi filmowemu Tomaszowi Raczkowi mogę wystąpić jako świadek obrony.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)